Kto nas ubezpieczy od ubezpieczycieli

Polacy wyłudzają z firm ubezpieczeniowych miliard złotych rocznie. Ubezpieczyciele nie pozostają dłużni - robią wszystko, żeby tylko nie wypłacać odszkodowań
Jakub z Warszawy: samozapłon polisy

Oszukała mnie Compensa. Miałem u nich - tzn. jeszcze chwilę mam, bo dłużej im nie mam zamiaru płacić - pakiet ubezpieczeń komunikacyjnych. Pech chciał, że kilka tygodni temu podczas jazdy zapalił się mój samochód. Auto oddałem do autoryzowanego serwisu, wiedząc, że koszty naprawy i tak pokryje z autocasco. Szybko pojawił się rzeczoznawca, ocenił straty i dał mi numer telefonu, pod którym miałem się dowiedzieć co dalej. Szkody Compensa wyceniła na kilkanaście tysięcy złotych, ale zapowiedziała, że nie dostanę ani grosza.

Kobieta zajmująca się sprawą na moje pytanie czy może mi wyjaśnić powody odmowy wypłaty odszkodowania, odpowiedziała mi w chamski i ordynarny sposób, że ona już ze mną skończyła rozmawiać. Kulturalnie zasugerowałem, że to raczej klient powinien decydować o zakończeniu rozmowy, a nie widzimisię tej pani. W odpowiedzi usłyszałem, że to nie jej prywatna firma i odłożyła słuchawkę.

Po kilku dniach dostałem oficjalne stanowisko Compensy. Okazało się, że mój samochód nie spłonął, doszło tylko do "samozapłonu alternatora". A - jak tłumaczyła się Compensa - tego typu szkody moja polisa nie obejmowała. Wypłata przysługiwała mi tylko w wypadku... pożaru. Przejrzałem Ogólne Warunki Ubezpieczenia i jak wół tam stoi, że pożar to "ogień pochodzący z zewnątrz lub wewnątrz pojazdu". Rozbój w biały dzień!

Wszystkie firmy ubezpieczeniowe są przemiłe dla klienta do momentu, kiedy zapłaci za polisę. Potem liczy się już tylko zysk. Ja im nie odpuszczę. Wynająłem prawnika, który już wysłał pismo do Compensy wzywające do wypłaty odszkodowania. Czas na odpowiedź mają do 31 marca. Jeśli nie oddadzą mi pieniędzy, pójdę z nimi do sądu.



Grzegorz z Gdańska: skąd mogłem wiedzieć, że będę miał raka

Dwa lata temu wziąłem kredyt hipoteczny. Żeby go dostać musiałem dokupić polisę na wypadek zdarzeń losowych. Taki warunek postawił sam bank. Miało to być dla niego zabezpieczenie na wypadek gdyby coś mi stało. Gdybym zachorował albo wpadł pod samochód to firma ubezpieczeniowa miała wziąć na siebie spłatę rat.

Rok później wykryto u mnie raka płuc. Zacząłem wykańczające mój organizm leczenie, musiałem odejść z pracy. Zwróciłem się do banku, żeby firma ubezpieczeniowa wzięła na siebie spłatę rat. Odesłali mnie do ubezpieczyciela. Ten po zapoznaniu się z kartą choroby, przeprowadzeniu dodatkowych badań stwierdził, że nie będzie za mnie płacił rat. Tłumaczył, że moja polisa obejmowała jedynie "zgon, trwałą i całkowitą niezdolność do pracy oraz czasową niezdolność do pracy spowodowaną leczeniem szpitalnym następstw nieszczęśliwych wypadków". Próbowałem jeszcze radzić się zaprzyjaźnionego prawnika, który uznał, że przed sądem nie ma szans. Tak skonstruowana jest umowa. Tylko skąd u diabła dwa lata temu miałem wiedzieć, że będę miał raka. Kto pod takim kątem sprawdza umowy kredytowe? Teraz w spłacie kredytu pomaga mi rodzina. Bez ich pomocy musiałbym sprzedać mieszkanie.

Jeśli miałeś kłopoty z firmą ubezpieczeniową pisz: listydogazety@gazeta.pl