Lidl sprzedaje wina po 199 zł. Znajdzie chętnych?

Lidl rzuca wyzwanie Biedronce wprowadzając na swoje półki wina po 199 zł za butelkę. Czy znajdzie na nie chętnych w kraju, gdzie mieszkańcy nie wiedzą, czym różnią się kieliszki od białego i czerwonego wina ani ile tego trunku powinni tam nalewać?
Kiedy rok temu Lidl na swoje półki wprowadzał wino Saint-Émilion Château L'Arrosée 1998 za 149,99 zł, wiele osób zastanawiało się, kto to kupi? I nie chodzi o jakość tego trunku (ta jest kwestią dyskusyjną, co smakuje jednemu, innemu już niekoniecznie), ale o to, co robi tak drogie wino w tak tanim sklepie.

Sama sieć w nieoficjalnych rozmowach przyznawała, że chodzi tu raczej o prestiż i marketing, a nie jakiś wielki biznes.

Wino z Saint-Émilion (Grand Cru - czyli klasyfikacji skupiającej winnice o największym potencjale) - sprzedało się jednak w tak imponującym tempie, że w samym Lidlu wywołało to opad szczęki. Po siedmiu tygodniach, kiedy ocenia się pierwsze wyniki promocji, sieć ze zdumieniem zauważyła, że ze sklepów zniknęła już jedna czwarta zapasów.

Lidl uderza z Grand Cru, w tym roku Niemcy uderzyli więc już z wyjątkowo grubej rury. W tygodniu francuskim startującym 30 września pojawią się ceny znane raczej z delikatesów: 59,99 zł , 64,99 zł, 74,99 zł. Wśród win są już trzy Grand Cru: Château Pédesclaux 2009 za 199 zł, Château Talbot 2010 za 199 zł i Château de Camensac za 79,99 zł.

Dumą sieci i jego sommeliera Michała Jancika jest zwłaszcza Château Talbot - zajmujące równie dumne 34 miejsce na liście najbardziej poszukiwanych win świata. Jancik przekonuje, że normalnie za podobny trunek trzeba zapłacić 350-400 zł za butelkę. Lidlowi Polska zaś udało się go kupić w dużej ilości, bo zagwarantował, że nie będzie go sprzedawał na terenie Francji, aby nie popsuć cen. Château Talbot ma na dodatek zyskiwać na jakości i cenie w miarę upływu czasu a pełnię swoich możliwości ujawni dopiero za pięć lat.

Sommelier to jednak fachowiec od dobrej sprzedaży, a nie super obiektywnej informacji. Używając witryny www.wine-searcher.com, można więc sprawdzić, że wino faktycznie jest niezłe (90 na 100 możliwych punktów). Średnia jego cena w zagranicznych sklepach internetowych to 230 zł (czyli daleko od wspomnianych 350 zł). Ale z drugiej strony należy do niej doliczyć koszty dostawy wina zza granicy. I jeszcze jedna rzecz - w części sklepów, aby zrealizowano zamówienie w dobrej cenie, należy złożyć je na minimalna kwotę np. 200 funtów.

Czy wino tego typu faktycznie zyskuje na wartości? Najlepsze roczniki Château Talbot czyli 2000 i 2005 kosztują w zagranicznych e-sklepach średnio odpowiednio 355 zł (ocena 89 na 100) i 290 zł (88 punktów na 100).

Wojciech Bońkowski, znawca win, który miał już okazję zdegustować lepszą połowę nowego asortymentu na swoim blogu, pisze, że średni poziom win w ramach francuskiej akcji "jest wyższy niż w Lidlu rok temu". Château Talbot ocenia jako "ładne" i w korzystnej cenie. Drugie wino za 199 zł czyli Château Pédesclaux jest jednak "za młode". ,,Pytanie, ilu klientów Lidla po zakupie odłoży go, jak należy w piwnicy. Bogate, słodkawe, praktycznie bez cierpkości. Klasa, ale czy to najlepszy zakup za 199,00 zł?" - pyta na blogu. I dodaje, że zamiast niego wybrałby trzy i pół butelki innego wina z tej oferty, czyli Château de la Riviere Fronsac 2008 za 59,99 zł. "La Riviere (tak jak i całe Fronsac) to jedno z ulubionych win koneserów, którzy nie lubią wydawać za dużo" - twierdzi ekspert.

Oferta Lidla to oczywiście reklama, marketing i wizerunek. Pieniądze na winach dyskonty zarabiają w zupełnie innych przedziałach cenowych, sprzedając trunki między 10 a 20 zł. Chodzi np. o tanie wina z Nowego Świata przywożone w wielkich cysternach, do których dodaje się wody i rozlewa do butelek, wysyłając do poszczególnych krajów Europy.

To, co robi niemiecka sieć z francuskimi winami, to jednak znaczący sygnał, jeśli chodzi o zmianę kierunku, w którym ma zamiar się rozwijać. Lidl wyraźnie pnie się w górę w porównaniu do swego największego konkurenta, czyli Biedronki, sięgając po klientów z bardziej pękatym portfelem i usiłując edukować społeczeństwo - że droższe znaczy lepsze.

Dla porównania Biedronka i jej sommelier Tomasz Kolecki-Majewicz w wakacje tego roku również pokazała tzw. Festiwal Win Francuskich - gdzie średnia cena 25 win wynosiła ok. 16 zł, a najdroższe kosztowało 24,99 zł. Widać wyraźnie, że od pewnego czasu Biedronka odwraca się od wielkich marek w rodzaju Châteauneuf-du-Pape dostępnych tu jeszcze niedawno po 49,99 zł. Przy czym ewidentnie najlepszą jakościowo ofertę sieć ma przy winach hiszpańskich i portugalskich.

Podobnie jest z Żabką. Po ubiegłorocznych ostrożnych wycieczkach do segmentu bardziej premium - sieć skoncentrowała się na winach typu Jack Rabbit za 14,99 zł.

Czy Polacy chcą pić drogie wina?

Elity (finansowe) owszem. Niedawno branża winna komentowała swoisty pojedynek między dwoma warszawskimi restauracjami. Jedna wino kupowane w hurcie po 900 zł sprzedawała po 2,5 tys. zł. Druga to same wino zaoferowała o tysiąc zł taniej i w krótkim czasie znalazła chętnych na 20 butelek.

A przeciętni rodacy? Polacy mimo dyskontowej ofensywy rozpoczętej przez Biedronkę kilka lat temu ciągle piją mało wina - szacunki firm badawczych mówią o 3 do 5 litrów na osobę rocznie, na co wydajemy grubo ponad 1,5 mld zł. Dla porównania Francuzi spożywają tych litrów blisko 40. Jednak według prognoz Euromonitor International będziemy wina pić coraz więcej - w roku 2017 już o 32 proc. więcej niż obecnie (chodzi tylko i wyłącznie o wina gronowe, wyłączając wina wzmacniane, produkowane z owoców innych niż winogrona oraz musujące).

Na dodatek grupa spożywająca ten trunek jest niezwykle atrakcyjna jako potencjalni klienci. Zgodnie z tegorocznymi badaniami TNS Polska to 40 latkowie z wyższym wykształceniem, częściej kobiety niż mężczyźni.

Na rynku win rządzą dyskonty. Według firmy badawczej ACNielsen sprzedają już 40 proc. wina. Według przedstawicieli samych sieci sprzedawana jest tam już co druga butelka wina. A jeszcze w 2009 była to co piąta butelka.

Wielki problem sklepów oferujących drogie trunki polega na tym, że wciąż niewiele o winie wiemy. Zaledwie 25 proc.! konsumentów pije wino przy jedzeniu, co dla nacji choćby z południa Europy jest obrazą. Zjawisko to tłumaczy częściowo to, że zgodnie z tradycją słowiańską pije się, aby upić, tam pije się, aby zjeść.

Te jednostki, które już dobierają wino do posiłku, są dość zachowawcze. I tak białe wino ich zdaniem pasuje do drobiu, a czerwone do, i tu też nie ma niespodzianki, do czerwonego mięsa. Zaledwie co 20 rodak jest w stanie wymienić po jednej odmianie winorośli białej i czerwonej. Ponad 60 proc. nie wie albo nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego różnią się kieliszki do białego i czerwonego wina. 5 proc. ankietowanych przez TNS Polska uważa wręcz, że stoi za tym spisek handlowców, którzy chcą nas naciągnąć na ekstra wydatki (w rzeczywistości chodzi o aromat).

Prawie co drugi Polak nie wie, w jakiej temperaturze powinno serwować się czerwone wino ani tego nie mierzy. Tylko co dziesiąty badany udzielił prawidłowej odpowiedzi, że temperatura podawania czerwonego wina zależy od rodzaju tegoż wina. Reszta podaje go, jak stoi albo... schładza w lodówce.

Ile wina należy nalać do kieliszka, wie jedynie 7 proc. Prawidłowa odpowiedź brzmi: do najszerszego miejsca w kieliszku.

Co to jest dobre wino?

Dla prawie połowy ankietowanych Polaków to takie, które zarekomenduje specjalista, ewentualnie "drogie". Dla 9 proc. "im słodsze, tym lepsze", dla 8 proc. "z atrakcyjną etykietą", dla 6 proc. "im mocniejsze, tym lepsze", a dla 4 proc. "w drewnianej skrzynce".

Efekt? Od lat najlepiej sprzedającym się winem w kraju jest półwytrawne Carlo Rossi importowane do Polski przez czołowego producenta wódki na świecie CEDC. Wino, o którym w słynnym video umieszczonym na YouTube Jerzy Kruk, sommelier, wypalił po spróbowaniu: "Równie dobrze można pić wodę".







Na pocieszenie można dodać, że owszem nasza wiedza na temat wina jest niewielka, ale z drugiej strony nie każda nacja zna się tak na tym trunku, jak choćby Francuzi czy Włosi.

BBC pisało niedawno o zaskakującym eksperymencie przeprowadzonym w trakcie Edinburgh Science Festival dwa lata temu, kiedy zapytano 578 osób z publiczności, czy potrafią w ramach ślepego testu stwierdzić tylko na podstawie smaku, czy dane wino jest tanie, czy drogie.

Szybko sformowanej grupie testowej podano dwa szampany - jeden za 17.61 funtów i drugi za 29,99 funtów - oraz wina z jednej strony kosztujące mniej niż pięć funtów, a z drugiej drogie - kosztujące między 10 a 30 funtów, zarówno białe jak i czerwone. Zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa mieli 50 proc. szans na poprawną odpowiedź. Co się okazało? Poprawną odpowiedź podano dokładnie w... 50 proc. przypadków.

Polskim rynkiem win rządzi na razie stereotyp opisany w następującej piosence: "Tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie, Więc pijemy je cały czas, Tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie, a na inne niestety nie stać nas."

Lidl będzie usiłował go przełamać. I przy okazji zarobić spore pieniądze. Czy mu się uda? Pewien potencjał jest. W końcu w ubiegłym roku sprzedaż win wzrosła tylko o 16 proc. ilościowo, ale o ponad 30 proc. wartościowo. A to oznacza, że rośnie sprzedaż win droższych.

Czy opłaca się kupować wina w dyskontach?