Haktywiści - hakerzy w służbie społeczeństwa

W ubiegłym tygodniu głośno się zrobiło o niejakim Neo - hakerze, który przybrawszy imię bohatera Matriksa włamał się do systemu informatycznego łotewskiej skarbówki, przejął informację o zarobkach niektórych oficjeli i później z satysfakcją informował wszystkich, jakie to gigantyczne premie przyznają  sobie urzędnicy pogrążonego w kryzysie państwa. Neo to klasyczny "haktywista" - czyli specjalista, który wykorzystał narzędzia i techniki hakerskie w szeroko pojętym interesie społecznym. Jego sprawa zrobiła się głośna na całym świecie - ale warto wspomnieć, że haktywizm to zjawisko znane od lat (pierwsi haktywiści działali już pod koniec lat 80.).

 

Celem typowego haktywisty jest osiągnięcie pewnych konkretnych, z góry założonych celów - zwykle politycznych lub ekonomicznych (aczkolwiek to udaje się rzadko - zwykle głównym efektem jest nagłośnienie danego problemu). Takie akcje najczęściej przybierają formy najróżniejszych wirtualnych protestów - częste są np. ataki DDoS przeciwko witrynom instytucji będących celem owego protestu. Taki atak polega na wysłaniu do atakowanego serwera ogromnej liczby odwołań - większej, niż jest on w stanie obsłużyć, co zwykle skutkuje zawieszeniem się systemu i zniknięciem witryny z Sieci. Tak właśnie zrobili ostatnio australijscy haktywiści, protestujący przeciwko planom wprowadzenia na Antypodach cenzury Internetu (na celownik wzięli kilka rządowych stron). Warto jednak dodać, że takie działanie jest sprzeczne z prawem - w większości krajów DDoS jest przestępstwem.

 

Plakat zachęcający do walki z cenzurą Internetu w Australii

 

Dlatego też wiele osób uważa haktywizm za pojęcie tożsame z cyberprzestępczoscią czy cyberterroryzmem - a to nie do końca prawda. Tym, co rozróżnia haktywistę i cyberprzestępcę, są intencje - priorytetem pierwszego jest dobro ogółu (lub przynajmniej jakiejś grupy społecznej), drugiego interesuje raczej zarobek lub sama destrukcja.

 

Polacy nie gęsi...

 

Kolebką haktywizmu są oczywiście Stany Zjednoczone - ale i w Polsce mieliśmy kilka incydentów, które można by zaklasyfikować jako haktywizm. Dość wspomnieć o słynnym włamaniu na serwer Urzędu Rady Ministrów, przeprowadzonym na wizji przez hakera zaproszonego do programu Tok Szok w 1998 r. - specjalista na oczach urzędnika odpowiedzialnego za zabezpieczenie owego serwera zdołał uzyskać nieautoryzowany dostęp do sieci URM i przeglądać poufne informacje. Można się spierać, czy był to "klasyczny haktywizm" (skoro włamanie zainspirowali dziennikarze) - ale cel bez wątpienia był szczytny, chodziło wszak o zwrócenie uwagi na kiepskie zabezpieczenia rządowych serwerów.

 

Później mieliśmy jeszcze kilka akcji osławionych Gumisiów - czyli grupy hakerskiej, która specjalizowała się m.in. w protestowaniu przeciwko podwyżkom cen Neostrady (protesty polegały zwykle na podmienianiu najróżniejszych stron Telekomunikacji Polskiej).

 

Kamienie milowe haktywizmu

 

Świetny, obszerny artykuł na ten temat jest w Wikipedii (niestety, polskiej wersji brak) - znaleźć tam można m.in. długą listę aktów haktywizmu z ostatnich dwóch dekad. Wybraliśmy pięć najciekawszych - naszym zdaniem - przykładów:

 

1. WANK - za pierwszą akcję haktywistów powszechnie uważa się stworzenie i wprowadzenie do sieci DECNet robaka o nazwie WANK (Worms Against Nuclear Killers - Robaki Przeciwko Nuklearom Zabójcom). Doszło do tego w 1989 r. Szkodnik atakował komputery pracujące pod kontrolą systemu VMS i wyświetlał w nich komunikat krytykujący nuklearny wyścig zbrojeń (posiłkując się przy tym komunikatami z piosenek formacji Midnight Oil). To klasyczny przykład haktywizmu - WANK w żaden sposób nie szkodził systemowi, jego podstawowym zadaniem było przekazanie komunikatu politycznego.

 

Komunikat wyświetlany przez robaka WANK

 

2. Jam Echelon Day - do tej akcji doszło w 1999 r. Jej celem było, zgodnie z nazwą, zakłócenie pracy mitycznego Echelona, czyli globalnego systemu monitorowania komunikacji elektronicznej. Haktywiści z całego świata wybrali jeden dzień - 21 października - w którym zaczęli masowo wysyłać wiadomości naszpikowane słowami kluczowymi, na które miał jakoby reagować Echelon. To miało doprowadzić do przeciążenia, a może nawet czasowego wyłączenia systemu - inicjatorzy akcji mieli nadzieję, że Echelon nie da sobie rady z przetworzeniem setek milionów napływających nagle ze wszystkich stron wiadomości. Niestety, do dziś nie wiadomo, czy akcja ta odniosła jakikolwiek skutek (później powtórzono ją jeszcze w roku 2000). 

 

3. Chiny bez cenzury - w 1998 r. członkowie formacji Hacktivismo zdołali na pewien czas zdezaktywować Wielki Chiński Firewall, czyli system odpowiedzialny za cenzurowanie Internetu dla chińskich użytkowników. Dzięki temu Chińczycy mogli przez pewien czas przeglądać w Sieci wszystkie strony - a nie tylko te, które zatwierdziły władze w Pekinie. Niestety, chiński rząd wyciągnął z tego incydentu odpowiednie wnioski - systemy cenzorskie znacząco wzmocniono (przy aktywnym udziale wielu zachodnich firm, których przedstawiciele bardzo nie lubią, gdy im się o tym przypomina) i od tej pory nikomu nie udało się powtórzyć wyczynu Hacktivismo.

 

Strona projektu Hacktivismo

 

4. Anonimowi kontra Scientolodzy - w styczniu 2008 r. słynna wywrotowa organizacja Anonimowi (powiązana m.in. z osławionym serwisem 4chan.org) w imię walki z sekciarstwem wypowiedziała internetową wojnę Kościołowi Scientologicznemu - jej głównym celem było... wygnanie scientologów z Sieci. W ciągu kolejnych kilku miesięcy doszło do dziesiątek ataków DDoS na najróżniejsze witryny związane z tą organizacją oraz innych aktów "sieciowego wandalizmu". Gwoli ciekawostki warto dodać, że scientolodzy nie pozostają dłużni - w USA kilku "anonimowych" skazano już za udział w atakach na kary więzienia...

 

5. Włamanie do centrum badań na klimatem East Anglia University - to najświeższy przykład, bo do włamania doszło pod koniec ubiegłego roku. Celem haktywistów było zdobycie informacji świadczących o tym, że globalne ocieplenie jest jednym wielkim spiskiem naukowców - i częściowo się to udało. Włamywacz (lub włamywacze - dokładnie nie wiadomo) zdobyli m.in. korespondencję pracowników naukowych, z której wynikało, że środowisko naukowe próbowało ukryć wyniki badań przeczące teorii o postępowaniu  globalnego ocieplenia.

 

Daniel Cieślak

Więcej o: