Alienware Area 51, czyli bliskie spotkanie III stopnia

Wszechpotężny komputer do gier kontra moja skromna osoba.

Czy opłaca się wydać 18 tysięcy złotych na komputer do gier?

I od razu odpowiem - nie. W ogóle się nie opłaca. Jeśli ktoś twierdzi, że tak, to chyba jest dziedzicem jakiejś fortuny i nie zna prawdziwej wartości pieniędzy. Komputer taki jak  Alienware Area 51 można by samodzielnie złożyć za połowę tej kwoty, tak na oko licząc. I jeszcze by zostało. Ale... samochód, który szybko jeździ też można sobie złożyć taniej niż wychodzi zakup Ferrari czy Lamborghini. A mimo to ludzie je kupują, prawda? Marka, pewność, wsparcie producenta - to jednak ma swoją wartość. Zwłaszcza, gdy ktoś chce się dobrze pokazać przed znajomymi.

 

Jest co pokazywać


Jeśli ktoś będzie miał ochotę pochwalić się Area 51 musi pamiętać, że w tym celu należy ewentualnych widzów zaprosić do siebie do domu. Zanieść Alienware'a na demonstrację nie da rady - bydlę jest z innej planety ani chybi i waży tak na oko tyle, co worek cementu, tyle, że się go nie da zarzucić na plecy. Czterdzieści kilo jak nic - wnieść lub znieść go po schodach to życiowa przygoda, zwłaszcza jeśli robi się to samodzielnie (a ja w siebie tak mocno uwierzyłem, że nawet tego spróbowałem, czego żałowałem w kilka sekund później). Ciężki jest po prostu niewymownie. Podejrzewam, że to głównie obudowa tyle waży. I te dwa zasilacze po pół kilowata też swoje dokładają - swoją drogą, bałem się czy moja instalacja elektryczna wytrzyma pobór mocy tej bestii, czy też może po włączeniu go korki strzelą, albo, co gorsza, w elektrowni Siekierki będzie jakaś awaria na miarę Czernobyla (na szczęście nie było) z powodu tego urządzenia do grania.

Bebechy po wuju?


A do grania ono jest z całą pewnością. Osiem rdzeni na procesorze Intela i7, każdy śmigający z 3.20 GHz - to jednostka główna. Obok procesora na płycie głównej jest 12 gigabajtów RAMu 1333 MHz, czyli trzy razy więcej niż naprawdę potrzebuje jakakolwiek gra w tym momencie, a gdzieś poniżej pysznią się dwa Radeony HD 5870, każdy ze swoim gigabajtem pamięci DDR5, połączone ze sobą w celu uzyskania najmaksymalniejszej na tej planecie mocy. Z taką konfiguracją, myślałem sobie, ten Alienware wciągnie najbardziej wymagającą grę nosem - i to nawet bez prądu.

Podłączyłem kabelek sieciowy, wpiąłem słuchawki (co ciekawe, Area 51 miał zintegrowanego Realteka - nie można było dorzucić porządnej dźwiękówki, takiej jak X-Fi?), klawiaturkę alienware'ową podświetlaną (Logitech?) i myszkę gustowną (też Logitech chyba) ładnie zamontowałem. Power on. I ten skurczybyk zaczął się ruszać. Wiem, że to niedorzeczne, ale przez chwilę miałem nadzieję, że to jakiś transformer, wielki robot, który pomoże mi znieść do piwnicy niepotrzebny materac do łóżka - ale to tylko klapki wentylacyjne się uniosły, co by wnętrze obcego komputera mogło sobie odetchnąć pełną piersią. Zaświeciły się też jakieś lampki w środku - to tak dla informacji osób, które chcą ten komputer komuś pokazywać, bardzo elegancko się jarzy tu i ówdzie.

Test syntetyczny


Na początek benchmark. Czyli 3D Mark Vantage. Tenże dawał czadu okropnie do momentu gdy doszło do testów modelu fizycznego - wtedy zwolnił nieludzko. Nie wiem, czy to normalne, bo akurat Vantage jeszcze nigdzie nie odpalałem, ale co tam, wynik to wynik, można cyferki pokazać, udowodnić, że się rzetelnie sprzęt przetestowało. I ile ten Area 51 zrobił "trzydemarków"? 25 kilo. Z jednej strony to super, bo naprawdę mocne komputery wyciągają jakieś 20 może - ale do rekordu mu też daleko, prawda?

3d mark vantage

Ale rekord mają cztery GeForce'y plus procesor skręcony do 5.5 GHz, a to ciężko przebić. Zresztą, syntetyczne testy są syntetyczne - do niczego się nie nadają. Odpalmy jakąś grę.

Pomyślałem sobie, czym mogę spróbować rzucić na kolana takiego herbatnika? Odpowiedź była jedna:

Crysis: Warhead


Power. Full HD 1920x1080. Wszystkie możliwe ustawienia na maksimum - poziom entuzjasta to się nazywa. Filtrowanie anizotropowe i antyaliasing pod sufit. Z grubej rury strzelimy, a co tam. Niech ma.

I przez chwilę miał. A potem zaczął się mi Obcy krztusić. A ja, wredny Ziemianin siedziałem i się bezczelnie przyglądałem, jak biedaczek "klatkuje", jak mu spadają efpeesy do 10, do 15, do 20, jak nie trzyma płynności, jak dostaje czkawki przy ostrzejszych ruchach, jak mu się wszystko rozmywa. Strzał z grubej rury wyprodukował niezły krater, ale nikogo nie zabił.

Śmieję się, ale byłem trochę zaskoczony prawdę mówiąc, bo spodziewałem się, że nie będzie problemów. Może przy wyższych rozdzielczościach, przy jakichś kilku tysiącach pikseli - ale nie przy zwykłym 1080p. A jednak. Area 51 nie dała rady Crysisowi. Po zbiciu wszystkich ustawień o jeden poziom poniżej najwyższego było już o niebo lepiej, czyli cały czas powyżej 30 klatek - ale tylko powyżej, a nie na przykład cały czas 60. Początek testowania nie najlepszy, prawda? A to nie było jedyne duże działo, jakie mogłem wytoczyć w obronie planety przeciwko kosmicznemu komputerowi. Na drugi ogień poszło...

Metro 2033


Nie oszczędzałem Alienware, tylko znów wszystko ustawiłem na maksimum, rozdzielczość taką, jaką tylko się dało na monitorze Eizo Foris FS2331 (super sprzęt, tak przy okazji) i uruchamiamy.

Już w menu klatki poleciały do okolic 30 i wiedziałem, że bajecznie raczej nie będzie. I faktycznie, dopóki po prostu łaziłem sobie na spokojnie, to było płynnie, powyżej wartości progowej tych 30 klatek, to jak tylko coś się zaczęło dziać (pierwsze stworki wyskakujące w prologu), to znów były przycięcia - do 10, do 20 klatek. Grać się dało, ale komfortu nie było, niestety. Kawałek dalej, na stacji metra, było już lepiej - ale tam głównie się spaceruje i patrzy na ludzi. A i tak średnio komputer utrzymywał się niewiele powyżej trzydziestukilku klatek.

Słabo trochę. Ja wiem, że to wygórowane ustawienia i wielkie wymagania - ale od komputera za 18 tysięcy złotych mam prawo wymagać tyle właśnie. I więcej nawet. Na jego szczęście całą resztę sprawdzanych tytułów miałem już słabszych w sensie wymogów.

Cała reszta gier


Just Cause 2 - 60 klatek bez jednego zająknięcia. Bad Company 2 - 40 to było minimum, przez 99% czasu trzymał się powyżej setki. Mafia II - jak Just Cause, sześćdziesiąt z małymi spadkami... ale przy wyłączonym PhysX, bo wystarczyło go odpalić na troszeczkę, żeby gra zaczęła działać gorzej niż na GTX 260. To tyle, jeśli chodzi o emulację technologii nVidii na sprzęcie AMD. Miałem jeszcze sprawdzić Shattered Horizon, który jest dedykowany pod nVidię właśnie i w całości opiera się na PhysX, ale doszedłem do wniosku, że Mafia II pokazała już, co i jak w tej sprawie Alienware Area 51 potrafi.

Więcej testów growych nie przeprowadzałem, bo wypadłyby podobnie jak ostatnie, czyli świetnie. Nie zmienia to faktu niestety, że Area 51 ze swoją pozaplanetarną technologią nie dał rady osiągnąć drugiej prędkości kosmicznej. Na orbitę wychodzi bez problemów, ale wyżej już nie - od tak drogiego sprzętu, z takim hardware w środku ukrytym, oczekuję więcej niż brak płynności przy nie maksymalnym przecież obciążeniu, bo można grać w rozdzielczości 2560x1600 na przykład, a przy niej byłoby z Crysisem i Metro 2033 jeszcze gorzej.

Może gdyby zamiast tych dwóch Radeonów włożyć do środka dwa najnowsze GeForce'y? Może. Ale nie miałem takich pod ręką. I trochę się rozczarowałem. To bardzo fajny markowy komputer, świetnie wyglądający i z niekwestionowaną mocą. Ale przy tej cenie... cóż, przy tej cenie powinien zachodzić efekt "I've got the power!!!" a nie chrupanie przy grze sprzed dwóch lat.

Wspomniałem już na początku, że się nie opłaca? No właśnie.

Sławek Serafin

Więcej o: