Prawa rządowe zastrzeżone

Wydatki brytyjskich parlamentarzystów, tajny film z masakry w Iraku i rozkład jazdy PKP. Co łączy te wszystkie elementy? To, że mogą być objęte tymi samymi prawami autorskimi, co nowa płyta Lady Gagi, a więc chronione w ten sam sposób.
Książka, jako książka należy do autora, ale jako myśl, należy - i nie ma w tym przesady - do ludzkości. Każdy rozum ma do niej prawo. Jeśli jedno z dwóch praw, prawo pisarza i prawo ludzkiego rozumu musiałoby ulec, byłoby to z pewnością prawo pisarza, ponieważ naszą jedyną troską jest dobro wspólne, i wszyscy, oświadczam, są ważniejsi od nas, [pisarzy].
*Manifest możecie przeczytać w tym miejscu

Tą wypowiedzią Victora Hugo rozpoczyna się Manifest Domeny publicznej*, tekst, którego zadaniem jest wypromowanie wśród społeczeństwa pomysłu swobodnego dostępu do informacji. Czym jest domena publiczna? Najprościej można ją scharakteryzować jako zbiór utworów, z których można korzystać bez uiszczania żadnych opłat. Korzystać, czyli:

- Mieć zapewniony swobodny dostęp po kosztach udostępnienia (w sieci - praktycznie za darmo);

- Mieć prawo do ponownego wykorzystania. Jest to szczególnie ważne dzisiaj, w sieci, która pełna jest od dzieł kultury remiksu.

W efekcie utwór, który został umieszczony w domenie publicznej, można np. swobodnie ściągnąć z sieci bez obawy, że zostanie się z tego powodu uznanym za pirata, tak jak to się dzieje w przypadku wszelkich chronionych prawami autorskimi filmów czy muzyki. Brzmi prosto i użytecznie, prawda? Manifest dotyka problemu całej kultury, ale warto spojrzeć na ten problem tylko i wyłącznie pod kątem państwa.

Po pierwsze, bez swobodnego dostępu do informacji rządowych trudno byłoby nam stwierdzić, co też rząd robi i planuje. Śledzenie tego, na co idą publiczne pieniądze i stwierdzenie, czy przypadkiem nie dochodzi do żadnych nieprawidłowości, graniczyłoby z niemożliwością.

Po drugie, jeśli już raz za coś zapłaciliśmy w podatkach, to czemu mielibyśmy płacić za to drugi raz?

Na chłopski rozum w nowoczesnym państwie wszelkie prace administracji publicznej powinny automatycznie lądować w domenie publicznej. Niestety, praktyka nie współgra ze zdrowym rozsądkiem.

Polski brak dobrej woli

Technologie

*Art. 6, ustawę znajdziecie tutaj

Domena publiczna jest jedynie pomysłem, wzniosłą teorią, ideałem. W praktyce trzeba ją uszczegółowić i umocować prawnie. Efektem tych zabiegów jest u nas twór o nazwie "informacja publiczna", a miejscem gdzie ją znajdziemy - Biuletyn Informacji Publicznej. Kwestię praw autorskich do dokumentów rządowych regulują zaś głównie dwa akty prawne. Pierwszy to ustawa o prawie autorskim, w której wspomina się, że przedmiotem praw autorskich nie są dokumenty urzędowe czy akty normatywne. Drugi to ustawa o dostępie do informacji publicznej, która definiuję informację publiczną i przedstawia przykładowy wykaz materiałów*, które podpadają pod tę kategorię.

Brzmi nieźle. Dzięki temu istnieje Sejmometr*. Serwis zbiera informacje urzędowe o działaniach naszego parlamentu, o tym, jakie pojawiają się projekty ustaw, co potem dzieje się z nimi w komisjach, w końcu czy zostają uchwalone i czyimi głosami. Pozwala obserwować aktywność (lub jej brak) wybranych posłów. Brzmi może nudno, ale strona zapewnia przystępny dostęp do wiedzy koniecznej dla wszelkich osób zajmujących się życiem publicznym w naszym kraju.

* Regulamin znajdziecie tutaj, punkt 6
** ? - (copyright) znak informujący o objęciu utworu prawami autorskimi

No dobra, przejdźmy jednak z wielkiej polityki do życia codziennego. Czy mogę skopiować rozkład jazdy przewoźnika miejskiego? Jakby absurdalnie by to nie brzmiało, w tej kwestii zaczynają się schody. Wszystko wskazuje na to, że rozkłady jazdy są objęte prawami autorskimi. Mówi m.in. o tym regulamin, który znajdziemy na stronie z rozkładami jazdy pociągów PKP*, która jest administrowana przez spółkę państwową. Wskazują na to także znaczki ?** na stronach przewoźników działających ze środków publicznych. Ba!, istnieje nawet spór wokół udostępnienia rozkładów jazdy - Transportoid spiera się z MPK Kraków. Dlaczego mamy zapewniony swobodny dostęp do dokumentów urzędowych, ale do rozkładów jazdy już nie? Problem rozbija się o kilka kwestii.

Pierwsza to rozwiązania prawne, których niejasność i nieadekwatność była wielokrotnie krytykowana przez organizacje pozarządowe. Jednym z kluczowych problemów jest właśnie kwestia ponownego wykorzystania. Jeśli coś zostało ufundowane z publicznych pieniędzy, to nie tylko powinienem mieć zapewniony do tego możliwie darmowy dostęp, ale także powinienem móc to wykorzystywać dalej. Ta zasada z powodzeniem działa w Stanach (o czym przekonamy się za chwilę), dlaczego nie miałaby u nas? Szczęście, że Komisja Europejska doszła ostatnio do tego samego wniosku. Prawo wspólnotowe ma umożliwić bezproblemowe ponowne wykorzystanie danych publicznych. Jest to ważne, bo tkwią w tym spore pieniądze. Prężnie rozwija się np. rynek aplikacji na telefony komórkowe, które przerabiają w jakiś sposób ogólnodostępne państwowe informacje, np. satelitarne. Wg szacunków wartość tego rynku wyniesie w 2013 roku 15 mld euro. Nie są to małe pieniądze i dobrze by było, gdyby Polsce przypadł znaczny kawałek tego tortu. W Polsce prace nad tym dopiero ostatnio przyspieszyły, a zawiaduje nimi Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji. Pod koniec zeszłego roku umożliwiono ponowne wykorzystanie informacji publicznych, ale termin ten nadal obejmuje tylko część prac finansowanych ze środków publicznych.

W praktyce, chociaż jestem wielkim zwolennikiem cyfryzacji danych, to nie garnę się do korzystania ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego. Jako że jest to archiwum państwowe, jego zbiory korzystają ze specjalnej ochrony prawnej. Dostęp do nich jest darmowy, ale ich ponowne wykorzystanie? Z tym jest już gorzej. NAC umożliwia bezpłatne wykorzystanie do 300 zdjęć na potrzeby kultury, gospodarki, nauki i techniki, ale trzeba mieć specjalną kartę identyfikacyjną, wypełnić odpowiedni formularz czy każdorazowo informować Archiwum o opublikowaniu fotografii. Jeśli chcielibyśmy tego uniknąć, to za wykorzystanie jednego zdjęcia w internecie musimy zapłacić 10 zł. Emisja 1 minuty nagrania audio i wideo kosztuje już 100 zł. Trudno wytłumaczyć to kosztami udostępnienia, bo sama cyfryzacja jest przeprowadzana ze środków publicznych, a skopiowanie materiału w sieci jest praktycznie darmowe.

Innym problemem jest coś, co można nazwać po prostu brakiem dobrej woli urzędników. Jest bowiem wiele przypadków, kiedy ochrona praw autorskich mogłaby być bezproblemowo zarzucona. A jednak, na stronie premiera, ministerstwa spraw zagranicznych, ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego - wszędzie tam znajdziemy znaczek ?. Ale żeby tylko o znaczki chodziło... Na stronie prezydenta w sekcji "prawa autorskie" znajduje się zapis, który jest dla mnie prawdziwą perełką. Zastanawiałem się nad wrzuceniem stamtąd jednego ze zdjęć dla ilustracji tekstu. Chęć mi przeszła, kiedy zacząłem się zagłębiać w tekst:

Autorskie prawa majątkowe do wszystkich zdjęć fotografów Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej przysługują Kancelarii. Zdjęcia pochodzące z oficjalnego serwisu fotograficznego Kancelarii Prezydenta RP mogą być wykorzystywane jedynie w celu ilustrowania materiałów, dotyczących działań Prezydenta RP.

Mamy potwierdzenie objęcia prawami autorskimi. Ciekawszy jest jednak zapis o wykorzystaniu fotografii. Niestety, ale tekst ten nie kręci się wokół działań Prezydenta RP. Pierwszy powód, dla którego nie mogę wrzucić fotki.

Jakakolwiek ingerencja w integralność zdjęcia - w tym kadrowanie czy obróbka graficzna - jest niedozwolona.

W dzisiejszych czasach trudno nie ingerować w zdjęcia. Umieszczając go w tekście musiałbym go choćby przyciąć. Mamy drugi powód.

Wszelkie wykorzystywanie zdjęć pochodzących z oficjalnego serwisu fotograficznego Kancelarii Prezydenta RP w celach komercyjnych lub w materiałach o charakterze politycznym jest zabronione.

Zakładam, że tekst na serwis podpada pod cele komercyjne. Trzeci powód. Nie można w materiałach o charakterze politycznym? Ale przecież... Prezydent to polityk... więc... Przejdźmy może dalej.

Publikacja lub kontekst wykorzystania zdjęcia nie może naruszać dobrego imienia Rzeczpospolitej Polskiej, Prezydenta RP, Jego Rodziny i innych figurujących na nich osób oraz Kancelarii Prezydenta RP.

Powraca podnoszona co jakiś czas kwestia ochrony dobrego imienia Prezydenta.

Szczerze powiedziawszy, to nie rozumiem, dlaczego Kancelaria tak bardzo nie chce, żebym użył jej zdjęcia w tym tekście. Co więc pozostaje mi zrobić? Wkleić zdjęcie prezydenta USA, go nie chronią takie zapisy:

Oficjalna fotografia Baracka Obamy

Foto: Pete Souza, The Obama-Biden Transition Project

 

Inna perełka związana jest z Internetowym Systemem Aktów Prawnych. Serwis prowadzony przez Kancelarię Sejmu udostępnia dokumenty urzędowe. Teoretycznie więc nie powinny być objęte ochroną prawnoautorską, prawda? Na stronie widnieje jednak zapis:

Copyright (c) 2009-2010 Kancelaria Sejmu RP

Dobrze chociaż, że ostatnio zrezygnowano z zapisu o zakazie komercyjnego wykorzystywania informacji. Teraz widnieje tylko notka:

Zezwala się na wykorzystywanie (w tym kopiowanie) materiałów znajdujących się w bazie ISAP w sieci Internet, z zaznaczeniem źródła ich pochodzenia.
Fragment maila Kancelarii Sejmu:
Ochronie autorskoprawnej podlega sposób przedstawienia (wyrażenia) aktu normatywnego (zastosowany układ graficzny, czcionka). Natomiast tekst ujednolicony aktu prawnego, poza sposobem jego wyrażenia, podlega ochronie autorskoprawnej również ze względu na fakt, iż stanowi on przetworzoną (uzupełnioną o zmiany wraz ze stosownymi przepisami) formę tekstu pierwotnego aktu normatywnego. Są to teksty aktów normatywnych przetworzone w Kancelarii Sejmu.

Znaczek ? znajdziemy też na PDF-ach aktów prawnych. Dlaczego? Ta sprawa zainteresowała pracownika opolskiej Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji, Szymona Rubisza, który wysłał maila z zapytaniem do kancelarii. W odpowiedzi otrzymał informację, krótko mówiąc, powodem ochrony jest to, że zastosowano taką a nie inną czcionkę i dodano przypisy. To jest wkład twórczy Kancelarii, niezbędny czynnik do objęcia jakiegoś utworu prawami autorskimi.

A co z ekspertyzami i innymi raportami zamawianymi przez rząd? Są sporządzane na podstawie zamówień państwowych, za publiczne pieniądze. Czy są więc informacją publiczną? Tak. Nie. Nie wiadomo. Wątpliwości narosły wokół sprawy dotyczącej sporu między Kancelarią Prezydenta a podmiotami pozarządowymi. Te ostatnie chciały poznać treść ekspertyz, które posłużyły Prezydentowi za argument za przyjęciem ustawy o OFE. Nie poznały, bo Kancelaria im tego odmówiła. Spory powędrowały do sądu i skończyły w Najwyższym Sądzie Administracyjnym. Jeden z wyroków NSA jest cokolwiek dwuznaczny, a w ostatnim z procesów sąd skierował zapytanie do Trybunału Konstytucyjnego, czy są one w ogóle informacją publiczną.

Jak więc widać, w gąszczu przepisów gubią się chwilami nawet prawnicy. Brak jednej, spójnej polityki w kwestii dostępu obywateli do informacji publicznej irytuje. Przed chwilą pokazałem Wam przykłady, kiedy co instytucja, to obowiązywały inne zapisy prawne, w różnym stopniu chroniące prawem autorskim zebrane przez nią informacje. Przyznać też trzeba, że są witryny rządowe, gdzie jest o wiele przyjemniejsza licencja Creative Commons - ministerstw gospodarki czy administracji i cyfryzacji. Z jednej strony powinno mnie to cieszyć, z drugiej pokazuje to, że dużo w tym względzie zależy od dobrej woli (lub jej braku) urzędników. Taki stan rzeczy daleki jest od ideału przyjaznego i nowoczesnego państwa.

Czy jest to jednak tylko polski problem? Zobaczmy, gdzie stan rzeczy daleki jest od ideału, a gdzie bliski jemu.

Dokumenty w służbie Jej Królewskiej Mości

Technologie

System polityczny Wielkiej Brytanii nieprzerwanie ewoluuje od wieków. Stopniowo, małymi krokami, monarcha oddawał swoją władzę premierowi i parlamentowi. Ta stabilna przemiana sprawiła jednak, że ukształtowana w ten sposób demokracja jest w niektórych miejscach archaiczna. Jednym z takich miejsc jest kwestia praw autorskich dokumentów rządowych.  Odmiennie niż w innych krajach, w Wielkiej Brytanii i części byłych koloniach brytyjskich dokumenty państwowe objęte są prawem autorskim. Konkretniej - prawem korony, które wygasa po 50 latach od publikacji. Przez ten okres korzystanie z nich podlega ograniczeniom, które w efekcie mogą prowadzić do wynaturzeń. I doprowadziły, wywołując kilka lat temu skandal.

Zaczęło się od kampanii wyborczej w 1997 roku. Partia Pracy chciała pozyskać głosy zapowiadając ułatwienie dostępu do dokumentów urzędowych. W efekcie uchwalono The Freedom of Information Act 2000, który wszedł w życie 1 stycznia 2005 roku. Pozwolił on obywatelom, po uprzednim zapytaniu, zapoznać się ze strzeżonymi dotąd dokumentami. Otworzyło to puszkę Pandory. Opinię publiczną zainteresowały bowiem wydatki członków parlamentu. Wraz z nowym prawem pojawiła się możliwość poznania, jakie to też koszta pociąga za sobą "wykonywanie mandatu", które musi zwrócić parlamentarzystom skarb państwa. Kilku dziennikarzy poprosiło o ujawnienie odpowiednich danych. Czy parlamentarzyści byli chętni ich udzielić? Ależ skąd! Sprawa ciągnęła się kilka lat, ponieważ Parlament starał wyłączyć się spod działania ustawy. Naginanie prawa spotkało się jednak z ostrą krytyką i Brytyjczycy mieli poznać dane, których oczekiwali. Po ocenzurowaniu, usunięciu "wrażliwych informacji". "Pech" chciał, że ich pełna wersja wyciekła i została opublikowana w The Daily Telegraph. Lektura była niezwykle ciekawa.

*Pełną znajdziecie tutaj

Okazało się bowiem, że wielu członków parlamentu ze wszystkich partii nadzwyczaj ochoczo podpinało pod ?wydatki związane z wykonywaniem mandatu? najróżniejsze opłaty. I tak Caroline Spelman przez rok opłacała swoją nianię z publicznych pieniędzy, David Miliband zgłosił się po zwrot 30 tysięcy funtów za naprawy, udekorowanie i umeblowanie domu rodzinnego w South Shields, Stewart Jackson zgłosił się po 11 tysięcy funtów za ?opłaty usługowe? i 300 funtów na utrzymanie basenu w swoim domu (przyznał, że żądanie zwrotu kosztów za basen może być postrzegane jako przesadne i zadeklarował oddanie pieniędzy), a Cheryl Gillan zgłosiła się po 4,47 funta za jedzenia dla psa (później stwierdziła, że prośba ta znalazła się przez pomyłkę i zwróci Izbie Gmin pieniądze). To tylko kilka przykładów z długiej listy wydatków*, za które finalnie zapłacili podatnicy. Nic dziwnego, że wokół tej sprawy wybuchł w Wielkiej Brytanii skandal.

Marnotrawienie publicznych pieniędzy to jednak jedno. Inną kwestią jest wolność mediów, która jest kluczowa dla skutecznej kontroli poczynań władzy. Z tego powodu nieraz na linii urzędnicy-dziennikarze dochodzi do spięć. Mimo to trudno sobie wyobrazić sytuację, żeby w dojrzałej demokracji prasa spotykała się z represjami. Jak się jednak okazuje, takie sytuację mogą mieć miejsce, a narzędziem kary mogą być właśnie prawa autorskie. W roku 1993 brytyjska gazeta weszła w posiadanie nieupublicznionego jeszcze, bożonarodzeniowego przesłania Królowej. Postanowiła je wydrukować. W tym czasie opinia publiczna przyglądała się uważnie wewnętrznym problemom koronowanej rodziny. Z tego powodu media nie cieszyły się dobrą opinią w pałacu, postanowiono więc dziennikarzom utrzeć nosa. Po nieautoryzowanej publikacji Królowa wkroczyła na drogę sądową. Powód - złamanie praw autorskich. 200 tysięcy funtów kosztowało gazetę wydrukowanie czegoś, co, przynajmniej teoretycznie, powinno należeć do domeny publicznej.

Ojcowie-założyciele zakładają domenę publiczną

Technologie

Choć Anglosasi po obu stronach oceanu w wielu kwestiach są zgodni, to w zagadnieniu domeny publicznej prezentują całkowicie odmienne stanowiska. Wg aktualnego stanu prawnego w Stanach Zjednoczonych, Copyright Act, ochrona prawami autorskimi nie przysługuje jakimkolwiek efektom prac federalnego rządu Stanów Zjednoczonych. Wyjątkiem są prawa autorskie uzyskane w wyniku przeniesienia, np. zakupu.

Jest to prawo wewnętrzne, teoretycznie więc nie dotyczy ono zagranicy. W praktyce jednak sporo dóbr raz udostępnionych w domenie publicznych jest dostępnych dla wszystkich. I tak wchodząc na whitehouse.gov i klikając zakładkę ?Copyright Policy? możemy dowiedzieć się, że materiały na stronie są objęte licencją Creative Commons, czyli że można je rozpowszechniać i zmieniać tak długo, jak długo udziela się informacji o ich pierwotnym autorze. To tylko jeden z przykładów. Znalezienie znaczka ? na federalnych materiałach może być sporym wyzwaniem.

Na pozbawieniu federalnych utworów ochrony prawnoautorskiej sporo zyskuje gospodarka. W Stanach istnieją całe firmy, które egzystują dzięki darmowemu dostępowi do informacji publicznych. Jednym z największych dóbr są dane satelitarne. Pozyskuje je m.in. Global Positioning System (GPS), system satelit. Od czasów Reagana podmioty prywatne mogą otrzymywać je za darmo, przerabiać i wykorzystywać dalej. A że to robiły i robią nadal widać po wysypie różnych urządzeń z, a jakże, nawigacją GPS.

Domena publiczna pomaga także w mniej oczywistych przypadkach. Władze Stanów Zjednoczonych mają środki ku temu, żeby ograniczyć dostęp opinii publicznych do niektórych materiałów - w tym celu utajnia je. Teoretycznie może to zrobić tylko w ściśle określonych sytuacjach, praktycznie nieraz korzysta się z tego, żeby ukryć niewygodne fakty. Przekonaliśmy się o tym w roku 2010, kiedy to z pomocą Wikileaks wyciekł materiał przedstawiający atak helikopterów na cywilów w Bagdadzie w 2007 roku. W masakrze zginęło dwóch reporterów Reutersa. Materiał był tajny, ale kiedy wyciekł do internetu, to władze wojskowe nie mogły stwierdzić, że posiadają do niego prawa autorskie i tym samym zakazać jego rozpowszechniania.

Domena publiczna = domena nasza

Galaktyka Andromeda / foto. NASA/JPL-Caltech/UCLA

Zdjęcie Galaktyki  Andromeda - świat byłby uboższy bez fotografii NASA (foto. NASA/JPL-Caltech/UCLA)

Zainteresował Cię temat? Warto zajrzeć:
- strona prawo.vagla.pl
- książka Hearther Brooke ?The Revolution Will Be Digitised?

Wrzawa wokół ACTA wywołała dyskusję o prawach autorskich. Skupiliśmy się w niej na prawach autorskich podmiotów prywatnych, tymczasem równie istotna jest kwestia tego, jak należy zdefiniować prawa autorskie do utworów państwowych. Wbrew pozorom bowiem nie jest to abstrakcyjny problem. Z tymi utworami stykamy się na każdym kroku - czytając rozkład jazdy, przeglądając stronę państwowej spółki, oglądając zdjęcia z państwowego archiwum, czytając dokument ministerstwa i sprawdzając głosowania posła ze swojego okręgu. Ważne jest, żebyśmy do tych wszystkich rzeczy mieli zapewniony bezproblemowy dostęp. Ważne jest także, żebyśmy mogli robić z nimi to, co nam się żywnie podoba. Skoro już raz za nie zapłaciliśmy w podatkach, a mamy dobry pomysł na takie ich przerobienie, żeby móc na nich zarobić, to w imię czego państwo miałoby nam tego zakazywać? Warto wspierać domenę publiczną.

Paweł Płaza

Więcej o:
Komentarze (16)
Prawa rządowe zastrzeżone
Zaloguj się
  • nh2501

    Oceniono 23 razy 23

    Ciekawe jest właśnie traktowanie obywateli Unii przez urzędy unijne w porównaniu właśnie do polityki informacyjnej USA. W USA każda utwór wykonany przez pracownika rządu lub instytucji federalnej (jak wojsko czy NASA) w czasie pracy lub sprzętem państwowym z mocy prawa nie podlega prawom autorskim. Zdjęcia NASA świetnie to ilustrują. Jedynie logo NASA jest objęte restrykcjami. My mają UE, nie mamy nic jej działalności. Będziemy należeć do ESA (to osobna instytucja, ale fakt pozostaje - członkowie łożą pieniądze, a obywatele nie mają dostępu do wszystkich produktów), ale nie możemy wkleić zdjęcia wykonanego przez ESA albo satelitę ESA. Mamy urzędy unijne, ale mają one (c) nad dokumentami jakie wytworzą...

  • polskirozlamacz

    Oceniono 20 razy 20

    Bardzo dobry artykuł.

  • thorngorn

    Oceniono 15 razy 9

    Ochrona praw autorskich nie dłużej niż 5 lat.
    Domena publiczna dla:
    1. Dzieł, w które zaangażowane były pieniądze publiczne;
    2. Dzieł prywatnych których autorzy zrezygnowali z ochrony ich praw przed okresem 5 lat.
    Przy czym domenę publiczną rozumiem jako znak, coś w stylu copyright, tylko, że w drugą stronę.

    W innej sytuacji dojdziemy do paradoksów patentowych.

  • sliping

    Oceniono 7 razy 7

    Nazwę NAC powinno się rozwijać jako Niezła Afera Cwaniacka . Znaleźliśmy tam między innymi zdjęcia wykonane przed wojną przez kuzyna mojej matki, który miał zakład fotograficzny. Mamy oryginały w albumie i oryginalne klisze. NAC przystawił sobie (c). Jest to żenujący pomysł żeby zarabiać na reprodukcjach fotografii które wpadły im przypadkowo w ręce albo zostały ofiarowane przez różne osoby.

  • aarvedui

    Oceniono 5 razy 5

    prawo darmowego wykorzystania powinno dotyczyć każdego utworu wykonanego z wykorzystaniem ponad 50% funduszy publicznych.

    powinno to dotyczyć także - zdjęć, filmów fabularnych, dokumentalnych, nagrań fonograficznych, etc.

    w przypadku projektów pół-komercyjnych można zastrzec przejście utworu na "public domain" po pewnym czasie, np. po 3 latach.

    nie wiedzieć czemu władza i korporacje coraz silniej dążą do faszyzmu, a powinno być odwrotnie.

  • zonzonel

    Oceniono 4 razy 4

    Londyn: wstęp do British Museum za darmo, wystawy tematyczne, darmowi przewodnicy, super porządek, sympatycznie, można robić zdjęcia do upadłego, pani pozwala dzieciom dotykać kamiennych ciężarków do sieci rybackiej i toporków z neolitu i tłumaczy do czego służyły.

    Polska: nadęta atmosfera, kurz (w przenośni), muzeum w małym mieście - bardzo ciekawe zbiory - ale otwarty do godziny 15tej. W Krakowie w Narodowym płaci się za wejście, nie można robić zdjęć, w MOCAKU debilne napisy i denne wystawy.

  • karl.franc

    Oceniono 4 razy 4

    a ja mam takie inne pytanie, dlaczego np wstep do galerii nie jest dostepny za darmo? i dlaczego zabrania sie fotografowania tam obrazow? przeciez te obrazy (pomijajac sztuke wspoleczesna) juz od dawna sa wlasnoscia publiczna (maksymalny zywot praw autorskich to z tego co pamietam to 70 lat)
    wiec ogladanie ich czy powielanie jest calkowicie zgodne z prawem, a jednak osoby ktore skopiuja taki obraz idealnie nazywa sie falszerzami, a na fotografowanie czesto kustosz nie wydaje zgody.
    czemu nikt tutaj nie walczy o dostep do dobr kulturalnych, zamaist tego ci ludzie nazywaja dobrem kulturalnym napakowany efektami specjalnymi film dla dzieci jak np transformers sciagajac go z internetu

  • ferning

    Oceniono 4 razy 4

    Brawo Panie Pawle!
    Bardzo ciekawy artykuł.

  • szczqcz

    Oceniono 2 razy 2

    tl; ale przeczytałem bo dobry i zriserczowany artykuł :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX