Pała za e-państwo? Nasz komentarz do 6 postulatów "Rzeczpospolitej"

"Rzeczpospolita" z okazji Międzynarodowego Dnia Własności Intelektualnej pierwszą stronę poświęciła swoim 6 postulatom dotyczącym nowoczesnego, zcyfryzowanego państwa. Postanowiliśmy przyjrzeć się tym pomysłom, niektórym słusznym, niektórym, paradoksalnie, lekko archaicznym

Listę postulatów zaczyna punkt.

1. Zrównanie VAT na wydania elektroniczne i papierowe

Kindle

"Rz" postuluje zrównanie podatku VAT na wydania elektroniczne z tym na papierowe - czyli w praktyce obniżenie go z obecnych 23% do 5%. Chociaż prawo unijne wyklucza taki krok, to przykład choćby Francji pokazuje, że można to zrobić.

Trudno nie zgodzić się z tym punktem. Już sam fakt obłożenia w 2011 roku "tradycyjnych książek" 5% podatkiem VAT zamiast zerowego był kontrowersyjny (prawdopodobnie to on przyczynił się do 8-procentowego spadku sprzedaży książek w zeszłym roku), tym bardziej więc 23% podatek na e-książki trudno uzasadnić. Fakt, że Komisja Europejska i Ministerstwo Finansów nie kwapią się do zmiany przepisów jest niepokojący.

Warto jednak zauważyć, że swoje trzy grosze do przeciętnej sytuacji e-booków w Polsce dorzucają sami wydawcy książek i sprzętu. Kontrowersje budzą chociażby ceny elektronicznych tytułów. Wydawcy tłumaczą je oczywiście podatkiem. Warto jednak przyjrzeć się konkretnym przypadkom. I tak za "Cmentarz w Pradze" oficyny Noir sur Blanc w wersji elektronicznej zapłacimy 25 zł, zaś za papierową, w miękkiej okładce 39 zł. Taniej o 36%. Gdyby VAT na e-booki wynosił 5%, to cena mogłaby spaść do trochę ponad 20 zł, czyli niemal 50% taniej niż wersja papierowa. W przypadku "Gry o tron" od Zysk i S-ka nie możemy jednak liczyć na żadną zniżkę - e-wersja kosztuje tyle samo, co tradycyjna, czyli 49 zł. Nawet po odliczeniu różnicy między "papierowym", a "e-bookowym" VAT-em cena wyniosłaby około 40 zł, jedynie 20% taniej niż papier.

Poza tym obniżenie podatku nie zmieni tego, że tylko część pozycji możemy znaleźć w elektronicznym wydaniu, a jeśli już je znajdziemy, to nieraz musimy upewnić się, że nasz czytnik jest kompatybilny z kolejnym, coraz to wymyślniejszym zabezpieczeniem. Z punktu widzenia konsumenta sytuacja na rynku e-książek przypomina rynek gier sprzed kilku lat, kiedy ich wydawcy prześcigali się w coraz to bardziej irytujących zabezpieczeniach DRM. Przyniosło to skutki odwrotne do zamierzonych.

2. Zaostrzenie kar za kradzież własności intelektualnej

Naruszanie własności intelektualnej

Fot. Core Dump

W rozwinięciu dziennik stwierdza, że należy "wyważyć interesy twórców i użytkowników". Chociaż gazeta będzie uszczegóławiać swoje postulaty w kolejnych wydaniach, to na razie domaganie się uregulowania takich kwestii, jak "problem dopuszczalnego pobierania treści z sieci dla prywatnych celów" przywodzi na myśl niesławne procesy w Stanach, gdzie zasądzono kilku pechowym (bo egzekucja przepisów była marna) piratom ogromne, pokazowe wręcz kary.

Komiks Oatmeal świetnie obrazuje ten problem. Istnieje też jego nowozelandzka wersja, która bliższa jest sytuacji w Polsce.

Jeśli redakcja dziennika rzeczywiście tego typu rozwiązania ma na myśli, to może nadrobimy wieloletnie zaległości w stosunku do Zachodu, ale go nie dościgniemy. Utkniemy na początku procesu, który w Stanach Zjednoczonych toczy się od paru ładnych lat. Dyskusja wokół tego problemu trwa i wcale nie wynika z niej jednoznacznie, że ściganie końcowych użytkowników (lub piratów, jeśli ktoś woli to określenie) jest najlepszym rozwiązaniem. Choćby z tego powodu, że żeby być całkowicie pewnym, iż ktoś nielegalnie ściąga pliki, należałoby ciągle monitorować sieć i pobierane dane. A to nie tylko ociera się o śledzenie użytkowników i przywodzi skojarzenia z państwem policyjnym, ale także jest trudne technicznie i drogie. Ciekawe, kto koniec końców poniósłby tego koszty? Inną kwestią jest to, że sami dostawcy treści nie przodują w zapewnieniu swoim klientom bezproblemowego dostępu do sprzedawanych utworów. Wręcz przeciwnie, o czym przekonał się każdy chcąc obejrzeć teledysk na YouTubie, po czym dowiedział się, że nie jest on akurat w Polsce dostępny (patrz ramka obok).

3. Likwidacja prawa prasowego

Fot. Gazeta Wyborcza / Super Express / Gazeta.pl

Dziennik opowiada się za likwidacją prawa prasowego sprzed prawie 30 lat, które jest już przestarzałe. Jako przykład archaicznych przepisów podano wymóg autoryzacji wypowiedzi przez dziennikarzy, którego zasadność zakwestionował Europejski Trybunał Praw Człowieka.

Nie przeczę, że rozwiązania prawne z 1984 roku są przestarzałe. Czy jednak postulat likwidacji nie jest przesadną reakcją? Z objaśnienia dziennika nie jest bowiem jasne, czy likwidacja ma oznaczać modernizację prawa, co godne jest poparcia, czy też całkowite jego skasowanie, co już budzi wątpliwości. Czy rzeczywiście żadne przepisy prawne nie powinny regulować działalności mediów? To jest temat na osobną dyskusję, nie dający się upchnąć w polemice na temat e-państwa.

Szczególnie, jeśli deregulacja miałaby nastąpić z takiego powodu, jak autoryzacja wypowiedzi, która jest raczej luźno powiązana z tematyką e-państwa. Niemniej faktem jest, że media się zmieniają i prawo od dawna powinno być już dostosowane do nowej sytuacji. Pozostaje tylko pytanie, czy zmiany, które powinny zajść, są zgodne z oczekiwaniami dzisiejszych dziennikarzy. Odnoszę wrażenie, że wiele osób (niekoniecznie twórcy postulatów "Rz") tworzących dzisiejsze szeroko pojęte media mają dość archaiczne pojęcie o tym, jak powinny one wyglądać we współczesnych czasach. Cytat z niedawnego listu otwartego Stowarzyszenia Fotoreporterów "w Polsce powstaje przez to kolejny problem: zdjęcia może dziś robić każdy" utwierdza mnie w tym przekonaniu.

4. Cyfryzacja urzędów i bibliotek do 2013 roku

Fot. Krzysztof Koch / AG

"Rz" postuluje przyspieszenie cyfryzacji, która w obecnym kształcie kuluje. Pomimo pompowanych w program pieniędzy, nie przekładają się one na jakość kontaktu obywateli z urzędami. Przykładem ma być ePUAP, elektroniczne skrzynki podawcze, z których obywatele mają rzadko korzystać.

Cyfryzacja urzędów postępuje wolno, trudno temu zaprzeczyć. Świadczą o tym chociażby postępowanie Komisji Europejskiej, która wstrzymała finansowanie polskiej e-administracji (jak twierdzi "Rz" - po serii tekstów dziennika o "infoaferze") i prezentacja raportu ministra Boniego pokazującego bałagan, który panuje w państwie pod tym względem. Kuleje m.in. koordynacja procesu cyfryzacji między resortami, w wyniku czego niektóre sukcesy są jedynie lokalne. Skala zapóźnień jest na tyle duża, że wątpliwości budzi wykonalność postulatu, żeby zcyfryzować urzędy do 2013 roku (zakładając, że "do" oznacza termin 1 stycznia 2013 roku).

Informatyzacja bibliotek to oddzielny, również zasługujący na uwagę temat. Nie protestowałbym, gdyby w Polsce pojawiła się możliwość wypożyczania e-booków, mechanizm, który działa już w wielu amerykańskich bibliotekach. I który, swoją drogą, jest niechętnie widziany przez wielu wydawców książek właśnie. Warto byłoby też dopingować dalszej cyfryzacji dzieł kultury (także muzeów), co do których prawa autorskie wygasły/są w posiadaniu państwa.

5. Powołanie sądu patentowego

"Rz" w tym punkcie ogólnie postuluje o skuteczną ochronę patentową, której głównym elementem miałyby być nowe sądy zajmujące się tylko tą tematyką. Powód? Ślamazarność dualistycznego systemu, w którym sprawy dot. własności przemysłowej podpadają pod sądy powszechne i Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Jak jednak zauważa sama "Rz", stworzenie nowej instytucji byłoby trudne, bo wymagałoby wielu modyfikacji istniejącego prawa, w tym konstytucji. Dlatego powstaje pytanie, czy nie lepiej skupić się na innych, mniejszych rozwiązaniach, które jednak poprawiłyby ochronę patentową. Inną kwestią jest patent europejski, który w obecnym kształcie jest po prostu zbiorem patentów krajowych, nie zaś patentem unijnym. To już jednak kwestia do dyskusji na innym, europejskim szczeblu.

6. Otwarcie publicznych baz danych

Fot. REUTERS/GARY HERSHORN

Wg dziennika obecne rozwiązania prawne sprawiają, że administracja publiczna zbyt często ukrywa przed publiką kluczowe informacje. Powinniśmy dążyć do faktycznej otwartości państwa.

Słuszny wniosek. Chociaż teoretycznie twór o nazwie "informacja publiczna" gwarantuje obywatelom bezproblemowy dostęp do wielu istotnych danych, to w praktyce urzędnicy unikają transparentności jak tylko mogą. Pomaga im w tym niejasność polskiego prawa. Dlatego postulatowi faktycznej otwartości danych administracji publicznej pozostaje tylko przyklasnąć. Nie powinniśmy jednak poprzestać tylko na tym. Równie ważna jest także kwestia ponownego wykorzystania rządowych danych przez sektor komercyjny. Szacunki pokazują, że chociażby w rynku aplikacji mobilnych korzystających z nich tkwią niebagatelne pieniądze. Szerzej o tej problematyce pisaliśmy w artykule Prawa rządowe zastrzeżone.

Postulaty nie tylko do rządu

Nie wszystkie moje uwagi w komentarzu do postulatów "Rzeczpospolitej" ograniczają się do państwa i administracji publicznej. Dotykają także postępowania podmiotów prywatnych. Prawda bowiem jest taka, że za obecny stan cyfryzacji Polski odpowiadają wspólnie sektory publiczny i prywatny. Nie da się całkowicie oderwać dyskusji o e-państwie od takich kwestii, jak prawa konsumenta czy zasadność regionalizacji. Nad tymi tematami także warto się pochylić.

Paweł Płaza

Więcej o: