Obsługa drona to nie gra komputerowa - wyznania byłego pilota

Co innego strzelić do prawdziwego człowieka, widząc go przez celownik karabinu, a co innego nacisnąć guzik na panelu sterującym drona, siedząc wygodnie kilkaset, albo wręcz kilka tysięcy kilometrów od pola bitwy - mówi operator drona Brandon Bryant. Czy aby na pewno?

Wojskowa kariera Brandona Bryanta, operatora drona dobiegła końca, kiedy sterowana przez niego maszyna spowodowała śmierć dwójki dzieci. Nie ma tu jednak mowy o przypadkowym zdarzeniu. Żołnierz przycisnął odpowiedni guzik, a lecący na wysokości kilku kilometrów nad Afganistanem bezzałogowiec wykonał całą resztę. W kierunku celu pomknęła rakieta Hellfire. Parę dzieci, które weszły w pole rażenia zauważono zbyt późno.

Bryant napisał w swoim pamiętniku:

Na polu bitwy nie ma stron, jest tylko rozlew krwi. Totalna wojna. Te wszystkie okropności, których byłem świadkiem. Oby moje oczy zgniły.

"Byłem operatorem drona"

Bryant był operatorem drona przez prawie sześć lat. W tym czasie wylatał 6000 godzin. Nie stacjonował jednak w Afganistanie, gdzie operował jego "podopieczny", ale w Nowym Meksyku w USA.

Codziennie rano zakładał mundur i wychodził do pracy, gdzie zamykano go wraz z kilkoma towarzyszami w wypełnionym komputerami, klimatyzowanym kontenerze. W trakcie służby drzwi pozostawały zamknięte. Ze względów bezpieczeństwa.

Żołnierze pracowali w dwuosobowych zespołach - zawsze pilot wraz z operatorem przyrządów optycznych. W ten sposób sterowali poczynaniami obwieszonego bombami urządzenia znajdującego się 10 tysięcy kilometrów dalej, nad stepami Afganistanu. Po skończonej zmianie, natomiast, jak wszyscy inni Amerykanie, wracali do swoich domów i rodzin. Do wieczornych spotkań ze znajomymi, w miarę spokojnych ulic i świata pozbawionego oznak wojny. Operatora drona odróżnia jednak od typowego Johna Doe (amerykański odpowiednik Jana Kowalskiego) moment symbolicznego wyjścia ze strefy wojny - przejścia z zamkniętego pomieszczenia rozświetlonego poświatą monitorów w blask dnia, oraz fakt... że nawet śnią w podczerwieni. Bryant wytrzymał 5 lat takiej pracy.

Technologia nie jest jednak jeszcze doskonała. Obraz, z optyki drona dostarczany jest na monitory z kilkusekundowym opóźnieniem. Jak mówi sam Bryant, zanim zorientował się, że w obszar rażenia rakiety Hellfire weszła para dzieci, było już za późno, żeby zapobiec katastrofie.

Przelało to jednak czarę goryczy. Wszystko, mimo iż prawdopodobnie nie były to pierwsze przypadkowe ofiary śmiertelne i formalnie, nie on podjął decyzję o bombardowaniu, a jego udział nie był decydujący w tym co się wydarzyło (odpalenie rakiety musi bowiem potwierdzić także pilot). Jak twierdzi Bryant, po wszystkim, kiedy oczywistym było, że wydarzyło się coś niedobrego, chciano im wmówić, że nikły cień na ekranie nie był dzieckiem tylko psem. Operatorzy postanowili jednak nie wierzyć na słowo i przejrzeli nagranie.

Psy nie chodzą na dwóch nogach.

Co taka praca może zrobić z człowiekiem?

MQ-9 na pasie startowymfot. Wikipedia

Operatorzy dronów muszą pełnić służbę w mundurach. To w końcu poważna rzecz - wojna, a nie gra komputerowa albo reportaż CNN. Bezzałogowce pozwalają zobaczyć więcej, a przez to bardzo często uratować życie żołnierzy, którzy są fizycznie na terytorium działań. Załoga czuwa więc nad ich bezpieczeństwem, tym samym wpajając sobie poczucie misji. Prędzej, czy później jednak przychodzi czas na odpalenie kilku rakiet i z rangi obserwatora przechodzi się do czynnego, zdalnego udziału w wojnie, która toczy się tysiące kilometrów stąd.

Podobnie było z Bryantem. Najpierw wierzył, że może pomóc "chłopakom". Chciał się dowiedzieć absolutnie wszystkiego o dronach, żeby móc je możliwie najlepiej obsługiwać. Przez kilka miesięcy stacjonował nawet w Afganistanie, gdzie do jego zadań należało startowanie bezzałogowcami i przekazywanie ich pod kontrolę operatorów z baz w USA.

Po kilku latach pracy przyszła jednak bezsenność, pozorna obojętność i uciekanie w inne aktywności i izolacja. Wreszcie pierwsze zwolnienie ze względu na stan psychiczny i w końcu załamanie. Ostatecznie, lekarze zdiagnozowali u niego zespół objawowy o nazwie "post-traumatic stress disorder", czyli zespół stresu pourazowego. Ten sam dotyczy często żołnierzy wracających z operacji bezpośrednio na terenie walk.

Ci jednak zanim wrócą do normalnego życia muszą przejść przez obóz normalizacyjny. To kluczowe. Ten sam obóz w przypadku operatorów dronów trwa tyle co wyjście z ciemnego, pozbawionego okien baraku i zdjęcie munduru. 20 minut później człowiek, który przed chwilą zbombardował afgańską wioskę zasiada do sielankowego obiadu z rodziną.

Dwa oblicza wojny na odległość

Amerykańska administracja ponoć uwielbia drony. Pozwalają zachować cennych żołnierzy przy życiu. Oszczędzają ponoszenia kosztów szkolenia oraz politycznych. Większość zabitych na służbie żołnierzy ma bowiem rodziny, których żałoba źle wygląda w obiektywach kamer.

Pułkownik William Tart, szef sekcji bezzałogowców w bazie w Langley kontrargumentuje jednak, że znacząca część zadań wykonywanych przez drony to misje mające na celu zebranie informacji. Nie lubi ich zresztą nazywać dronami. To sugerowałoby, że są w jakimś stopniu autonomiczne. Woli "zdalnie sterowane samoloty".

Mimo to, podwieszone pod pojazdami rakiety nie są tylko na pokaz. Tart przekonuje jednak, że w ciągu dwóch ostatnich lat jego poprzedniego przydziału nie widział aby drony zabiły bezbronnego człowieka. Skąd ma taką pewność? Czasem operatorzy obserwują bowiem cel przez kilka dni, zanim przyjdzie rozkaz odpalenia rakiety. Dzięki temu bomba ma trafić tam i wtedy kiedy powinna. Drugą stroną medalu jest jednak fakt, że to co miało wytworzyć dystans między żołnierzem a jego celem przyniosło odwrotny skutek.

Żołnierze, którzy obserwują konkretne obiekty spędzają godziny na śledzeniu cudzych żyć. Widzą jak potencjalni "bojownicy" i ich żony bawią się z dziećmi i wykonują codzienne, trywialne czynności. Poznają schemat dnia i ich samych. Kiedy więc przychodzi oczekiwany rozkaz naciśnięcia spustu, równie dobrze mogliby otworzyć ogień w kierunku swoich sąsiadów.

Nawet sam Tart przyznaje, że czasem wojna "staje się sprawą osobistą".

[za Der Spiegel]

Więcej o:
Komentarze (116)
Obsługa drona to nie gra komputerowa - wyznania byłego pilota
Zaloguj się
  • Gość: zenek

    Oceniono 55 razy 39

    czyli operowanie dronem to nie gra komputerowa tylko uczestniczeniem w misjach bojowych z zerowym ryzykiem własnym. Poza tym jednym faktem niczym się to nie różni od bycia pilotem bojowym. Czy oni nie mają takich dylematów? Czy im pod bomby nie "podchodzą" cywile?

  • Gość: dw

    Oceniono 146 razy -58

    sorry ale tani anty-amerykanski ten tekst. Wojna to wojna, dzieci gina, trzeba bylo siedziec w bunkrze a nie lazic po stepach z owcami

  • Gość: Max

    Oceniono 58 razy -18

    Mógłbym być oiperatorem drona, nie zawahałbym się przed naciśnięciem spustu. Śmierć bandytom talibańskim!

  • Gość: dn

    Oceniono 57 razy -9

    Nie ma zbyt wysokiej ceny za walke z islamizmem. Zal mi niewinnych dzieci, ale w pelni popieram Amerykanow. Islam to najbardziej wrogi czlowieczenstwu system, ktory nalezy niszczyc wszelkimi srodkami. Juz Sobieski o tym wiedzial i pral im skore pod Wiedniem.

  • Gość: gosc

    Oceniono 41 razy -5

    Pracuje dla Aero Vironment w Simi Valley, California ktora produkuje drony wysylane rowniez do Afganistanu. Jestem bardzo zadowolony ztej pracy.

  • Gość: Tańczący_z_Aniołami

    Oceniono 4 razy -4

    Jak to możliwe, że obraz dociera z kilkusekundowym opóźnieniem?

  • Gość: jojo

    Oceniono 5 razy -3

    Tam dzieci giną, a u nas Biedronki, KAuflandy, Raczki.

  • Gość: dn

    Oceniono 42 razy -2

    Amerykanie walcza na skale swiatowa z najgorszym systemem spoleczno-politycznym w historii swiata jakim jest islamizm. Ten system jest porownywalny (o ile nie jeszcze gorszy) niz nazizm i komunizm razem wziete. Talibanie chowaja sie za plecami kobiet i dzieci. Amerykanie staraja sie uniknac smierci niewinnych ludzi, ale jak sie ma do czynienia z teroryzmem islamskim to obydwie strony ponosza ofiary.

  • Gość: Tomek John

    Oceniono 5 razy -1

    Niedługo w PRL*otaakk! Będziecie mieli gwałty na polkach prze chłoptasiów z zasranego USA dzięki przestepcom z WIejskiej i Tusko/Sikoro durniom.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX