Mogliśmy być bogaci - bitcoin, wirtualna waluta, która wywołała cyfrową gorączkę złota

Nie wiecie, czym jest bitcoin? Nie zainwestowaliście w to? Właśnie ominęła Was wielka bańka spekulacyjna, która w kilka miesięcy mogła uczynić z pucybuta krezusa. Albo wpędzić go w jeszcze większą biedę

Wszyscy mogliśmy być bogaci. Zarobić 500 proc. w miesiąc. Zmienić 1000 zł w 5000 zł. Wystarczyło w marcu kupić bitcoiny (BTC) i sprzedać je kilka dni temu, biorąc udział w najpewniej największej bańce spekulacyjnej tego roku.

Dziś wygląda na to, że szczyt mamy już za sobą. Po tym, jak w ciągu zaledwie dwóch tygodni, od 24 marca do 9 kwietnia, bitcoiny urosły z 222 zł do nawet 760 zł za monetę, 10 kwietnia kurs się załamał i dziś jeden BTC chodzi po 312 zł. I zapewne w najbliższym czasie nie odnotuje już podobnych wzrostów.

Domyślam się, jaka jest Wasza reakcja - plucie sobie w brodę i narzekanie, że znowu przegapiło się okazję. Ja mam podobne odczucia.  W końcu na początku tego roku, gdy opisywaliśmy kradzież danych klientów Netii, sporo pisaliśmy o tej wirtualnej walucie - w niej właśnie zażądał okupu haker. Domagał się od operatora 500 bitcoinów, które wtedy miały wartość 22 tys. zł. 44 zł za monetę! Wystarczyło kupić 10 takich, aby dzisiaj cieszyć się ponad 7 tys. zysku!

Wirtualna gorączka złota

Wykres - bitcoincharts.comWykres: Bitcoincharts.com

Albo jeszcze lepiej: zamiast kupować należało "wydobywać"! Tak, tak, bitcoiny się "wydobywa". Co to oznacza? Cóż, zacznijmy może od wyjaśnienia, czym w ogóle bitcoin jest.

Bitcoin to pieniądz, za którym nie stoi ani żadne państwo, ani wielka organizacja i który nie ma żadnego pokrycia w złocie lub innym surowcu. Jest wirtualny. To zbiór zer i jedynek zapisanych na dyskach komputerów. To środek płatniczy, co do którego zgodzono się, że choć nie istnieje w rzeczywistości, to ma realną wartość. Brzmi jak absurd? Wiele rzeczy w bitcoinie się o niego ociera. Wiele jednak także zachwyca. To w końcu pierwsza wirtualna waluta!

Koncepcja wirtualnej waluty nie jest nowa - zaprzątała głowy informatyków już w latach 90. zeszłego wieku, a jednym z motywów jej stworzenia jest, paradoksalnie, rozwój skomputeryzowanej bankowości. W miarę bowiem jak system finansowy staje się coraz bardziej zinformatyzowany, nasza anonimowość niknie. Dane o kontach, informacje o przelewach, historie zakupów - to wszystko tkwi zgromadzone na serwerach banków.

Dziś fakt ten może nas nie niepokoić, nie oznacza to jednak, że w przyszłości nie będzie ku temu powodów - raz zgromadzone informacje mogą zostać wykorzystane na różne sposoby. Znana jest wpadka Alior Banku, którego wiceprezes chwalił się, że bank chce być nowoczesny i "infiltrować" (tak to ujmijmy) swoich klientów. Później firma musiała to odkręcać. Ten trend w bankowości nie podoba się szczególnie hakerom. Może to dziwić, ale w tej sytuacji ideałem waluty została zwykła, tradycyjna gotówka - wyśledzenie konkretnej transakcji z jej udziałem stanowi o wiele większy problem.

Wirtualna waluta miała być taką gotówką 2.0 - anonimowa, a dodatkowo łatwa i szybka w globalnym użyciu. Niestety, pomysł ten szybko napotkał na problemy. Skoro waluta miała być jedynie wirtualnym zapisem, to jak można ją uchronić przed cyberatakami? Co zrobić, żeby powstrzymać oszustów przed zwykłym dopisywaniem wirtualnych monet do swojej portmonetki?

W 2009 roku osoba o pseudonimie Satoshi Nakamoto opublikowała pracę, która rozwiązywała dotychczasowe problemy. Narodził się bitcoin.

Jestę górnikę

Górnik przy pracyGórnik przy pracy

Bitcoin Nakamoto (do dziś nie wiadomo, kto krył się za tym pseudonimem) to "kryptowaluta" - w całości opiera się na kryptologii. Finezyjny kod zapewnia wirtualnym monetom bezpieczeństwo. Jak?

Zacznijmy od wirtualnego portfela. Każdy portfel ma przypisany numer (aczkolwiek już nie dane osobowe właściciela), który identyfikuje go w sieci. Załóżmy, że jest to fajny portfel z kilkoma monetami BTC w środku. W momencie, kiedy chcemy je przetransferować gdzieś indziej, musimy podać numer docelowego portfela - kiedy to zrobimy, monety wyruszają w swoją wirtualną wędrówkę. I tutaj zaczyna się kryptomagia.

Choć może brzmieć to dziwnie, to - mimo nacisku położonego na anonimowość - spis wszystkich przeprowadzanych transakcji dostępny jest publicznie, Peer2Peer. Powód jest prosty - z racji braku nadzorującej organizacji tylko dzięki weryfikacji spisu przez wiele jednostek można zapewnić jego poprawność i zgodność liczby monet.

Spis nie jest jednak przesyłany w formie zwykłego pliku tekstowego, ale szyfrowany SHA-256. Ma to na celu nie tylko względy bezpieczeństwa - to także droga, którą do obiegu dopuszczane są kolejne monety.

Aby zweryfikować transakcje komputery przeprowadzają skomplikowane obliczenia. Robiąc to (czyli "wydobywając") nie tylko potwierdzają poprawność przesłanego spisu, ale także otrzymują, w ramach wynagrodzenia, bitcoiny (w praktyce - ich ułamki). To właśnie tym zajmuje się ostatnio mój komputer w nocy - wydobywa w ramach większej grupy maszyn skupionej wokół jednego z wielu serwerów. Serwer koordynuje prace naszych PC-tów w obliczaniu kodu i uzyskane w ten sposób bitcoiny rozdysponowuje między "górników" (po potrąceniu małej opłaty).

Brzmi to cudownie: nie musimy nic robić, wystarczy zostawić komputery na noc, a monety lecą... Aż dziw, że nikt nie wykorzystuje w tym celu superkomputerów - w trymiga mógłby zarobić miliony, prawda?

Nie do końca. Po pierwsze, "wyścig zbrojeń" trwa już od dawna. Wielu entuzjastów waluty wydało całkiem spore sumy na skrzynki, które będą sobie dobrze radzić z kodem. Po drugie, to gra... o sumie zerowej.

Nasze wnuki będą górnikami

Nie można bowiem od tak sobie wygenerować np. 1000 bitcoinów. Nawet gdybyśmy zaprzęgli do pracy najszybsze superkomputery świata, to otrzymywalibyśmy jedynie 25 bitcoinów co 10 minut.

Skąd ta dziwna liczba? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy się cofnąć parę akapitów wstecz - bitcoin powstał w latach 2009-2010, w okresie szalejącego kryzysu finansowego. Ta wirtualna waluta nie powstała więc tylko jako efekt protestu wobec rosnącej wiedzy banków - ona sprzeciwia się wszelkim instytucjom finansowym i rządom. Instytucjom za to, że rozpętały kryzys, rządom zaś z tego powodu, iż próbowały go zażegnać poprzez dodrukowywanie pieniędzy.

Efekt jest taki, że bitcoin ma zakodowany sprzeciw wobec inflacji - w protokole zaprogramowane jest, że co 10-minutową rundę dosypywana jest do puli określona liczba monet. Aktualnie jest to 25. Nie zawsze jednak tak będzie - z czasem będzie ona... maleć. Co cztery lata o połowę (a więc od 2017 roku będzie to 12,5 BTC).  Aktualnie w obiegu znajduje się 10,5 mln monet, cel zaś wynosi 21 mln. Zostanie on osiągnięty w 2140 roku (tak, w 2140).

Bloki 25 monet są tak rozdysponowywane, żeby wpadały co 10 minut. Wzrost mocy obliczeniowej oznacza więc co najwyżej, iż ktoś uszczknie większy kawałek tortu, nie dostanie jednak dokładki

Waluta, która się w tej roli nie sprawdza

Tutaj dochodzimy do genezy dzisiejszej banki spekulacyjnej i największej słabości nowego wynalazku. Jak zauważył Felix Salmon, blogger Reutera, paradoksalnie popularność bitcoina spowoduje jego klęskę jako waluty. Powodem jest ta nieszczęsna, ograniczona liczba monet.

Czym bowiem jest pieniądz? Odsuwając na chwile ekonomiczne waśnie, jest to środek płatniczy, którym płacimy za towary. Jego ilość powinna więc z grubsza odpowiadać wartości dostępnych produktów. To m.in. robią banki centralne - starają się dostosować ilość pieniądza w obiegu do obecnej sytuacji. Czasami skutkuje to inflacją, która powoduje wzrost cen i spadek wartości pieniądza. Niezbyt fajne, ale czy deflacja jest fajniejsza?

Na pierwszy rzut oka skutki nie wyglądają źle - ceny spadają, można więc powiedzieć, że się bogacimy. Problem pojawia się wtedy, kiedy deflacja się rozpędza - pojawia się bowiem, zdroworozsądkowa skądinąd, pokusa, żeby wstrzymać się z zakupami. O ile bowiem inflacja zachęca nas do konsumpcji (bo jutro będzie drożej), o tyle deflacja już nie bardzo (bo jutro będzie taniej). Dla przykładu - po co kupować dzisiaj chleb, skoro jutro za tę samą cenę otrzymam dwa bochenki? A pojutrze cztery? Efekt tego myślenia jest dwojaki - albo umrzemy z głodu my, albo piekarz, który nic nie sprzeda.

Pizza Milionerra

Legendarna pizza - fot. aut. Laszlo Hanyecz / http://heliacal.net/~solar/bitcoin/pizza/Legendarna pizza - fot. aut. Laszlo Hanyecz / http://heliacal.net/~solar/bitcoin/pizza/

Ktoś powie, że powyższa sytuacja została doprowadzona do absurdu. Problem w tym, bitcoin nie stroni od absurdów, a najlepszym tego przykładem jest historia pewnej pizzy.

Na początku istnienia waluty, 21 maja 2010 roku, Laszlo Hanyecz, programista z Florydy, wykonał prawdopodobnie pierwszą "realną" transakcję bitcoinami - zapłacił wirtualną walutą za rzeczywisty produkt. Wtedy jeszcze nie było lokali przyjmujących płatności w tej walucie, uciekł się więc do wybiegu - przetransferował 10 000 bitcoinów do chętnej osoby w Wielkiej Brytanii, która później opłaciła Hanyeczowi swoją kartą kredytową dostawę dwóch pizz z Papa John.

Wtedy jeszcze bitcoiny kosztowały grosze, w momencie niedawnego szczytu jednak 10 tys. bitcoinów warte było 7,5 mln złotych. Ile jest osób, które zapłaciłyby 3,75 mln złotych za jedną pizzę? Raczej niewiele.

Choć sam Hanyecz pytany (podczas poprzedniego szczytu, kiedy bitcoin z poziomu kilku dolarów dobił do 40$) o to, czy żałuje swojej decyzji, odparł, iż "nie, bo pizza była przepyszna?. Można jednak spokojnie założyć, że gdyby znał przyszłość, to wstrzymałby się z zakupem. Za 7,5 mln złotych kupiłby bowiem przynajmniej 250 tys. sztuk tego włoskiego przysmaku.

Takie skoki cen skutecznie utrudniają handel i sprawiają, iż bitcoin praktycznie nie może funkcjonować jako typowa waluta. Jeśli bowiem rzeczywiście cieszyłaby się ona powszechnych zainteresowaniem, to jej skończona ilość naturalnie prowadziłaby do wzrostu kursu wymiany, a tym samym - do deflacji cen wyrażonych w bitcoinach i niechęci do ich wydawania.

Szlak spod ciemnej gwiazdy

Cóż, pewną zachętą może być fakt, że jak ich nie wydamy, to możemy je stracić. Chociaż bowiem kod stojący za bitcoinem uznaje się za bezpieczny i samą walutę trudno zaatakować, tak portfele i serwisy transakcyjne są łatwiejszym łupem.

Bitcoin powstał w środowisku nerdów i dlatego wymaga od użytkowników sporej wiedzy. Bycie niedbałym może nas sporo kosztować, czego najlepszym przykładem są portfele. Anonimowość jest fajna, jej wadą jest jednak to, że nasze monety de facto nie mają imiennego właściciela. Raz wysłanych nie można zawrócić. Tłumaczenia, że pomyliliśmy jedną cyfrę lub literę w numerze portfela nie pomoże, bo nie do kogo się zwrócić w tej kwestii. Tak samo jak nie ma komu zgłosić kradzieży. W efekcie wielu entuzjastów tej waluty trzyma swoje portfele bardzo tradycyjnie - na pendrive'ach, możliwie z dala od sieci.

Brak instytucji zarządzającej sprawia także problemy też na innym polu. Paradoksalnie wielu użytkowników waluty, której głównym przesłaniem jest "Nie ufać nikomu", pokłada wielką wiarę w ludziach zupełnie obcych i nieraz niesprawdzonych. Jest to niby normalne, w końcu trudno obyć się bez pośredników w postaci choćby kantorów, może jednak narazić na duże straty. Może to być efekt niekompetencji - polski Bitomat przyznał, że przypadkiem nadpisał swój portfel. Może to być też kradzież - właściciel MyBitcoin prawdopodobnie zwiał z tysiącami monet pod pachą. Może to być także atak - w czerwcu 2011 roku haker włamał się do Mt.Gox, największego serwisu-kantoru, i wykradł monety, powodując straty w wysokości prawie 9 mln dolarów (wtedy, dziś byłoby to jakieś 60 mln dolarów, a nawet więcej).

W budowaniu poczucia bezpieczeństwa niekoniecznie pomaga fakt, iż bitcoiny są często używane przez przestępców lub do kupowania nielegalnych towarów. The Silk Road, czarny rynek operujący za pośrednictwem tajnej sieci TOR, sprzedaje choćby narkotyki w zamian za monety. To można jednak uznać za "małe piwo", jeśli na innym można dogadać się co do... zabójstwa. Nielegalne transakcje są niestety efektem tego, że bitcoin jest anonimowy.

Kod wiele wart

 

logo BitcoinLogo Bitcoin

Przede wszystkim pozostaje jednak kwestia postrzegania waluty. Należy bowiem pamiętać, że bitcoiny to ciągi 0 i 1 zapisanych na naszych dyskach. Nie stoi za nimi żadna realna wartość (no może poza rachunkiem za prąd zużyty podczas "wydobywania?) i to, że są wymienialne, jest efektem tylko i wyłącznie tego, iż ktoś jest skłonny to zrobić.

Można powiedzieć, że ten sam problem dotyczy także tradycyjnych walut. Od kiedy zerwano z wymienialnością na złoto nasze złotówki czy dolary także nie mają żadnej w surowcu. Co więcej, również są wirtualne - to, co widzimy na swoim koncie bankowym, jest bardziej deklaracją niż rzeczywistym stanem posiadania, ponieważ większość gotówki znajduje się w obiegu. Banki trzymają tylko niewielkie rezerwy i gdyby wszyscy skrzyknęli się, że dzisiaj wypłacają swoje pieniądze, nie byłyby w stanie ich wypłacić.

To właśnie zdarzyło się ostatnio na Cyprze - Troika (UE, EBC i MFW) i rząd tego kraju zablokowały banki nie tylko dlatego, iż nie chciały odpływu pieniędzy z wyspy, ale także dlatego, że masowe wypłaty dobiłyby banki do końca. Cypr niestety także pokazał, iż tradycyjne waluty nie są bezpieczne, ponieważ duża część oszczędności może z dnia na dzień zostać odebrana.

To właśnie głównie z Cyprem ekonomiści łączą aktualny boom na bitcoiny - Hiszpanie, również obawiający się o swoje depozyty, podobno skupywali je na potęgę, chcąc się zabezpieczyć. Problem w tym, że stosunkowo niewiele przemawia za tym, że bitcoiny rzeczywiście są bezpieczniejsze - w przypadku tradycyjnych walut mamy choćby gwarantowane depozyty (do 100 tys. euro), w przypadku bitcoina już nie. Za tradycyjnymi walutami stoją rządy, instytucje finansowe i de facto miliony obywateli, tymczasem bitcoin jest sam i jest podatny na modę. Czasami prasa pisze o nim ciepło i ludzie kupują, a czasami chłodno lub w ogóle i nie ma wtedy komu obracać wirtualnym pieniądzem.

Hazard

Trudno przewidzieć, jaka przyszłość czeka bitcoin. Osobiście skłaniam się do stwierdzenia, że jako waluta jest to projekt wadliwy. Świetny w wielu aspektach, ale jednak wadliwy, który jest podatny na zbyt wielkie wahania. Wystarczy, że napiszą o nim media i rzucą się na niego już-nie-tak-młodzi mieszkańcy wielkich miast, którzy chcą wszelkimi sposobami ukrócić swoje wieloletnie romans z bankami, żeby zupełnie wykoleić gospodarkę skupioną wokół bitcoinów.

Nie podejmuje się jednak wieszczenia mu śmierci - "Wired" zrobił to dwa lata temu i trochę przestrzelił. Ucząc się na tych błędach stwierdzam jedynie, iż to hazard. Można dużo zyskać, można jeszcze więcej stracić. Albo pluć sobie w brodę przez dzień lub dwa, a potem żyć normalnie.

Więcej o:
Komentarze (101)
Mogliśmy być bogaci - bitcoin, wirtualna waluta, która wywołała cyfrową gorączkę złota
Zaloguj się
  • bidifi

    Oceniono 7 razy -5

    dziwne ze gazeta chcaca byc powazna gazeta reklamuje takie / nie bojmy sie tego slowa/ GOWNO.....co to jest ? szukanie durnych i naiwnych ? chyba nic wiecej niz to wlasnie.....

  • Gość: VIPER

    Oceniono 21 razy -5

    BITCOIN w Polsce to jak "POLSKIE LOTTO" ....do dzieła szulerzy, naiwniacy czy kombinatorzy, może się uda !

  • Gość: Glabrie

    Oceniono 3 razy -3

    derp moze w tym to nie, ale jebnie :D kupuj btc, rekomendacja na nastepny rok jeszcze :D beda po 10k :D

  • Gość: Glabrie

    Oceniono 7 razy -3

    ilosc btc jest skonczona, podobnie jak zlota czy srebra. waluta totalnie anonimowa wiec doskonala do obalenia jakiejkolwiek innej waluty wirtualnej, jak dolar etc. zobaczymy btc za 10k, spokojnie

  • wydzielina_fizjologiczna

    Oceniono 2 razy -2

    Jaki dugi artykuł. Czy ktoś go wogóle przeczytał? Chyba tylko te ludzie co zainwestowały w bitkoiny. Szalom.

  • Gość: jaho

    Oceniono 1 raz -1

    wolę jednak złoto

  • Gość: kesz4

    Oceniono 1 raz -1

    ....nie sieją....

  • Gość: bullshit detector

    Oceniono 7 razy -1

    BTC to skrajnie niebezpieczny dla wolności projekt

    taki mentalny koń trojański

    przy pewnych modyfikacjach założeń można z tego zrobić narzedzie do totalnej inwigilacji i totalnej kontroli
    hint: zwykłe pieniądze nie mają "pamięci transakcji"...

    buahahahahahhahahahaha

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX