CC: Osaczenie

Klisza z hollywoodzkich filmów o hackerach: potężny komputer o kilku ekranach (i/lub klawiaturach). Strasznie to głupie.

Ale - rozejrzałem się po pokoju i zacząłem liczyć. Telewizor, laptop, monitor do laptopa, laptop żony, z monitorem; netbook i jeszcze, co już jednak jest pewną przesadą, mały telewizor na biurku, do którego w chwilach napadu nerdowskiej nostalgii podłączam ośmiobitowca; w sumie siedem ekranów. Do tego telefony i kieszonkowe odtwarzacze multimediów, ajajaj, liczyłem to sobie i czułem, że jestem osaczony. Nie ma ucieczki od ekranu (dodam - sam tego przecież chciałem, nie narzekam, cieszę się, że znalazłem się po tej lepszej stronie cyfrowego podziału).

Znowu - ta mnogość otaczających mnie LCD jest tylko symbolem, takim jak te niezliczone ekrany filmowej hackerskiej maszyny. Prawdziwe osaczenie wiąże się z dostępem do internetu, który dzięki noszonej w kieszeni technologii 3G i wszędobylskim WiFi mam non-stop. Jeszcze 10 lat temu cieszyłem się ze stałego łącza w domu, potem dostęp kolonizował kolejne miejsca, w których można było od sieci odsapnąć (teraz jedynym takim miejscem jest chyba łaźnia parowa, zwłaszcza odkąd Steve Jobs przedstawił urządzenie do wygodnego surfowania ze sraczyka).

Noce stały się jaśniejsze, odkąd wszystko świeci niebieskimi diodami.

Okno na lepszy świat

A teraz za sprawą augmented reality, czyli rzeczywistości rozszerzonej, osaczenie przez ekrany nabiera nowego wyrazu. AR, wirtualna nakładka na rzeczywistość, była bohaterką gibsonowkiego Światła wirtualnego z 1993, osadzonego w odległej przyszłości 2006 roku; w Czarnych Oceanach Jacek Dukaj, zafascynowany sceną ikeowskiego snu z Podziemnego kręgu, opisał ją pod nazwą OR, ortoreality.

A teraz to wszystko jest aplikacją na iPhone'a. Ekran telefonu stał się oknem, przez który można oglądać nowy lepszy świat.

Świetna zabawa - twoja ulica staje się scenerią bitwy z Gwiezdnych Wojen. Patrzysz - i widzisz ikonki oznaczające restauracje: terytorium stało się mapą! Po mieszkaniu biegają wirtualne pokemony. To już nie kontrolowany wyciek rzeczywistości wirtualnej, to odkręcony do końca kurek z wylewającym się do reala virtualem. I chociaż jestem technicznym chłopakiem, to trochę się tej całej aerki obawiam.

Jest to lęk 2.0 względem gnostyckich lęków związanych z rzeczywistością wirtualną, które do masowego odbiorcy trafiły pod postacią Matrixa, choć wcześniej fantastyka przemieliła je na tysiąc sposobów, rękoma Lema, Dicka czy Oshii'ego. Wobec konceptu VR obawialiśmy się, że nasz świat może nie jest prawdziwy, ale to był jednak czysty układ: Matrix jest nierealny, nasz świat jest realny (o ile nie siedzimy w kolejnej warstwie snu, jak w Incepcji Nolana). AR w tę zerojedynkową umowę wprowadza niepokojące rozmycie, dylematem przestaje być, który świat jest prawdziwy, ale gdzie się kończy i zaczyna real. Niby na razie wystarczy ściągnąć okulary, wyłączyć iPhone'a i cała nakładka zniknie, ale zmierzamy, jak sądzę, do czasów, kiedy takie odłączenie będzie równie niecodzienne jak dzisiejsze wakacje od internetu.

Tyle dobrego, że będę mógł nosić ciuchy ściągnięte dla mojego awatara w wirtualnym świecie Playstation Home.

Michał R. Wiśniewski (mrw.blox.pl)

Cyber Czwartek to cykl cotygodniowych felietonów poświęconych dawnym wizjom przyszłości i temu, jak (i czy!) spełniły się w naszym nowoczesnym świecie. Autor, Michał R. Wiśniewski, jest publicystą i blogerem specjalizującym się w fantastyce oraz japońskiej popkulturze.

Więcej o: