Podglądactwo kontra ekshibicjonizm - o prywatności w Internecie

Prywatność w internecie to jeden z ulubionych tematów mediów - prywatność to dla każdego z nas coś ważnego. To nasz dom, nasi bliscy, nasze zdrowie, nasze relacje z ludźmi. Nic dziwnego, że chcemy to chronić, że boimy się gdy coś zagraża naszej prywatności. Strach to dobry sposób na przyciąganie czytelników. Strach "się klika".

Według mediów głównym zagrożeniem dla prywatności są działania dwóch internetowych gigantów - Google i Facebooka. Obie te firmy zbierają cięgi za każdą nową usługę. Wydaje się, że obrywają głównie z powodu nierozsądnych wypowiedzi prezesów na temat prywatności. Zarówno Eric Schmitd jak i Mark Zuckerberg mają na koncie wypowiedź w stylu "jeśli boisz się, że to co robisz może wypłynąć na światło dzienne i popsuć ci reputację - po prostu tego nie rób". Obaj oczywiście wycofali się z tej absurdalnej tezy... ale niesmak pozostał.

Podczas konferencji Web 2. Schmitd i Zuckerberg z dużą atencją odpowiadali na pytania o prywatność. Zuckerberg mówił wprost - nikt nie wie jak przenieść tak delikatny temat do sieci. Informacja w sieci jest łatwa do obrobienia i skopiowania. Nie wiadomo też do końca jak ludzie zareagują na pewne rozwiązania. Dlatego obie firmy idą często zbyt daleko i potem pospiesznie się wycofują z niektórych rozwiązań.

Facebook wycofał się z automatycznego publikowania informacji o tym co właśnie kupiliśmy w sklepie internetowym. Google przestało monitorować niezabezpieczone sieci wifi. Trudno jest zdefiniować to co jest ingerencją w naszą prywatność a co nie. Prezes Google mówi, że kierują się zasadą "don't be creepy" - mogliby rozpoznawać uruchomić funkcję rozpoznawania twarzy i na przykład po wrzuceniu zdjęcia danej osoby pokazać wszystkie inne zdjęcia tej osoby w sieci oraz jej dane osobowe. Nie robią tego bo czują, że to byłoby nie do przełknięcia dla ludzi.

Facebook spokojnie mógłby sprzedawać dane o tym, kto jest wpływowy w danej społeczności, kogo wpisy wywołują reakcje, kto jest najczęściej "podglądany". Mają te dane. Takie dane to czyste złoto dla marketerów. Nie robią tego bo to mogłoby być uznane za złamanie cienkiej granicy. Granica prywatności dla każdego z nas jest nieco inna. To jak próg bólu - niektórzy wytrzymują więcej, inni mniej. Mamy narzędzia, które pozwalają nam blisko przyglądać się innym osobom i odnajdywać je w różnych kontekstach. Niektórzy nie lubią już samego faktu występowania w jakiejś bazie osób, w jakimś indeksie. Dla innych ból pojawia się gdy firma zbyt agresywnie pakuje się w relacje z ludźmi. Jeszcze inni, ludzie którzy kochają atencję, w ogóle nie mają oporu z obnażaniem najbardziej intymnych szczegółów swojego życia. Tutaj nie ma jednej racji. Jednak stworzenie technologii wrażliwej na tak wiele różnych postaw i światopoglądów nie jest łatwym zadaniem i nie da się uniknąć pomyłek.

Nowe wynalazki i odkrycia zawsze przełamywały tabu, a łamanie tabu zawsze wiązało się z aktywnym oporem. Nie wiemy jakie będą konsekwencje. Może zaczniemy się autocenzurować i dbać o to co udostępniamy. Albo wręcz przeciwnie - przestaniemy zwracać na to uwagę i wrócimy do zasady, że "nic co ludzkie nie jest nam obce". Facebook i Google będą nadal robiły dwa kroki do przodu i jeden w tył chcąc wyczuć granicę bycia "creepy".

 

Kuba Filipowski

Więcej o: