Piractwo w sieci jest dobre - czyli dlaczego rok 2014 to nie to samo, co 1994

Łukasz Józefowicz
02.06.2014 14:42
A A A
Piractwo

Piractwo (Fot. Tobias Vemmenby)

Fundacja Legalna Kultura przy wsparciu znanych nazwisk zachęca Polaków do płacenia za kulturę. Ta pozytywna kampania skrywa jednak wiele jadu i wyróżnia się fundamentalnym niezrozumieniem problemu. Mam wrażenie, że niektórzy z organizatorów mylą rok 2014 z 1994.

Zacznę od prostego stwierdzenia, które jest punktem wyjścia i puentą tego tekstu: PIRACTWO JEST DOBRE. Nie bójmy się mówić tego głośno. Pozwala nam ono wpływać na jakość usług i faktycznie decydować o ich cenach. Niech żyją piraci!

Tak po prawdzie to było bardzo populistyczne zagranie, gdyż pisząc "Niech żyją piraci!” podlizuję się 92% czytelników tego artykułu. Według badań Centrum Cyfrowego, przeprowadzonych na zlecenie Narodowego Centrum Kultury, właśnie taki odsetek polskich internautów korzysta z nieformalnych obiegów kultury. W tym przypadku zawiera się w tym ściąganie treści z internetu, streaming wideo z pominięciem praw autorskich oraz wymienianie się plikami ze znajomymi. Jeśli do tego dołączymy osoby pożyczające sobie książki, czy płyty z filmami lub muzyką, to ten odsetek wzrasta jeszcze o dodatkowe 3 punkty. To już nawet nie jest "znaczna część” społeczeństwa, ani jego "większość” tylko niemal wszyscy.

Na podstawie powierzchownej analizy tych danych można wysnuć wniosek o dramatycznym stanie twórców i dystrybutorów treści, lecz jest to tylko pozorne. Przede wszystkim osoby, które najwięcej ściągają z sieci jednocześnie najwięcej wydają na legalną kulturę. Jeden obieg nie wyklucza drugiego i nie jest to binarny wybór: albo piracę, albo płacę. Wynika z tego, że różne obiegi treści są komplementarne. Dzięki dostępowi nieformalnemu poszerza się grupa ludzi korzystających z kultury. Do takiego samego wniosku doszli badacze z uniwersytetu w Amsterdamie w 2012 roku Joost Poort i Jorna Leenheer, a także autorzy raportów "Obiegi Kultury", "Copy Culture in the US and Germany" oraz "Prawa Autorskie a Rozrywka".

 

Kupowanie i pożyczanie treściFot. Centrum Cyfrowe

 

Pamiętajmy, że wszyscy posiadamy ograniczone możliwości finansowe i dla wielu z nas pełna aktywności kulturowa jest poza zasięgiem naszych możliwości. Na szczęście dzięki nieformalnym obiegom kultury wszyscy mamy szansę rozwinąć skrzydła. Ważne jest jednak, żebyśmy chcieli płacić i wygląda na to, że w pierwszej kolejności sięgamy właśnie do portfela, a nie na stronę z torrentami.

Piractwo oceniam negatywnie, jednak stawiam "ale". Ludzi na kulturę powinno być stać. Dobrym przykładem na rozwiązanie takich dylematów jest iTunes, na którym muzyka jest łatwo dostępna i w miarę niedroga. Takie działania apelują do naszej uczciwości. 
--Greg Zgliński, reżyser filmu "Wymyk"

Według danych Newspoint najaktywniejsi piraci (górne 20%) w Wielkiej Brytanii w ciągu kwartału wydali na dobra kultury po 168 funtów, a osoby, które deklarują, że w ogóle nie ściągają - tylko 95 funtów. Walka z piratami jest często wbrew interesom sektora kreatywnego, gdyż nielegalny obieg tworzą najlepsi klienci.

Według danych Newspoint piraci są najlepszymi konsumentami przemysłu kreatywnegofot. Newspoint - kompleksowy monitoring mediów

 

Co więcej, osoby, które dużo ściągają są także bardzo aktywne kulturowo. W porównaniu z danymi Biblioteki Narodowej i World Internet Project wyniki czytelnictwa wśród piratów są nieproporcjonalnie wysokie. Aż 89% czyta co najmniej jedną książkę w ciągu roku, a 69% ponad pięć!

 

 

Liczba książek przeczytanych w ciągu ostatniego rokuFot. Centrum Cyfrowe

Wędrówka niewidzialnego pieniądza

Na temat strat finansowych dystrybutorów i szkodliwości piractwa w sieci powstało wiele badań. Często wnioski z nich wynikające zaprzeczają sobie nawzajem, ale podczas zbierania materiałów do tego tekstu zauważyłem pewną interesującą zależność. Wszystkie badania finansowane przez dystrybutorów treści kończyły się stwierdzeniem, że piractwo zabija przemysł, a badania finansowane niezależnie (np. przez uczelnie lub środki publiczne) z reguły stwierdzają, że takiej zależności nie ma.

Zwróćmy się zatem w kierunku badań niezależnych. W przygotowanym dla uniwersytetu Hitotsubashi raporcie, Tatsuo Tanaka stwierdza, że na rynku japońskim nie ma żadnej korelacji pomiędzy spadkiem sprzedaż płyt z muzyką, a dzieleniem się plikami w sieci. Pomimo sporych wahań w skali ściągania plików z sieci nie zauważono korespondujących różnic w sprzedaży albumów.

We wrześniu 2013 roku London School of Economics wzięło pod lupę twierdzenia producentów i dystrybutorów, jakoby tracili miliony. Jeden z autorów badania, Bart Cammaerts, stwierdził, że: "Przychody z dystrybucji cyfrowej, usług abonamentowych, streamowania i koncertów całkowicie wyrównują mniejsze wpływy ze sprzedaży fizycznych nośników”. Dodatkowym dowodem na to jest fakt, że dla International Federation of the Phonographic Industry rok 2012 był najbardziej dochodowym od 1989. I to pomimo coraz słabszej sprzedaży płyt, która od lat spada w tempie kilkunastu procent rocznie. W 2013, w porównaniu z rokiem poprzednim, sprzedaż płyt z muzyką spadła o ponad 20%, a sprzedaż albumów w formie cyfrowej o 14%. W tym samym czasie streaming muzyki urósł o 35% przy jednoczesnym wzroście dochodów dla artystów za odtworzenie o ponad 30%. Teraz przypomnijmy sobie, że min. Jurek Owsiak narzeka na słabą sprzedaż płyt w Polsce i winą za ten stan rzeczy obarcza piratów. Jednak w 2014 roku mógłby z równym powodzeniem próbować sprzedawać muzykę na taśmach szpulowych.

W 1982 roku szef MPAA, Jack Valenti, powiedział podczas przesłuchania w kongresie, że "Magnetowid jest dla amerykańskiego przemysłu filmowego i amerykańskiej publiczności tym samym, co dusiciel z Bostonu dla siedzącej w domu samotnej kobiety”.

Mit utraconego przychodu, czyli gdyby nie piractwo, to 100% ludzi by kupiło

W tym przypadku trudno jest jednoznacznie stwierdzić ile dany dystrybutor stracił z powodu nielegalnie ściągniętych kopii filmu lub albumu. Sporym nadużyciem jest jednak równanie piractwa z kradzieżą i mówienie, że gdyby go nie było, to sprzedalibyśmy o kilka milionów więcej płyt, albo zostalibyśmy polskim Erikiem Claptonem. W tym momencie musimy przede wszystkim stwierdzić dlaczego ludzie ściągają.

Według badania Centrum Cyfrowego 67% Polaków deklaruje, że głównym powodem ściągania z internetu jest aktualność treści i dostępność nowości. Dla 72% ważną przyczyną jest także cena, gdyż nie stać ich na zakup kopii legalnej, a dla 20% jest to jedyny sposób uzyskania dostępu do filmów i muzyki. Szczerze mówiąc wcale nie jestem tym faktem zaskoczony.

W 2012 roku RIAA pozwało to sądu LimeWire domagając się 72 trylionów dolarów odszkodowania za poniesione straty. To o 20% więcej pieniędzy niż istnieje na świecie.

Wprowadzany kilka lat temu do Polski film Woody'ego Allena "O północy w Paryżu" był wyjątkowo często ściągany z sieci. Jego dystrybutor załamywał ręce nad utraconymi przychodami, ale nie przyszło mu do głowy, że zwlekanie z Polską premierą przez niemal cztery miesiące od premiery światowej nie było najlepszym posunięciem.

Z kolei wiele osób na pewno czytało wywiad z prezesem TVP Juliuszem Braunem w Gazecie Wyborczej. Stwierdza on w nim, że telewizja ramówkowa będzie dominującą formą dystrybucji treści przez co najmniej najbliższe 10 lat. Argumentów nie przytacza, ale, chyba nieświadomie, podał wiele kontrargumentów, min. ten, w sprawie zwiększenia oglądalności programów na urządzeniach mobilnych:

Nas to dotknęło przy znakomitym serialu "Homeland" - miał widownię nieco powyżej 400 tys. mimo niezłej pory - w poniedziałki po godz. 22. To oglądalnościowa katastrofa. I finansowa. Po prostu ci, których ten serial interesował, obejrzeli go sobie wcześniej w internecie, i to pewnie całą serię naraz. W dodatku - korzystając z pirackich portali.

Na pytanie, czy zatem TVP nie pokaże nowego sezonu "Homeland” odpowiedział:

Nie pokażemy, polscy widzowie nie chcą za to zapłacić.

Zauważmy proszę, że "Homeland” w TVP był emitowany z dwuletnim (!) opóźnieniem. Prezes Braun odnosi się do tego faktu niby mimochodem, zupełnie nie rozumiejąc, że jest to kluczowy czynnik, który zabił oglądalność serialu w polskiej telewizji.

W tym kontekście myślenie o ściągniętych filmach jako o utraconej sprzedaży jest niepoważne. To podejście wielkopańskie, które zakłada, że my nie jesteśmy klientami, tylko bezwolnymi odbiorcami i nie mamy prawa wymagać. Kultura ma być jak produkt pakowany w fabryce - mamy czekać, aż ktoś nam pozwoli za niego zapłacić i wara wyciągać rękę.

W 2007 roku, przedstawicielka Sony BMG Jennifer Pariser, zeznała przed sądem, że robienie na własny użytek wersji mp3 legalnie przez nas kupionego albumu muzycznego jest kradzieżą i "skopiować” to tylko eufemizm na "ukraść”. Sony nadal zarabia na sprzedaży płyt R i RW, a ja od siebie polecam wszystkim stronę Strata Kazika.

Żyjemy w czasach, w których wszystko jest globalne. Informacje i kultura przede wszystkim. Nikt nie będzie czekał miesięcy, nie mówiąc już o latach, by zobaczyć nowy film lub przeczytać książkę. Polski odbiorca się zmienił, chce tego samego co Amerykanin i Brytyjczyk, nie chce być traktowany gorzej. Dzięki internetowi nie musimy czekać na dystrybutorów, by wybrali coś dla nas, tylko możemy aktywnie szukać treści na własną rękę. Jaką jest różnicą dla polskiego dystrybutora czy kupię DVD z filmem na Amazon, bo jest tańsze i zawiera więcej dodatkowych materiałów, czy ściągnę piracką kopię? Co więcej, przynajmniej w tym pierwszym przypadku możemy zdecydowanie mówić o utraconym zysku, a wynika on z braku konkurencyjności i rozsądku polskich wydawców. W Polsce nadal pracuje się jak w latach 90-tych i marudzi się na zły internet zamiast zmienić model biznesowy i dostosować się do swoich odbiorców. Cóż, jeśli 92% osób ściąga i streamuje rzeczy z sieci, to coś nie tak jest z firmami, nie z nami.

Walczmy o nasze prawa

W tym wszystkim jest jedna rzecz, którą dystrybutorzy robią dobrze - jest nią ograbianie konsumentów z ich podstawowych praw. W tej sytuacji możemy tylko głosować portfelem.

W XXI wieku, a zwłaszcza w dużych miastach, aktywność kulturowa jest czymś niezbędnym. Gdybym nagle przestał oglądać filmy i seriale, nie czytał książek ani nie słuchał muzyki, to funkcjonowałbym na granicy wykluczenia kulturowego. Dystrybutorzy doskonale zdają sobie z tego sprawę i cały czas sprawdzają jak wysoko mogą podnieść ceny, jednocześnie odbierając nam prawa do zakupionych produktów. To nie jest propozycja sprzedaży, tylko branie zakładnika.

Myślę, że należy uzmysławiać władzy, że kultura przestała być rozrywką, stała się elementem kształtowania więzi społecznych i musi stać się elementem troski i budżetu rządzących. 
--Piotr Najsztub

Prawdziwe głosowanie portfelem w tym przypadku odbywa się za pomocą nieformalnych obiegów treści - wyrażamy sprzeciw bez rezygnacji z uczestnictwa w kulturze. I to jest właśnie największa siła torrentów i im podobnych źródeł - dają nam alternatywę i tworzą nacisk na dystrybutorów.

Przykrą, i nie do zaakceptowania przy obecnych cenach, konsekwencją dystrybucji cyfrowej jest zabicie jednym ruchem rynku wtórnego. Nie będzie można sprzedać starego filmu lub gry na Allegro lub kupić tam za niewielkie pieniądze. Próby zduszenia rynku używanego sprzętu sięgają końcówki lat 90-tych, a najbardziej znane przypadki to gry wydawane na pierwszego Xboxa z dopiskiem "Not For Resale”, Sony dodające do swojego sprzętu elektronicznego imienną gwarancję, masowe pozywanie przez wydawców sklepów takich jak GameStop do sądu za sprzedaż używanych gier, czy próba przedefiniowania własności intelektualnej tak, by kupując nowy telefon czy telewizor nie stawać się ich właścicielem, lecz jedynie wypożyczać je od producenta.

Sposób, w jaki używane jest DRM jest źródłem poważnych problemów. Na przykład narzuca spore ograniczenia w sposobie użytkowania treści cyfrowych i narusza podstawowe prawa konsumentów.
--Jill Johnstone z Narodowej Rady Konsumentów Wielkiej Brytanii

 

Wraz z nową erą dystrybucji cyfrowej kupując kulturę otrzymujemy w zamian coraz mniej. Nie byłoby w tym niczego złego, gdybyśmy, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, także płacili mniej. Niestety często kosztuje nas to coraz więcej.

 

Wolność w internecieFot. Free Press

 

Aby nie być gołosłownym mam zrzut ekranu, który zrobiłem przy okazji składania zamówienia na książkę Ricka Altmana "Theory of Narrative”:

Rick Altman Fot. Amazon

Co więcej, wiele było także przypadków, kiedy to ktoś stracił swoją całą bibliotekę książek, bo "jakaś firma” zablokowała mu konto. Nie miejcie co do tego złudzeń, każda platforma dystrybucyjna stosująca DRM może zabrać wam wszystko co do tej pory kupiliście w każdej chwili i bez podania przyczyny. Nie ma znaczenia czy jest to Steam, Origin, Amazon, czy iTunes. W tej sytuacji, pomimo wydania konkretnych pieniędzy na produkt, nadal firma, która nam go sprzedała, trzyma go jako zakładnika.

 

Zła dystrybucja cyfrowa, albo ludzie, którzy nie rozumieją internetu - czy jest jakieś wyjście?

By wyjść na prostą musimy przede wszystkim głosować portfelami i nie godzić się na takie warunki, jakie na przykład chciał nam narzucić rok temu Microsoft. Powszechny sprzeciw sprawił wtedy, że firma zmieniła swoje plany na DRM w konsoli Xbox One, a koncern do tej pory płaci słoną cenę za swoje antykonsumenckie ruchy. To jest dowód na to, że warto zabierać głos i aktywnie negocjować warunki nowej dystrybucji cyfrowej.

Po drugie aktualne prawo autorskie musi zostać zmienione. Obecnie w Polsce autor ma wyłączne prawa do swojego dzieła nie tylko przez całe swoje życie, ale także... przez 70 lat po swojej śmierci. Dla porównania patent na nowy lek wygasa po 20 latach od jego wynalezienia i ma być w przyszłości skrócony do 15 lat. Postęp technologiczny oraz nowe sposoby odbioru i remiksowania kultury wymagają prawa, które oddaje aktualne realia (a nie lepszej egzekucji antycznych zapisów, jak chciałby na przykład ZAIKS, albo Fundacja Legalna Kultura, która jest częściowo finansowana przez dystrybutora Kino Świat). Zaznaczam, że absolutnie nie opowiadam się za zniesieniem ochrony własności intelektualnej, zwłaszcza, że od prawie 10 lat sam się utrzymuję z wynagrodzeń z tytułu praw autorskich, lecz za urealnieniem jej ram. Ludzkość już wcześniej zmagała się z podobnym problemem.

Kiedyś istniało prawo własności, które zawierało się w zdaniu "Cuius est solum, eius est usque ad coelum et ad inferos” (w wolnym tłumaczeniu: "Kto ma ziemię ten ją ma, od samych niebios po czeluści piekielne, gdzie diabeł na akordeonie gra”). Oznaczało to, że jak posiada się ziemię, to ma się też prawa do przestrzeni powietrznej nad nią, bez limitu. Powodowało to oczywiste problemy w pierwszych latach lotów pasażerskich i świat stanął przed wyborem: honorować przestarzałe prawo własności i płacić każdemu, kto posiada ziemię na trasie przelotu (a jak się nie zgodzi to szukać innej trasy) lub zmienić prawo. Właściciele gruntów nie byli zadowoleni, ale obecnie posiadając ziemię ma się prawo własności do 150 metrów w górę (licząc od najwyższej zbudowanej struktury). Stare prawo własności stało na drodze postępu i rozwoju społeczeństwa, zostało więc zmienione.

Prawo, które obecnie obowiązuje, doprowadziło do takich absurdów jak system ContentID na YouTube, gdzie klip może zostać oflagowany, bo ktoś wcześniej zarejestrował sobie... dźwięk deszczu. I jak w takich warunkach można tworzyć nowe treści?

Trzecim elementem, jaki jest nam potrzebny, są nowe usługi, które rozumieją wymagania współczesnego odbiorcy. W momencie, gdy pojawiło się Last.fm i Spotify wiele osób nagle przestało ściągać piracką muzykę, a Netflix, Amazon Video i Hulu robią to samo z filmami. W Polsce mamy usługi VOD, ale ich infrastruktura nadal pozostawia wiele do życzenia. Jeśli płacąc za możliwość oglądania meczu otrzymujemy stream, który co chwilę się wiesza, naturalnie zwracamy się w stronę pirackich stron - które o dziwo takich problemów nie mają.

To właśnie jest piractwo w dużym skrócie - wybór, alternatywa. Dzięki niemu dystrybutorzy nie mogą narzucać nam swoich warunków, dzięki piractwu konsumenci mają głos i mogą negocjować jak będzie wyglądała nadchodząca era dystrybucji cyfrowej.

Im więcej będzie narzucanych nam ograniczeń, im wyższe będą ceny za te same treści, tym częściej będziemy zwracać się ku obiegom nieformalnym. System sam tworzy piratów - im bardziej jest nie fair w stosunku do konsumentów, tym częściej będziemy ściągać nielegalnie. Niech dystrybutorzy traktują odbiorców uczciwie i z szacunkiem, a piractwo samo zniknie. Bo piractwo jest dobre i nikogo nie zabija, chyba że na czyjeś własne życzenie.

Komentarze (118)
Zaloguj się
  • Oceniono 80 razy 68

    ". Nie miejcie co do tego złudzeń, każda platforma dystrybucyjna stosująca DRM może zabrać wam wszystko co do tej pory kupiliście w każdej chwili i bez podania przyczyny. Nie ma znaczenia czy jest to Steam, Origin, Amazon, czy iTunes."

    I w tym momencie autor zapomnial wspomniec o polskiej platformie GOG, ktora nie stosuje DRM. Skoro juz wymieniamy jednym tchem rozne uslugi, warto o GOGu wspomniec.

  • angielski_kochanek

    Oceniono 142 razy 128

    Dokładnie tak jak w artykule. Mieszkam w UK i nie muszę ściągać np. "24" sezon 9 - mam w TV dwa dni po premierze w USA, więc nawet mi się nie chce szukać piratów... A za Netflix i Spotify płacę, a jakże. Tego, do czego mam dostęp za łącznie 17 funtów miesięcznie (mniej niż godzina mojej pracy), nie będę w stanie obejrzeć i wysłuchać do końca moich dni...

  • alik-w-plomieniach

    Oceniono 103 razy 95

    Przecież to, co w USA wyprawia MAFIAA (Music And Film Industry Association of America) woła o pomstę do nieba. Przejrzyści są jak, nie przymierzając, decyzje Komisji Majątkowej, a ustawiając decyzje pod siebie krzywdzą nie tylko konsumentów, ale i niezależną konkurencję. I takie molochy trzeba obalać wszystkimi możliwymi sposobami.

  • eiruieuurfow

    Oceniono 111 razy 93

    "Mam wrażenie, że niektórzy z organizatorów mylą rok 2014 z 1994. "
    A ja mam wrażenie, że dystrybutorzy marzą o zrobieniu nam roku 1984.

    Dla młodszych podpowiedź:
    pl.wikipedia.org/wiki/Rok_1984

  • Oceniono 68 razy 58

    wreszcie normalny artykuł ,a nie opłacone wypociny bez autora tylko jakiś nick

  • fchlebicki

    Oceniono 63 razy 53

    Problemem jest kwestia jakości w streamingu, tutaj rolę odgrywają 2 czynniki. Pierwszy to sama jakość transferu, jako porównywalna z mp3 nie gra aż tak istotnej roli na większości dzisiejszego sprzętu. Dużo bardziej okrutne jest zjawisko Loudness War, afektujące zarówno na nowe wydania w wersjach online jak i cd, ale także na wszystkie wznowienia starych płyt (tzw. "remastery") i to zjawisko jest już jawnym oszustwem, bo człowiek ładując ciężkie pieniądze w produkt oczekuje jego rzetelnej produkcji, a niestety dzisiaj właśnie na etapie produkcji zabija się całą dynamikę nagrania i przepompowuje wszystko byle tylko utwory zabrzmiały głośniej (czyli POZORNIE lepiej). I wytwórnie wciskają nam te remastery reklamując je jako nagrania o poprawionej jakości, a to jest najzwyczajniejsze kłamstwo bazujące na złudzeniu akustycznym. W efekcie żeby zdobyć stare, nieobdarte z dynamiki wydanie płyty, człowiek musi dzisiaj szukać po komisach, aukcjach lub niestety torrentach, bo w pierwszym obiegu niepopsutych nagrań nie znajdzie. Poniżej świetny przykład opisujący zjawisko:
    www.youtube.com/watch?v=7UjQc0dM4H4

  • Oceniono 50 razy 48

    Do tego co zostało napisane o porównaniu dostępności treści "legalnych" i "pirackich" dodałbym jeszcze taki jeden detal. Nawet jak nie mam problemu z ceną np. filmu, który mógłbym kupić w sklepie na płycie, dużo bardziej niewygodnie korzysta się z takiego płytowego egzemplarza, porównując z prostym, pojedynczym plikiem avi, mp4 itp. jaki zwykle występuje w obiegu "pirackim", i który łatwo można wrzucić na wybrane przez siebie urządzenie, bez konieczności wachlowania płytami.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX