Wakacje w Kosmosie? Dajcie sobie z tym spokój!

Tomasz Rożek
17.10.2011
A A A Drukuj

"Widoczek" z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Jeden z wielu (fot. NASA)

Gdy ktoś mówi, że za 10-20 lat biura turystyczne będą oferowały wakacje na orbicie, myślę, że jest w dużym błędzie. I bynajmniej nie dlatego, że do tego czasu nie nauczymy się wysyłać (masowo) ludzi w Kosmos. Ta wizja się nie sprawdzi, bo w Kosmosie jest cholernie niewygodnie

Dlaczego na biegunie północnym nie buduje się hoteli? Widoki są niezłe, a poza tym byłoby znacznie taniej, szybciej i bezpieczniej niż na orbicie. Odpowiedź jest prosta. Na biegunie jest za zimno. Wszystko kręci się w zasadzie tylko wokół widoków, bo też co można robić tam, gdzie temperatura wynosi kilkadziesiąt stopni poniżej zera. Wygodna kabina z oknem na lodowatą pustynię to trochę za mało. Pomijając zapaleńców, nikt na biegun nie pojedzie. Dokładnie tak samo będzie z Kosmosem. Masowe podróże na orbitę to mrzonka. Gwiazdy, nieważkość, Ziemia widziana z góry, a być może nawet lot wokół Księżyca. To wszystko pięknie brzmi, ale... Nieważkość wyjdzie bokiem (dosłownie) po kilkudziesięciu minutach, a gwiazdy będzie widać z okienka mniejszego niż najzwyklejszy telewizor LCD. Pozostaje Ziemia widziana z góry. Jesteś pewny, że nie masz lęku wysokości?

Pozwolą chociaż zabrać laptopa?

Niedawno świat znów obiegła informacja, że 350 kilometrów nad Ziemią ma powstać kosmiczny hotel. Pokoje niedrogie, bo pięciodniowy turnus będzie kosztował tylko 165 tysięcy dolarów (nieco ponad pół miliona złotych), ale do kosztów wypoczynku trzeba jeszcze doliczyć dojazd, a właściwie dolot. Koszt: 830 tysięcy dolarów (prawie trzy miliony złotych). Warunki w klaustrofobicznych kapsułach nie będą specjalnie odbiegały od tego, co mają astronauci na pokładzie stacji kosmicznej ISS (International Space Station). Tylko bezpieczeństwo w przypadku tej drugiej, jak się wydaje, będzie większe. Hotel buduje rosyjska firma Orbital Technologies i ma być gotowy za pięć lat. Niezależne projekty prowadzi też Richard Branson (ten od całkiem udanych konstrukcji samolotów suborbitalnych, magnat hotelowy i lotniczy), oraz inny ziemski potentat hotelowy z samego Las Vegas - Robert Bigelow. Ten drugi prowadził już nawet na orbicie eksperymenty z nadmuchiwanymi modułami kosmicznymi. Identycznymi jak te, które amerykanie z NASA testowali w latach 70. i 80. XX wieku. Ostatecznie nadmuchiwane stacje kosmiczne nie powstały i pomysł można było sprzedać prywatnym przedsiębiorcom.

fot. Bigelow Aerospace

Wróćmy do projektu Orbital Technologies. Już samo czytanie reklamy atrakcji hotelowych może przyprawić o mdłości. Gości hotelowych przy maksymalnym obłożeniu ma być... siedmiu. Zostaną rozlokowani w czterech niezależnych, niepołączonych ze sobą kabinach. Innymi słowy, kiedy ktoś do kabiny wejdzie, będzie musiał w niej przebywać bez możliwości bezpośredniego kontaktu z innymi. Jedyny sposób na zabicie nudy - zupełnie jak na Ziemi - to czytanie książki albo oglądanie filmu na laptopie. O ile ten zechce pracować w stanie nieważkości (nie wiadomo, czy będą w nim działały twarde dyski). Osoby, które nie są do nieważkości przyzwyczajone, będą miały poważne problemy nie tylko żołądkowe i fizjologiczne. Mogą mieć kłopoty z bólem głowy i ze snem. Oczywiście o wcześniejszym powrocie na Ziemię nie ma co marzyć. Goście, zanim dolecą do hotelu, spędzą całe dwa dni w podróży na pokładzie rakiety kosmicznej Soyuz. Podróż powrotna też nie będzie należała do krótkich.

Nie udław się

W orbitalnym hotelu jedzenie będzie odgrzewane w mikrofalówce. W zasadzie każdy będzie musiał przyrządzić je sobie sam. Goście hotelowi i tak powinni być szczęśliwi, bo w Kosmosie ciepłe posiłki to luksus. Do niedawna astronauci całymi tygodniami jedli wszystko zimne. W Kosmosie nie da się gotować potraw tak, jak to robimy na Ziemi. Woda w garnku i tłuszcz rozgrzany na patelni w ogóle nie wchodzą w grę. Nikt nie pozwoli sobie na ryzyko, jakie stanowi otwarty ogień kuchenki gazowej. Nie ma też co liczyć na płytę indukcyjną czy kocher. W Kosmosie trzeba oszczędzać energię. Gdy jej zabraknie... wyłączą się systemy podtrzymywania życia. A tego nikt by nie chciał. Na jakie dania mogą liczyć turyści za milion dolarów? Wszystko zostanie przygotowane na Ziemi, a w Kosmosie jedynie odgrzane. Jak na takie warunki, różnorodność potraw jest naprawdę powalająca: cielęcina, grzyby, zupa z ziemniaków, purée albo biała fasola. Na deser na przykład kompot ze śliwek. Agencje nie prezentują zdjęć tych potraw. Nie dziwię się. Każdy, kto leciał w dłuższą podróż samolotem, wie, że odgrzewane jedzenie - choćby miało nie wiem jak ładną nazwę - wygląda mało zachęcająco.

Wygląd to jedno, ale co ze smakiem? Czy cielęcina będzie smakowała jak mięso? Odpowiedź wcale nie jest oczywista. Zanim żywność poleci w Kosmos, musi zostać wysterylizowana wiązką promieniowania jonizującego, odwodniona i zamrożona. Poszczególne etapy jej przygotowania skutecznie zabijają smak. Część potraw jest w proszku. Do saszetki, w której się znajdują, przed podgrzaniem dolewa się wody. I cielęcina gotowa! Problemem może być także samo jedzenie. Pamiętajmy o nieważkości. Jedzenie potraw suchych i sypkich (jak nieklejący się ryż) nie wchodzi w rachubę. W Kosmosie nawet sól jest rozpuszczona w wodzie. W innym wypadku gdyby się rozsypała, stworzyłaby solną chmurę. Każdy kryształek leciałby w inną stronę. Gdyby wpadł komuś do oka, posiłek zamieniłby się w koszmar. Zresztą problem dotyczy także pieprzu. Generalna zasada jest więc taka: nie używamy przypraw. A wracając do jedzenia - najlepiej jeść potrawy rozgotowane. Takie, które przyklejają się do sztućców. Choć nawet wtedy trzeba uważać, by kawałek purée nie odleciał pod sufit. Dużym wyzwaniem jest picie. Szklanek w Kosmosie nie ma, bo ich zawartość mogłaby uciec. Pije się więc z butelek ze specjalnym dozownikiem. Jednak nawet wtedy gaszenie pragnienia nie jest proste i bezpieczne. Jeżeli nie przejdzie się odpowiedniego szkolenia, picie może się zakończyć uduszeniem.

fot. NASA

Po posiłku można by się wybrać na małą drzemkę. I tu pojawia się kolejny problem - spać w pionie, poziomie czy do góry nogami. To pozorny dylemat. W kosmicznym hotelu panuje nieważkość. Nie ma znaczenia, gdzie jest góra, a gdzie dół. W każdej pozycji śpi się tak samo źle. Opisując sen w Kosmosie, w ogóle nie powinno się używać słów „położyć się”. W Kosmosie się nie kładzie, bo ciało nie ma kontaktu z łóżkiem. No, chyba że turysta zdecyduje się przypiąć do materaca elastycznymi pasami. Nie przymierzając - zupełnie jak w izbie wytrzeźwień. Ostatecznie można wejść do śpiwora przywiązanego do którejś ze ścian. I jeszcze jedno. Co mają zrobić osoby, które nie zasną, póki nie wtulą głowy w poduszkę? Ten problem dotyczy podobno większości osób. Dotychczas na stacjach kosmicznych radzono sobie z nim całkiem dobrze. Poduszkę przymocowuje się do głowy. Gumką. To i tak scenariusz dosyć optymistyczny. Znaczna część ludzi - zanim się przyzwyczai - w ogóle nie będzie mogła spać w nieważkości. Ale to już ich problem. I tutaj przestroga - niektóre kabiny orbitalnego hotelu będą dwuosobowe.

Romantyczny wypad we dwoje?

Niech nikomu nie przychodzi do głowy wykupienie kosmicznego turnusu w ramach podróży poślubnej. Abstrahując od niewygód i być może trudnego do zniesienia przebywania tylko we dwoje przez kilka kolejnych dób na powierzchni niewiele większej niż kuchnia w bloku, poważnym problemem technicznym w Kosmosie jest prokreacja. Problemem, nad którym od lat zastanawiają się naukowcy i inżynierowie. Kilka lat temu do prasy wyciekł raport NASA (nr 12-571-3570) z którego wynikało, że spośród 10 najbardziej popularnych pozycji seksualnych w nieważkości uda się bez specjalistycznego sprzętu (elastycznych pasów i dwuosobowych śpiworów) uskutecznić tylko cztery.

- Miłość fizyczna na orbicie będzie zupełnie inna niż w filmach science fiction. Rzeczywistość może rozczarować - mówił jakiś czas temu na konferencji poświęconej zachowaniom ludzi w Kosmosie pracujący dla NASA lekarz Jim Logan. Po pierwsze, w stanie nieważkości wiele osób ma mdłości, problemy z koordynacją ruchów i o wiele gorszą kondycję fizyczną. - Zwykły pocałunek w nieważkości to już ekwilibrystyka - mówiła na tym samym spotkaniu pisarka Vanna Bonta, która razem z mężem brała udział w locie symulującym zerową grawitację. Według niej żeby zaznać seksualnych uniesień, partnerzy muszą być do siebie czymś przywiązani. Drugie wyjście to przyczepić jednego z partnerów do ściany. Brzmi coraz lepiej. Poza problemami natury inżynieryjnej pojawiają się też te natury fizjologicznej. W środowisku o zerowej grawitacji z powodu obniżonego ciśnienia krwi mężczyźni zauważają zwiotczenie penisa. Brak grawitacji powoduje też, że wszelkie płyny unoszą się jak bańki mydlane po całym pomieszczeniu. Byle nie dostały się do układu wentylacyjnego albo nie spowodowały zwarcia w jakimś urządzeniu elektronicznym. W największym skrócie można powiedzieć, że seks w Kosmosie to... koszmar.

Z powodu braku naturalnej konwekcji, nawet przy optymalnej temperaturze otoczenia, kosmicznym turystom będzie ciągle gorąco. Zwiększy się częstotliwość oddechu i intensywność pocenia się. No to może prysznic? I tu niespodzianka. Tym razem miła. W hotelowych pokojach będą instalowane urządzenia przypominające kabinę prysznicową. To prawdziwy luksus, na jaki astronauci na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) nie mogą liczyć. Oni czasami przez długie tygodnie myją się zwilżoną gąbką i mydłem, które nie wymaga spłukiwania. W hotelu ma być jednak prawdziwa woda. Na razie nie podano szczegółów i nie wiadomo, jak będzie rozwiązany dosyć istotny problem - woda w stanie nieważkości wcale nie leci ze słuchawki prysznica w dół do korka. Kropelki mogą w kabinie latać we wszystkich kierunkach. Jak zatem będą oddzielane te „brudne”, które spłukują mydło z ciała, od tych „czystych”?

Nie podano na razie informacji o konstrukcji toalety. Jeżeli będzie ona podobna do tej, z której korzystają astronauci profesjonaliści, turyści mogą przy pierwszej wizycie w WC przeżyć szok. Bez owijania w bawełnę i w największym skrócie można powiedzieć, że w Kosmosie potrzeby fizjologiczne załatwia się do rurki albo lejka podłączonego do urządzenia analogicznego do odkurzacza. Może to kwestia przyzwyczajenia, ale to chyba niezbyt przyjemne doświadczenie. I lepiej tych spraw nie zostawiać na ostatnią chwilę. Procedura przytraczania się do sprzętu zajmuje parę chwil.

Jest jeszcze coś, o czym lepiej wiedzieć przed lotem na orbitę. W Kosmosie woda to luksus. Głównie dlatego, że jest ciężka, a wyniesienie na orbitę każdego litra to koszt kilku, kilkunastu tysięcy dolarów. Na stacji kosmicznej obowiązuje więc zamknięty obieg wody. Doskonałe filtry oczyszczają każdą kropelkę niepotrzebnej człowiekowi wody - także tej, której organizm się pozbywa - po to, by mogła być powtórnie wykorzystana. Na przykład do mycia czy zaspokajania pragnienia. Filtry są naprawdę dobre, ale - przynajmniej mnie - jakoś to nie uspokaja. Jedyne, co może pocieszać, to fakt, że w hotelu pochodzenie wody jest mniej więcej pewne. Na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej odzyskuje się wodę także z tego, co wydalą zwierzęta laboratoryjne.

I jeszcze trzeba jakoś wrócić

Po pięciu dniach kosmicznych wakacji - zapewniam - prawie każdy chce wrócić do domu. Powiedzenie „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej” tutaj się nie sprawdzi. W Kosmosie dobrze będzie nielicznym. A w domu? Docenimy normalny prysznic i obiad, spanie w poziomo położonym łóżku i czytanie gazety w toalecie bez ryzyka, że dołączona gazetka reklamowa sklepu z elektroniką odleci gdzieś daleko. To wszystko jest w zasięgu ręki, tylko jakoś trzeba jeszcze przeżyć powrót. Lot rosyjską (a wcześniej radziecką) rakietą Soyuz to zabawa dla prawdziwych twardzieli.

fot. NASA

Jeżeli komuś się wydaje, że lot samolotem ubezwłasnowolnia człowieka, to jest w błędzie. W Soyuzach pasażer ubrany w mocno ograniczający ruchy kombinezon, ciasno przypięty pasami do fotela praktycznie nie ma żadnych praw. Nie może się ruszyć, nie może niczego dotknąć. A co, jeśli zechce pójść do toalety? W Soyuzach toaletą są specjalnej konstrukcji pampersy. Gdy rakieta osiągnie odpowiedni pułap, pasy można odpiąć. A wtedy ma się do dyspozycji przestrzeń nie większą od budki telefonicznej. I tak prawie dwa dni. W końcu lądowanie. A właściwie spadanie. Kapsuły Soyuzów nie lądują jak odstawione już do muzeów promy kosmiczne. One opadają na spadochronach. Czasami na pustynię gdzieś w środkowej Mongolii, a czasami w sam środek jeziora Bajkał.

Wśród wielu przymiotników, jakimi są określane kosmiczne wakacje, tylko z jednym można się zgodzić - na pewno będę niezapomniane. Cholernie niezapomniane. I niech to będzie przestroga.

 

Tomasz Rożek jest doktorem fizyki i publicystą naukowym. Kieruje działem Nauka i gospodarka w tygodniku „Gość Niedzielny”. Jest założycielem stowarzyszenia Śląska Kawiarnia Naukowa i autorem książki „Nauka po prostu. Wywiady z wybitnymi” - uznanej za najlepszą książkę popularno-naukową mijającego sezonu.

PS. Sztuczna grawitacja, albo nie zawracajcie głowy turystom!

Turystyka kosmiczna to oferta ekstremalna. Nie tylko z powodu ceny (bo będzie z czasem malała), ale przede wszystkim z powodu warunków, jakie panują na orbicie. O ile mogę sobie wyobrazić duże zainteresowanie lotami suborbitalnymi (trwającymi kilka godzin), o tyle nie wierzę w masową turystykę w nadmuchiwanych kapsułach, w stacjach kosmicznych czy czymkolwiek, co zostanie wyniesione w przestrzeń. Niedogodności i monotonność zabiją najwytrwalszych.
Ta sytuacja zmieni się dopiero wtedy, gdy w przestrzeni zaczną powstawać nie pojedyncze „domki”, ale ogromne kompleksy turystyczne. Ze sztuczną grawitacją (którą można wytworzyć przez odpowiednio dobrany obrót konstrukcji), wysokim standardem żywienia i masą... ziemskich atrakcji. No i może z jednym pomieszczeniem, w którym będzie panowała nieważkość. Jedno pomieszczenie w zupełności wystarczy. Zanim jednak coś takiego powstanie, nauczymy się tworzyć tak sugestywną wirtualną rzeczywistość, że ruszanie się gdziekolwiek będzie zupełnie zbędne.

fot. NASA

Zobacz więcej na temat: