NA WŁASNE OCZY: Raj bez państwa? Za to z komórką

Codziennie w ciągu dziesięciu godzin spędzonych w somalijskim słońcu - temperatury przekraczające 40 stopni nie należą do rzadkości - 34-letni Sulejman wymienia od 100 do 300 amerykańskich dolarów.

Codziennie w ciągu dziesięciu godzin spędzonych w somalijskim słońcu - temperatury przekraczające 40 stopni nie należą do rzadkości - 34-letni Sulejman wymienia od 100 do 300 amerykańskich dolarów. (Fot. Marcin Suder)

Zasięg telefonów komórkowych nawet na środku pustyni, rozmowy międzynarodowe prawie najtańsze na świecie - i wszyscy przesyłają pieniądze przez komórki. To jedna z wielu niespodzianek, które czekają w Somalii na gościa z Zachodu. Chociaż od 20 lat nie ma centralnego rządu, ludzie radzą sobie zaskakująco dobrze

Sulejman ma 34 lata i „od zawsze” pracuje jako cinkciarz. Codziennie rozkłada swój mały kramik na głównej ulicy Garoowe, stolicy Puntlandu, autonomicznej części Somalii (ponieważ uznawany przez świat rząd Somalii kontroluje tylko część stolicy, wszystkie pozostałe części kraju są autonomiczne).

Sulejman nie ma wygórowanych ambicji, jak siedzący obok kolega, który na zespawanym z metalowych prętów stoisku wymalował sobie napis - po angielsku - „Global Money Service” (ang. „globalne usługi finansowe”). Codziennie w ciągu dziesięciu godzin spędzonych w somalijskim słońcu - temperatury przekraczające 40 stopni nie należą do rzadkości - Sulejman wymienia od 100 do 300 amerykańskich dolarów.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Sulejman wymienia dolary na walutę państwa, które od dwudziestu lat nie istnieje. Z zysku z tej pracy utrzymuje żonę i pięcioro małych dzieci.
Obieg pieniężny w Somalii należy do najdziwniejszych na świecie. Monet nie widziałem żadnych, a banknoty tylko dwóch rodzajów - amerykańskie studolarówki (koniecznie według najnowszego wzoru, wydrukowane po 2006 r., starszych nikt nie przyjmuje) oraz stare szylingi somalijskie, ale jedynie w najwyższym nominale, 1000 szylingów. Ponieważ aktualny kurs szylinga wynosi 34 tys. za dolara, więc równowartość stu dolarów - 3 400 000 szylingów - to pokaźna torba pieniędzy. Sulejman ma całe stosy paczek z somalijskimi banknotami.
Żaden banknot w ciągłym obiegu nie przetrwa 20 lat. Na pewno więc ktoś szylingi systematycznie drukuje - i rzeczywiście, wiele z nich wygląda tak, jakby były kopią kopii kopii.

Według Petera D. Little'a, autora książki o gospodarce Somalii*, banknoty drukowali rozmaici watażkowie rządzący krajem: w 2000 r. sprowadzono nawet kilka ton banknotów z Kanady, co wywołało załamanie kursu i zamieszki. Nikt oczywiście nie przejmował się tym, ile jest pieniądza w obiegu, i inflacją. Nie było też banku centralnego, który jest emitentem i gwarantem waluty. Szyling jednak jest cały czas w obiegu, a względna stabilność jego kursu - spadł z 6 tys. w 1992 r. do 34 tys. dzisiaj - nie jest wcale mniejsza niż wielu walut emitowanych przez działające rządy.
Skoro gotówki nie ma w obiegu, jak zapłacić za cappuccino w restauracji?

Obieg bezgotówkowy


Przykład nie jest wzięty z księżyca: w Garoowe można bez kłopotu wypić całkiem przyzwoite cappuccino. W Puntlandzie nie było wojny, a miasto - od kiedy zostało stolicą autonomicznego regionu - bardzo szybko się rozwija. Nie brakuje nawet w restauracjach bardzo przyzwoitych włoskich ekspresów do kawy.

Somalia

Mieszkańcy Puntlandu pieniędzmi obracają głównie bezgotówkowo - płacąc za pomocą telefonu komórkowego. System nazywa się Sahal i obsługuje go lokalny de facto monopolista telekomunikacyjny firma Golis - powiązana, jak słyszałem, z rodziną prezydenta Puntlandu.

Sieci telekomunikacyjnych w różnych regionach Somalii jest podobno aż dziewięć. Golis jest tani - rozmowa zagraniczna kosztuje kilka centów za minutę - i ma imponujący zasięg: jego maszty widać wszędzie i nawet na środku pustyni zwykle można porozmawiać przez komórkę (w kraju nie ma sieci elektrycznej poza dużymi miastami: wszystkie maszty telefonów komórkowych mają własne zasilanie z generatorów, do których co kilka dni ciężarówka dowozi paliwo). Oczywiście wszystkie telefony są w systemie pre-paid: zdrapki Golis można kupić wszędzie, nawet w najmniejszych wioskach.

Golis jest także bankiem. Pieniądze - gotówkę w dolarach - wpłaca się na swoje konto w systemie Sahal w biurze, a potem za pomocą prostego menu w telefonie (działa w każdym, nawet najprostszej Nokii) można je przelać za darmo na cudze konto. Wystarczy potwierdzić transakcję kodem PIN, a w chwilę później przychodzi SMS z potwierdzeniem. Rozliczenia prowadzone są w amerykańskich dolarach. W sklepach, restauracjach i właściwie wszystkich miejscach, w których płaci się za coś - nawet na stoiskach z khatem, popularnym lekkim narkotykiem - wiszą numery Sahal (w kraju nie widziałem ani bankomatów, ani kart płatniczych).

Nie jest to jedyny taki system w Afryce. Sąsiadujący z Somalią Kenijczycy mają także bardzo popularny system M-Pesa, który działa na podobnych zasadach i był jednym z pierwszych na kontynencie. Kenijczycy mają jednak gotówkę, a Somalijczycy jej nie mają - i większość transakcji, przynajmniej w miastach, odbywa się w tym systemie. Misja Polskiej Akcji Humanitarnej - która zaczyna wiercić studnie w Somalii - płaci w ten sposób swoim miejscowym pracownikom i firmom, u których zamawia usługi, np. wynajmując samochody.
Równocześnie funkcjonuje bardzo sprawny system przesyłania pieniędzy z zagranicy. Diaspora somalijska jest ogromna. Według raportu ONZ o somalijskiej diasporze z marca 2009 r. ponad milion Somalijczyków przysyła do kraju rocznie więcej niż miliard dolarów, czyli nawet 18 proc. PKB kraju.

Somalia, Afryka


Największym i najbardziej imponującym budynkiem przy głównej ulicy stolicy Puntlandu, Garoowe, jest siedziba Dahabshiil - instytucji, która jest skrzyżowaniem banku z Western Union i której głównym zadaniem jest przesyłanie pieniędzy z zagranicy (slogan: „Szybkie przelewy, którym możesz ufać”). Dahabshiil ma jakąś łączność z międzynarodowym systemem przelewów bankowych, ale nie jest jego częścią. Jest możliwe przesłanie pieniędzy z banku w Warszawie do Somalii - drogą okrężną przez Londyn i Dżibuti - ale zajmuje to tydzień.

Pasterz z land cruiserem

Europejczycy, którzy wyobrażają sobie życie w bardzo biednym kraju, często robią błąd - przypuszczając, że bardzo biedni ludzie nie używają zaawansowanych technologii i żyją w lepiankach tak samo jak sto czy dwieście lat temu. Tymczasem Somalijczycy (czy mieszkańcy innych bardzo biednych krajów) lubią elektroniczne gadżety dokładnie tak samo jak Amerykanie czy Polacy. Mogą nadal mieszkać w domach z gliny - krytych już co prawda blachą falistą, a nie trawą - ale to nie znaczy, że nie używają internetu czy nie potrafią wysłać SMS-a.

To prowadzi do sytuacji pozornie pełnych paradoksów. Można zobaczyć więc pasterza prowadzącego wielbłądy po pustyni, który robi bezprzewodowo przelew w Sahalu. Co prawda najczęściej używa komórek firm King albo Vell-com - o których nigdy wcześniej nie słyszałem - ale w miastach widywałem także iPhone'y.
Równocześnie jednak nie ma podstawowej infrastruktury, takiej jak drogi czy sieć elektryczna, często nie ma wody i murowanych domów. Komórki ładuje się bateriami słonecznymi zawieszonymi na dachach lepianek. Laptopy i komputery stoją na stołach nieporadnie zbitych z desek.

Bateria słoneczna do ładowania komórki

W całej Somalii jest jedna asfaltowa droga, łącząca północ z południem kraju - nazywa się ją po prostu „Asfaltową drogą” (pisane „Tarmac road”). Została zbudowana jeszcze w czasach rządu centralnego, ale jest w niezłym stanie i rząd Puntlandu na swoim odcinku przynajmniej łata w niej dziury. Pozostałe drogi przypominają jednak szlaki przez pustynię i mogą przez nie przejechać tylko ciężarówki albo wielkie, terenowe toyoty landcruiser - sprowadzane z Japonii przez Dubaj. Kilkunastoletnie samochody są lśniące i zadbane: na tle pustkowi i namiotów koczowników wyglądają tak, jakby zrzucili je tam Marsjanie.

Libertarianin w raju?

Nie ma żadnych pewnych statystyk dotyczących poziomu życia w Somalii po rozpadzie kraju w 1992 r. Wiadomo - i to jest pewne - że jest to jeden z najbiedniejszych krajów świata. Według różnych szacunków somalijskie PKB na głowę wynosi od 300 do 600 dol. rocznie (w Polsce prawie 20 tys. dol.). W zeszłym roku głód na południu kraju, w rejonach kontrolowanych przez islamistów z Al-Szabab, zabił co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób, a prawie jedna czwarta ludności korzystała z pomocy żywnościowej.

To jednak nie znaczy, że przez 20 lat w kraju nie dokonał się żaden postęp. Niedawne badania prowadzone na podstawie zdjęć satelitarnych (czyli analizy aktywności budowlanej) pozwoliły oszacować średnią stopę wzrostu w ciągu ostatnich 20 lat na 1-2 proc. rocznie. Według innych szacunków wzrosła nieco średnia długość życia - chociaż nadal pozostaje niewysoka: w kraju praktycznie nie ma szpitali w polskim rozumieniu tego słowa, a wielu lekarzy wyemigrowało. Nie ma także systemu sądowniczego w naszym rozumieniu tego słowa: biznes opiera się na zaufaniu i kontaktach klanowych, a nie na formalnych kontraktach.

Głównym produktem eksportowym Somalii jest bydło. Wywozu nie przerwały żadne zmiany władzy i konflikty. Turysta, który w czasie wakacji w Kenii zje nyama choma - tradycyjną kenijską potrawkę mięsną - w przydrożnej restauracji, ma duże szanse, że trafi na somalijskie mięso.

Somalia - pisze Peter D. Little, antropolog, który napisał najlepszą z nielicznych książek o somalijskiej gospodarce - „rzuca wyzwanie wielu rozpowszechnionym poglądom, w jaki sposób funkcjonują społeczeństwa i rządy. (...) To dotyczy, na przykład, poglądów na to, w jaki sposób polityka działa w sytuacji, kiedy nie ma rządu; jak rynki funkcjonują bez sądów i waluty; i w jaki sposób wspólnoty korzystają z tradycyjnych form tożsamości i organizacji, żeby uzyskać dostęp do rynków i przetrwać nadzwyczajny poziom niestabilności”.

Somalia dostarcza interesującej odpowiedzi na pytanie, które stawiają radykalni liberałowie: „Do czego ludziom jest potrzebny rząd?”. Zwolennikom anarchokapitalizmu - przekonanym, że każdy rząd, nawet najlepszy, hamuje wolność gospodarczą i zmniejsza ludzkie szczęście oraz dobrobyt - zdarzało się cytować Somalię jako przykład. Znany amerykański ekonomista Peter T. Leeson (znany także z upodobania do intelektualnych prowokacji; zajmował się kiedyś np. badaniem ekonomii wypraw pirackich) napisał nawet artykuł, w którym twierdził, że „chociaż poziom rozwoju pozostaje niski, w prawie 18 kluczowych wskaźnikach, które pozwalają na porównanie poziomu dobrobytu przed upadkiem rządu i po nim, Somalijczykom lepiej się wiedzie w stanie anarchii niż wtedy, kiedy mieli rząd”.

Bez państwa niemożliwe okazują się jednak inwestycje na dużą skalę: można jeszcze zbudować uniwersytet (i uniwersytety powstawały w Somalii w ostatnich latach), ale trudno wybudować drogę. Trudno także zapewnić ład i porządek w kraju - obok telefonu komórkowego i Toyoty Land Cruiser najłatwiej dostrzegalnym w Somalii nowoczesnym gadżetem jest kałasznikow.

Czy Somalijczykom lepiej się żyje bez rządu? Jak każdy eksperyment, który nie jest przeprowadzany w laboratorium, ten także ma swoje ograniczenia: poprzedni rząd był marksistowską dyktaturą i raczej wysysał z kraju pieniądze - koncentrując je w stolicy, Mogadiszu, i kilku większych miastach - niż ułatwiał rozwój. Być może od takiego rządu rzeczywiście lepsza jest anarchia. Dla cierpiącej głód i nędzę większości Somalijczyków to jednak mizerna pociecha.

Adam Leszczyński (ur. 1975) - publicysta, reporter, historyk. Pracuje w ”Gazecie Wyborczej” i Instytucie Studiów Politycznych PAN. Autor m.in. reportażu ”Naznaczeni, Afryka i AIDS” (wyd. 2003).

*korzystałem m.in. z książki Petera D. Little „Somalia: Economy Without State”, The International African Institute, Hargeisa-Oxford-Bloomington 2003

Skomentuj:
NA WŁASNE OCZY: Raj bez państwa? Za to z komórką
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje