I w ciecz się obrócisz. Polski patent na niszczenie danych

Mielimy dysk na strzępy, a potem kąpiel w dwóch roztworach. Zobacz jak magazyn Next zamienia dane w ciecz [WIDEO]

Co pan robi ze swoim starym telefonem? - ni z tego, ni z owego pyta mnie Rafał Iwaniec, informatyk.

- Oddaję do utylizacji.

- A później co się z nim dzieje?

Wzruszam ramionami. Nigdy mnie to szczególnie nie interesowało. Iwaniec mi na to, że większość ludzi o tym nie myśli.
I zaczyna opowiadać. Komórki trafiają do wielkich przedsiębiorstw, które odzyskują cenne metale, takie jak złoto. To opłacalny biznes, bo z tony komórek można uzyskać więcej niż z rudy. Firma Sims Recycling Solutions, jeden z największych na świecie przetwórców elektrośmieci, podaje, że w jednej tonie najlepszej i najrzadszej rudy chowa się maksymalnie 50 gramów złota. A w tonie telefonów komórkowych? Od 100 gramów do 10 kilogramów!
Ale Iwaniec nie po to opowiada o złocie, by przekonywać mnie, że to dobry biznes. Zanim bowiem komórki wpadną w maszynkę do mielenia, leżą sobie na wielkiej górze w magazynie. W podobny sposób kończą twarde dyski i inne nośniki, takie jak pendrive'y.
Dla mnie to zwykła góra elektrośmieci. Dla specjalistów od odzyskiwania danych to wielki skład informacji.

Informacja na ziarnku dysku

Podpis: Fot. Łukasz CichyTytuł: >>Opis: Ta srebrzysta niteczka w fiolce to wiórek o powierzchni ok. 30 mm kw. Może pomieścić do 6 GB danych

Rafał Iwaniec podaje mi srebrną niteczkę, długości kilku centymetrów. Później się dowiem, że to strzępek twardego dysku o powierzchni 30 milimetrów kwadratowych. Ta liczba nie jest przypadkowa - tak drobno trzeba posiekać nośnik, żeby legalnie i zgodnie z ustawą niszczyć dane z klauzulą „tajne”. - A wie pan, ile informacji się na tym mieści? - pyta Iwaniec. - Prawie 6 GB, czyli ponad tysiąc piosenek lub kilka tysięcy plików Worda.

Dlaczego o tym rozmawiamy? Bo Iwaniec dyski twarde nie tylko sieka, ale też... rozpuszcza chemicznie. A zaczęło się dziesięć lat temu od pytania: „Tato, da się to rozpuścić?”.
Iwaniec miał wówczas 25 lat i zapytał o to ojca - Janusza, chemika wojskowego, który jest współautorem m.in. technologii niszczenia bojowych środków trujących i utleniacza paliwa rakietowego. Wspólnie zaczęli eksperymenty.

Talerz dysku składa się z trzech głównych warstw: osłonowej, ferromagnetycznej (to tu są zapisane dane) i nośnej.
Ojciec z synem początkowo chcieli opracować roztwór, który rozpuściłby wszystkie trzy warstwy naraz. - Robiliśmy to metodą chałupniczą, za pomocą środków dostępnych w każdym sklepie chemicznym. Początkowo wydaliśmy na nie jakieś 4 tys. zł. Kombinowaliśmy z różnymi środkami. Nie powiem jakimi - odmawia pan Janusz. - W czasie reakcji wydziela się wodór. Wystarczy iskra. Gdyby ktoś chciał zrobić coś takiego w domu...

Jeden roztwór, który rozpuści cały dysk? To się okazało dość trudne, bo różni producenci używają różnych materiałów.
Bo na przykład warstwę nośną talerza czasem robi się z aluminium, a czasem z cyrkonu. Warstwę osłonową czasem z politetrafluoroetylenu (popularnie zwanego teflonem, choć nie jest to nazwa związku, ale znak towarowy należący do firmy Kinetic Chemicals). Ferromagnetyki też są różne.
Iwańcom udało się opracować dwa roztwory: pierwszy rozpuszczał warstwę nośną, drugi - sam ferromagnetyk i osłonę. Skład jest tajemnicą i nieco się różni w przypadku różnych ferromagnetyków.

Tylko po co rozpuszczać?

Gdy pytam o to Iwańca, dostaję krótki wykład o tym, jak dziś niszczy się dane. Najpopularniejsze są trzy metody. Pierwsza to nadpisywanie - specjalny program zapisuje cały dysk, np. samymi zerami, jedynkami lub przypadkowo. Dane zniszczone w ten sposób najłatwiej odzyskać.

Druga metoda to tzw. degaussing, czyli demagnetyzacja. Specjalne maszyny odbierają dyskowi właściwości ferromagnetyczne, przez co staje się on bezużyteczny. Co mówią o tym specjaliści? - Jeśli degaussera używa się w odpowiedni sposób, to dane znikną na zawsze, a dysk stanie się bezużyteczny - mówi Paweł Odor z firmy Kroll Ontrack specjalizującej się w odzyskiwaniu danych.

Ale wylicza też pewne niebezpieczeństwa. - Im większej pojemności jest dysk, tym silniejszego pola magnetycznego trzeba użyć. W przypadku dzisiejszych dysków jest to 18 tysięcy Gaussów wewnątrz dysku. Degaussery gorszej jakości mogą po jakimś czasie się zużyć i pole magnetyczne osłabnie. A operator nie będzie miał o tym pojęcia. Dlatego sprzęt trzeba regularnie konserwować - mówi Odor.

- A jaką mamy pewność, że firma, która taką usługę świadczy, ma sprawny sprzęt - dodaje retorycznie Iwaniec.
W końcu trzecia metoda to niszczenie fizyczne - właśnie do postaci wiórków.
Branża specjalistów od odzyskiwania informacji przykładów zna wiele. Bez względu na to, czy nośniki są spalone, zalane, pogięte, porysowane, udawało się odzyskać dane. Np. po ataku terrorystycznym na wieże WTC w 2001 r. odzyskano niemal wszystkie dane z najważniejszych komputerów. Kosztowało to 20-30 tys. dol. za dysk. Dużo? Zależy od tego, co tam było ukryte. Podobnie było z katastrofą promu Columbia w 2003 r.
- Dyski, które trafiały do naszej firmy, były w bardzo złym stanie, mimo to i tak udało nam się odzyskać większość danych - dodaje Odor.
Ale czy z takich wiórków rzeczywiście da się coś odzyskać? - Z punktu widzenia fizyki jest to możliwe - przyznaje ekspert z Kroll Ontrack. - Ale środki techniczne i materialne, jakie trzeba byłoby w to włożyć, są praktycznie dla nikogo nieosiągalne i nie przynoszą oczekiwanych rezultatów.

Psychologia niszczenia dysku

Ale i na to firma ma odpowiedź. Technologia czy skład roztworu chemicznego to właściwie sprawa wtórna. Ale w kwestii niszczenia danych najsłabszym ogniwem jest człowiek. Co z tego, że dysk rozpuścimy, jeśli wcześniej ktoś go skopiuje? Dlatego - przekonuje mnie Iwaniec - nie wystarczy użyć degaussera czy niszczarki. Trzeba jeszcze przekonać właściciela danych, że informacje znikły na zawsze.

I dlatego firma BOSSG&EIT+ Technologies (o nazwie za chwilę) dojeżdża do klientów przerobionym na laboratorium peugeotem boxerem. Dyski rozpuszczane są na miejscu. W środku i na zewnątrz auta jest kilkanaście kamer.

- Chodzi o to, żeby cały proces był monitorowany i nagrywany. Dziś klienci mogą go nawet zobaczyć online. Dzięki temu jest pewność, że nikt, nawet nasz pracownik, nie miał dostępu do danych - mówi Paweł Markowski, prezes BOSSG, który jako pierwszy zainwestował w pomysł Iwańców. I ochrzcił ich patent na niszczenie danych nazwą „LiquiData”.

LiquiDATA, czyli technologia niszczenia danych w roztworze chemicznym. Aby zminimalizować ryzyko zniknięcia danych firma dojeżdża do klienta by na jego oczach zniszczyć dane

Do tej pory do wiaderka w peugeocie spłynęło kilka tysięcy dysków, m.in. z Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, Alior Banku, z sądów, szpitali, urzędów i komend policji. Łącznie kilkadziesiąt firm i instytucji. A apetyt spółki rośnie. Jak szacują, w 2016 r. na świecie będzie 125 mln dysków, które powinny być zniszczone - tylko w 2011 r. na świecie sprzedano 375 mln komputerów, a w każdym z nich był przynajmniej jeden dysk. Około 30 proc. z tej liczby zakupiły firmy i instytucje. W Polsce ta liczba dysków też rośnie.

Ile taka usługa kosztuje? To zależy od zamówienia. Od 150 zł przy pojedynczym zamówieniu do kilkunastu złotych przy niszczeniu hurtowym. - Na razie w użyciu jest tylko jeden wóz, który dość dużo pali, więc i zamówienie musi być odpowiednio duże, abyśmy mogli je zrealizować. Ale już pracujemy nad mniejszymi samochodami, które będą mogły przyjechać nawet do osób prywatnych - mówi Markowski.
W sumie firma chce mieć pięć wozów w kraju, głównie w dużych miastach. Dziś mogą rozpuścić w jednym wozie do 500 dysków dziennie.

Typowy polski innowator

Niewiele brakowało, by pomysł Iwańców zakończył karierę już kilka lat temu. Syn nie chciał słyszeć o sprzedaży technologii.
- Mówię mu tak: skład chemiczny jest, sprzęt jest, firma jest... Po co nam inwestor? Sami damy radę - wspomina Iwaniec ojciec.
Nie dali. Przerosły ich koszty. Maszyna do mielenia się przegrzewała, przerób był wolny, a promocji nie było w ogóle. - W tamtym czasie ładowaliśmy cały sprzęt na wóz dostawczy, dojeżdżaliśmy do klienta, wyładowywaliśmy reaktor, robiliśmy swoje i z powrotem na wóz. To było niewygodne - wspominają.
- Rafał był typowym przykładem polskiego innowatora - dodaje Markowski. - Miał świetny pomysł, ale nie chciał się nim dzielić. Aż się przekonał, że dobra realizacja dobrego pomysłu czasem wymaga dużych pieniędzy.
Markowski na AGH zrobił doktorat z ekonomii, prowadził z żoną księgowość dla innych firm, a teraz inwestuje w nowe technologie. W międzyczasie pomysłem zainteresowało się Wrocławski Centrum Badań EIT+, które razem z BOSSG utworzyło spółkę BOSSG&EIT+ Technologies.

Ile w sumie zainwestowano w firmę? O tym nikt nie chce opowiadać. Iwańcowie mają za to nowy roztwór - nie będzie trzeba już kąpać dysków w dwóch roztworach, ale w jednym.
- Składu tej nowej cieczy nie zdradzę, ale powiem panu, że to bardzo prosty związek, do którego odpowiednich proporcji dochodziliśmy latami - mówi mi Janusz Iwaniec. - Do najprostszych rozwiązań dochodzi się najdłużej.