Usłyszeć chmurę

Muzyka z gramofonu przeniosła się na iPoda, a stamtąd do chmury. Choć zjawisko cloud computing nie jest nowe, właśnie na nowo definiuje role w branży muzycznej.

„W ciągu najbliższych dziesięciu lat wszystko, co dotyczy muzyki, wywróci się do góry nogami. Rewolucji nikt nie będzie w stanie powstrzymać. A po niej muzyka będzie jak prąd elektryczny w gniazdku. Albo woda z kranu” - pisał na łamach „New York Timesa” David Bowie.

Porównywał melomanów do turystów, a ich małe iPody do butelek z wodą, zabieranych z domu w podróż do zacofanych krajów. Turyści taszczą te butelki - tłumaczył Bowie - obawiając się o dostępność i bezpieczeństwo miejscowych źródeł. Ale gdy postęp w końcu dotrze do wszystkich zakątków świata, wówczas podobna ostrożność nie będzie potrzebna. Bo każdy zaczerpnie wody z miejscowego wodociągu. Dokładnie tak samo - konkludował Bowie - będzie z muzyką.

Chmura (cloud computing) to rodzaj usługi dającej użytkownikowi możliwość kupienia wybranej treści (lub innej usługi), na przykład oprogramowania, bez potrzeby instalowania go na własnym komputerze. Do zakupionego zasobu, znajdującego się "w chmurach" uzyskuje się dostęp poprzez połączenie się z siecią, z odpowiednimi serwerami, na których żądane aplikacje "czekają" na swojego użytkownika. Wyczerpujący tekst na temat cloud computing można znaleźć w innej części portalu.


Był rok 2002, Apple dopiero pokazało drugi model iPoda, Ameryka jeszcze nie całkiem otrząsnęła się po pęknięciu internetowej bańki. Niewielu potraktowało wówczas serio proroctwo słynnego artysty. A potem... Potem już mało kto zwrócił uwagę, że jego fantastyczna wizja spełnia się niemal co do joty i to w zadanym jej czasie.

Bo czy nie jesteśmy świadkami rewolucji? To, co melomanom z połowy XX wieku kojarzyło się z czarną płytą, pokoleniu lat 60.i 70. z kasetą, a 80. i 90. z płytą kompaktową, dziś kojarzy się głównie ze streamingiem, ciągiem zer i jedynek, które wędrują do głośników przez internetowe łącza. Gdy karty rozdają Apple, Google czy Amazon, siedzące przy tym samym stole wielkie niegdyś wytwórnie - Universal, Warner, Sony oraz EMI - mają w ręku coraz mniej jokerów. Nowa era? Gdy w jedną sprawę z równą determinacją angażują się trzej królowie technologii i internetu, takie myśli narzucają się same. Amazon już w chmurze jest, podobnie jak Google. Apple dopina ostatnie umowy z wytwórniami.

Chmura pełna niespodzianek

Choć każda z trzech wyżej wymienionych spółek jest pionierem w jakiejś dziedzinie, to zalążek muzycznej rewolucji w chmurze dał brytyjsko-szwedzki serwis Spotify.com. To swoista szafa z muzyką (katalog ograniczony do utworów, które Spotify może dystrybuować), do której regularnie zagląda ponad 15 milionów użytkowników. Dzięki Spotify mogą słuchać muzyki bez ściągania jej na komputer. Milion z nich za tę przyjemność płaci gotówką - dostęp premium to koszt rzędu 45 zł, pozostali godzą się na wysłuchiwanie sporadycznych reklam.

W Polsce, niestety, serwis jest niedostępny. Trudno się spodziewać szybkiego debiutu, bo Daniel Ek, prezes i założyciel Spotify wciąż walczy o przekładany od dawna debiut w USA, być może kluczowy- ze względu na nasycenie smartfonami - rynek dla europejskiej firmy.

I tu dotykamy pierwszej, zaskakującej rzeczy w muzycznej chmurze. Patrząc - w pewnym uproszczeniu - na rozwój nowych technologii, dokonywał się on najczęściej w pewnej "pogardzie” wobec prawa. A nowe zasady zwykle ustalały spółki dopiero co debiutujące na rynku. Tu - odwrotnie. To młodziutkie Spotify walczy o licencje od fonografii. A już zasiedziali na rynku gracze, w obu przypadkach giełdowe spółki, weszły w chmurę, nie czekając na zakończenie rozmów z wytwórniami.

Amazon w marcu zaprosił internautów, by „kupowali gdziekolwiek, słuchali gdziekolwiek, ale trzymali swoją muzykę w jednym miejscu” (hasło reklamowe wirtualnego odtwarzacza Cloud Player). Aplikacja pozwala użytkownikom załadować własne utwory do Cloud Drive - czyli po prostu na serwer - a później odtwarzać je na laptopie, smartfonie czy tablecie. A wkrótce także w samochodzie.

W branży muzycznej samowolkę Jeffa Bezosa potępiono. Ale, co znamienne, te same spółki, które ostatnią dekadę naznaczyły procesami (Napster, Kazaa, Grokster, LimeWire, MP3Tunes), Amazona nie ruszyły. A Bezos wyjaśniał, że Cloud Drive jest typowym wirtualnym magazynem danych i nie rożni się zbytnio od Google Docs czy Microsoft SkyDrive. Nie wymaga więc licencjonowania w większym stopniu niż wspomniane serwisy. Jest jak zewnętrzny dysk twardy. A Cloud Player? To jak Windows Media Player - tłumaczył Amazon.
Podobny ruch wykonał Google, otwierając, choć jeszcze nie dla wszystkich, szafę na 20 tys. piosenek.

Dziesięć lat temu Universal doprowadził do bankructwa serwis My.MP3.com. Jego działanie było proste: specjalna aplikacja zgrywała płytę CD do plików mp3 i kopiowała je na serwer portalu, gdzie czekały na właściciela. MP3.com tłumaczyło, że taki plik jest „ekwiwalentem kopii zapasowej” albumu, do której konsument ma pełne prawo. Sąd jednak uznał, że to spółka wykonuje nielegalnie te kopie. I zasądził 53 miliony dolarów kary! Brzmi jak rozwiązanie Amazona? Prawie. Bo w chmurze kopiującym jest użytkownik, a nie dostawca usługi. Nie chodzi więc już o „ekwiwalent kopii zapasowej”, ale o faktyczną kopię zapasową.  
Niespodzianka numer dwa. Gdy ruszył Amazon, a potem Google, wydawało się, że Apple przegrało walkę o pole position w wyścigu o muzyczną chmurę. Dziś, czytając nieoficjalne informacje, że już trzy z czterech wytwórni podpisało umowy z Apple na streaming z chmury, trudno nie odnieść wrażenia, że ruch Amazona i Google'a najbardziej przysłużył się... spółce Steve'a Jobsa. Gdy Apple, najbardziej doświadczony gracz w cyfrowej dystrybucji wejdzie na rynek z pełną ofertą z tzw. mainstreamu (za domenę iCloud Jobs zapłacił 4,5 mln dol.), z chmurą trafi do 150 mln klientów iTunes. Przyzwyczajonych do płacenia za muzykę.

Z loginem w świat


Niezależnie od tego, kto w chmurze postawi na swoim, z punktu widzenia melomana cloud computing ma niezaprzeczalną zaletę. - To klienci powiedzieli nam, że nie chcą już ściągać muzyki na służbowe komputery albo telefony, bo ciągłe przenoszenie plików z urządzenia na urządzenie stało się uciążliwe - mówił na konferencji prasowej Bill Carr, wiceprezydent Amazon do spraw muzyki i filmów. Owe skargi wydają się o tyle wiarygodne, że - cytuję tu ubiegłoroczne badanie Forrester Research - w domach 79 milionów Amerykanów działają co najmniej trzy różne urządzenia komunikujące się z internetem. Bywa, że jest ich dwukrotnie więcej! Z którego najlepiej puścić muzykę na imprezie? Które zabrać na urlop?

Za czasów studenckich na każde wakacje zabierałem ponad setkę płyt CD, z którymi nie potrafiłbym rozstać się na trzy miesiące. Dziś wystarczyłoby mi zapakować login i hasło.  

Z muzyczną chmurą eksperymentują producenci aut - w Hiszpanii wiosną pojawił się nowy model Seata, Ibiza Spotify. Wyjeżdża z salonu wyposażony w mobilny dostęp do zasobów Spotify w wersji premium, czyli wolnej od reklam.

Pojazdy Toyoty w chmurę wprowadza właśnie Microsoft, a nowe modele BMW, Forda i Hyundaia zasysają muzykę bezpośrednio z Pandory. W Stanach Zjednoczonych już dwie trzecie kierowców regularnie słuchających muzyki korzysta na trasie ze streamingu, choćby miało to być puszczanie piosenek z małego głośniczka smartfonu.  

Mobilny streaming staje się codziennością. Powody są liczne: jest tani (albo wręcz darmowy - wtedy płacimy oglądaniem reklam), wszechobecny (Europa ma swoje Spotify, Wielka Brytania - We7, USA cały tuzin serwisów na czele z Rhapsody i Pandorą, a Chiny potężne Xiami.com). Przedstawiciele Pandory, radia-na-żądanie (bo to ty układasz playlistę) chwalili się w marcu, że liczba zarejestrowanych użytkowników przekroczyła 80 milionów. Uzasadniali to właśnie modą na smartfony. W kwietniu tego roku popularność mobilnego streamingu potwierdziły badania amerykańskiej agencji Nielsen, która przepytała 25 tysięcy amatorów muzyki z 52 krajów świata. Okazało się, że odsetek osób korzystających ze streamingów za pośrednictwem urządzenia przenośnego (21 proc. badanych) błyskawicznie dogania ten dotyczący pecetów (26 proc.).

Gdy spytałem studentów kulturoznawstwa na jednej z warszawskich uczelni o ulubiony odtwarzacz muzyczny, odpowiedź była jednogłośna: YouTube. A kto w ciągu ostatniego tygodnia korzystał z CD? Nikt. Młodzi Polacy zamiast szukać nowości w sklepach płytowych, wolą odwiedzić Chomikuj (chomikuj.pl), Wrzutę (wrzuta.pl) czy ShareTheMusic (sharethemusic.pl). Wszystkie trzy są naszymi autorskimi inkarnacjami internetowych dysków. I każdy z serwisów ma wbudowany odtwarzacz muzyczny, więc ich użytkownikom najnowsza usługa Amazon wyda się więc dziwnie znajoma. Tylko w zasobach Chomikuj znajduje się już ponad 500 milionów plików. Zwolennicy odsłuchu mobilnego mają do dyspozycji sieciowe radio Tuba.fm, także w postaci aplikacji na iPhone'a czy Androida. Prócz gotowych kanałów odpowiadających gatunkom muzycznym - rock, pop, eurodisco, gangsta rap, a nawet klezmer czy "po warszawsku” - aplikacja potrafi także dopasować się do indywidualnego gustu (można radio dobrać po wykonawcy, czy to Porcupine Tree czy King Crimson), w czym naśladuje zachodnich potentatów w rodzaju Last.fm czy Pandora.

Dlaczego w ogóle tak chętnie zaglądamy w chmurę? Przede wszystkim ma niezgłębione i dostępne bez wysiłku zasoby. Marek Niedźwiedzki ośmieszyłby się, gdyby, jak za czasów późnej komuny przechwalał się na antenie "Trójki” unikatowymi longplayami wygrzebanymi gdzieś w Australii. Klikam i mam nie tylko nowy półerotyk Rihanny, ale również kultowego chińskiego protest-rapu czy przebojów średniowiecznego chorału. Wszystkim tym łatwo podzielić się z przyjaciółmi. Zazwyczaj wystarczy wysłać im link. Streaming oferuje też muzykę coraz wyższej jakości. Takie serwisy jak Bandcamp oraz SoundCloud już teraz dystrybuują muzykę jakości HD, którą od dźwięków odtwarzanych z płyty CD odróżnią jedynie etatowi pracownicy studiów nagraniowych.

Sumowanie zalet chmury prowadzi do jednego wniosku: będzie puchnąć. Nowojorskie biuro analityczne ABI Research przewiduje, że do 2016 roku z usług cloud music będzie korzystać 161 million osób.

- Według nas rosnąca popularność smartfonów w Chinach czy Indiach sprawi, że liczba użytkowników muzycznych serwisów streamingowych już w ciągu najbliższych czterech lat sięgnie 178 millionów - mówi Next dr Windsor Holden, główny analityk brytyjskiej agencji Juniper Research. - A to przełoży się na rynek. Do połowy dekady wartość usług związanych z muzyczną chmurą sięgnie 5,5 miliarda dolarów - dodaje Holden. Dla porównania w całym 2010 roku globalna sprzedaż muzyki cyfrowej wyniosła 4,6 miliarda dolarów.

Strumień strumieni


Tyle, że prosta chmura nikogo nie zadowoli. - Amazon nie miałby szans na tym rynku, gdyby oferował tylko przestrzeń dyskową, bo jej koszty, a zatem także atrakcyjność, gwałtownie spadają - ocenia w rozmowie z Next Holden.

-  Dlatego w chmurze Amazonu będą się pojawiać dodatkowe usługi, które mają cię do niej przywiązać. Serwis uczy się na przykład twojego gustu. Dzięki temu może cię informować o potencjalnie istotnych dla ciebie premierach. A przy okazji zwiększa własną sprzedaż - dodaje Holden.  

Niektóre z nowinek bez zgody wytwórni się raczej nie obędą. Amazon chciałby na przykład zastąpić wszystkie kopie tego samego utworu - umieszczane w zasobach Cloud Drive przez różnych użytkowników - jednym plikiem, z którego korzystaliby wszyscy zainteresowani. Nie chodzi tylko o oszczędzanie przestrzeni dyskowej (wyobraźcie sobie kilkanaście milionów kopii „Friday” Rebeki Black). Takie rozwiązanie pozwoliłoby użytkownikom dzielić się swoją ulubioną muzyką z przyjaciółmi i zakładać własne radia. Komentować piosenki, oceniać je i dołączać alternatywne teledyski. Ale to wszystko wymagałoby licencji. Chociaż przychody ze streamingu wydają się na razie symboliczne - wartość przeciętnego użytkownika Spotify wynosi około funta rocznie - to w obliczu topniejących przychodów z płyt CD liczyć się będzie każdy, nawet najdrobniejszy strumień pieniędzy.  

Czy chmurę można pożyczyć?


Osobny spór czeka nas w związku ze swobodą, z jaką użytkownicy mają zarządzać swoją „cyfrową skrytką”. Bo czy dostępem do konta będę mógł podzielić się z moim najlepszym przyjacielem - lub własną żoną - tak, jakbym dopuścił go do swojej półki z płytami? A czy ów przyjaciel mógłby sobie skopiować kilka piosenek, tak jakby przegrywał pożyczone CD? To może od razu, za jednym kliknięciem, kolega przekopiuje sobie całą kolekcję do własnej skrytki? Problem jest tym poważniejszy, że w kluczowym dla branży amerykańskim systemie prawnym nie występuje ani słowo „download”, ani tym bardziej „streaming”.

- Potrzeba było decyzji Sądu Najwyższego, aby nagrywanie programów na kasety wideo uznano za prawnie dozwolone. Legalność zdalnego przechowywania plików może się nam wydawać czymś oczywistym, ale i i tym razem naszą intuicję będą musiały potwierdzić zapewne ciężkie przeprawy sądowe - mówi magazynowi Next Denise Howell, kalifornijska adwokatka wyspecjalizowana w prawie autorskim oraz gospodarz telewizyjnego programu „The Week in Law”. -  A na razie trzeba się będzie pilnować. Jeśli przykładowo udostępnisz osobie postronnej login i hasło do Cloud Drive, w najlepszym przypadku stracisz dostęp do konta. A w najgorszym będziesz ścigany za naruszenie praw autorskich, tak jakbyś załadował zawartość swojego iPoda do sieci p2p. Jeśli wytwórnie autoryzują usługi typu cloud service, być może wolno nam będzie pożyczać muzykę. Tak samo, jak można już dzielić się e-bookami Kindle. Na razie jednak branża muzyczna utrzymuje, że takie działania naruszają ich prawa - dodaje Howell.

Czy ich zdanie podzielą sądy? Nie wiadomo. Za to wiadomo, że chmura już naruszyła wygodne dla wytwórni status quo, gdy to one sterowały artystycznymi debiutantami. Te czasy pożegnaliśmy jednak mniej więcej na wysokości spektakularnego triumfu Arctic Monkeys: grupy, która sukces osiągnęła przy pomocy kilku utworów wrzuconych na profil MySpace. Dziś tylko kilka kliknięć dzieli nas od pustynnego bluesa z Mali (znakomity Tamikrest), hiphopowego szlagieru z Japonii (Tamaki Roy rapuje tak świetnie, że nie trzeba nawet rozumieć, o czym) albo futurystycznego R&B z Toronto (tajemniczy sypialniany piosenkarz The Weeknd).  

Wśród rekomendowanych artystów w takich agregatorach opinii jak Metacritic czy HypeMachine coraz rzadziej widać twarze z czołówki Billboardu. A coraz częściej domowych producentów, którzy nie doczekali się jeszcze oficjalnej dystrybucji swoich nagrań. Doskonale egalitarna, utopijna demokracja? Hippisi byliby zachwyceni.

Aby spełniło się milenijne proroctwo Bowiego - mówili nieliczni, którzy potraktowali je serio - potrzeba spełnienia trzech warunków. Powszechna komunikacja bezprzewodowa. Tani i szybki dostęp urządzeń mobilnych do internetu. I w końcu powszechny dostęp do wirtualnych nośników pamięci, cyfrowych skrytek, z każdego miejsca na świecie.

Wszystko się zgadza? W takim razie do usłyszenia w chmurze.

 

Czy muzyka grana z chmury zmieni branżę fonograficzną, słuchaczy, artystów? Podyskutuj: facebook.com/madrzejszy.swiat

Dowiedz się także co nowego ogłosi dziś Apple - poznaj iCloud.

Mariusz Herma - dziennikarz "Przekroju", współpracownik "Machiny" i autor bloga muzycznego ziemianiczyja.pl. A hobbystycznie także poświęconego chmurom - tym razem analogowym - fotobloga cloudynow.tumblr.com

Więcej o: