Robotny ten nowy doktor

Na sale operacyjne wkroczyły roboty, a w leczeniu coraz ważniejsze stają się komputery. Ma być szybciej, taniej i wygodniej dla pacjentów. W Polsce jednak na medyczne roboty brakuje pieniędzy, a telemedycyna nie wychodzi poza fazę pilotażowych projektów

Kowalski rozsiada się w swoim ulubionym fotelu. Popija poranną kawę i przegląda gazetę, a w tym czasie wyposażony w czujniki mebel zbiera informacje o jego zdrowiu. W kuchni komputer pieczołowicie analizuje dane. Po chwili na tarczy zegarka Kowalskiego wyświetla się szczegółowy plan dnia: dieta, ćwiczenia. Ich wpływ na zdrowie Kowalskiego będzie w ciągu dnia sprawdzała koszulka. Wystarczy, by Kowalski wypełnił zalecenia komputerów, a uniknie chorób cywilizacyjnych.

Taką wizję 2050 r. roztacza w książce „Medycyna przyszłości” Alexandra Wyke, dziennikarka brytyjskiego tygodnika „The Economist”. Nowoczesna technika medyczna ma nam przedłużyć życie o 10-20 lat. Fantastyka naukowa? - Niekoniecznie! - przekonuje dr Zbigniew Nawrat, kierownik pracowni biocybernetyki w zabrzańskiej Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii. - Już dziś wiele analiz medycznych robimy na odległość. Kto wie, jakie rozwiązania będą możliwe za kilkadziesiąt lat. Przecież teraz nawet operacje jesteśmy już w stanie wykonywać z innego miasta.

Optymizm dr. Nawrata wynika z grudniowego zabiegu przy użyciu skonstruowanego w Zabrzu robota Robin Hearth. Naukowcy z fundacji od dziesięciu lat pracują nad polskim robotem, który może m.in. zakładać by-passy, operować zastawki i naczynia krwionośne. W zeszłym roku przeprowadzili zabieg na świńskim sercu. Za konsolą sterującą robotem zasiadła w Zabrzu chirurg Joanna Śliwka, robot operował w Katowicach.

- To nasza przyszłość - podkreśla dr Nawrat. - Oczywiście operacje przy użyciu robota nie zastąpią klasycznych. To będzie alternatywa np. w sytuacjach, gdy trudno o dostęp do specjalisty, bo najbliższy jest w ośrodku oddalonym o wiele kilometrów. Poza tym nie wszystkie zabiegi da się wykonać z robotem. Wiele jest dla niego zbyt rozległych i skomplikowanych.

Joanna Śliwka zapewnia, że operacja na odległość będzie bezpieczna dla pacjenta. - Przez cały zabieg będzie nad nim czuwał chirurg obecny na sali operacyjnej. Nawet gdyby zdarzyła się awaria sprzętu, lekarz szybko opanuje sytuację - podkreśla. - Nie ma powodów, by obawiać się robotów w chirurgii. To tylko narzędzia. Operacje nadal przeprowadzają ludzie i to oni są za nie odpowiedzialni. Roboty natomiast eliminują większość błędów, np. drgnięcie ręki chirurga.

Na razie Robin Hearth jest testowany tylko na zwierzętach. Dr Nawrat liczy na to, że pierwsze zabiegi na pacjentach uda się przeprowadzić w tym roku, ale wszystko zależy od tego, czy fundacja zdobędzie pieniądze. Na konstruowanie robotów nie ma finansowania z NFZ. Naukowcy muszą liczyć na ministerialne granty i sponsorów.

Spacer po żyłach jak po budynku

Z pieniędzmi na operacje problem ma też prof. Wojciech Witkiewicz, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu. To tu działa kupiony w ub.r. jedyny w Polsce robot Da Vinci. Nasi sąsiedzi, Czesi, mają w swoich szpitalach już dziewięć takich robotów.

Profesor nie może nachwalić się Da Vinciego. - Za pomocą konsoli chirurg bardzo precyzyjnie steruje narzędziami zamontowanymi na platformie robota. Każdy swój ruch lekarz obserwuje na dziesięciokrotnie powiększonym trójwymiarowym obrazie - opowiada.

Asystujący przy zabiegach lekarze o Da Vincim mówią, że daje poczucie, jakby dzięki niemu weszło się we wnętrze człowieka. Idealnie widać żyły, tętnice, nerwy. - Zupełnie jak w telewizyjnym filmie edukacyjnym „Było sobie życie”, w którym krwinki oprowadzały nas po żyłach jak po budynku - śmieją się.

Jakub Turek, kierownik bloku operacyjnego, podkreśla, że dzięki Da Vinci pacjent wraca szybciej do zdrowia. - Utrata krwi w czasie operacji jest dużo mniejsza: w przypadku klasycznej prostatektomii średnio dwa litry, z robotem tylko około 100 ml. Minimalne są też nacięcia jamy brzusznej, a więc i mniejszy jest uraz pooperacyjny. Zamiast kilkunastocentymetrowego nacięcia są trzy, cztery otwory o średnicy od 8 do 12 mm. Pacjent może wstać z łóżka niemal zaraz po zabiegu, a w wielu przypadkach już na drugi dzień iść do domu.

Mimo tak dobrych efektów operacji z Da Vinci prof. Witkiewicz musi łamać sobie głowę, skąd brać pieniądze na zabiegi. NFZ płacić nie chce, bo to nowinka i nie ma procedur. Na razie dyrektor zabiega więc o granty naukowe i szuka sponsorów. Prywatnie pacjentów przyjmować nie może, mimo że ustawiałyby się do niego kolejki - zabraniają tego przepisy o publicznych szpitalach. Profesor stara się też przekonać NFZ, że zabiegi refundować warto, bo mimo że są drogie, to jednak w ogólnym rozrachunku się opłacają.

- Gdy przeliczy się koszty krótszej hospitalizacji, mniejsze zużycie leków po operacji, szybszy powrót do pracy itd., to globalne koszty zabiegu są mniejsze niż w przypadku klasycznej operacji - zaznacza.

Telerehabilitacja zamiast kolejki

Specjalizujący się w biocybernetyce i inżynierii biomedycznej prof. Ryszard Tadeusiewicz z AGH jest sceptyczny, czy w najbliższej przyszłości uda się w ogóle załatwić finansowanie robotów chirurgicznych z publicznych pieniędzy.

- Większość szpitali czeka na te roboty z utęsknieniem, ale to spore inwestycje. Najpierw duży wydatek na ich zakup, a potem nakłady na materiały, które wykorzystuje się w czasie operacji, a niestety większości można użyć tylko raz albo kilka razy. A nasza służba zdrowia jaka jest, każdy widzi. Brakuje nam pieniędzy na wiele rzeczy. Myślę, że zanim roboty staną się powszechne na polskich salach operacyjnych, upłynie wiele lat.

Prawdopodobieństwo „medycznego fotela” w polskim domu, który za czterdzieści lat ma nas badać i leczyć, to jednak bardziej kwestia telemedycyny niż chirurgicznych robotów. A ta, jak podkreśla dr Wojciech Glinkowski, prezes Polskiego Towarzystwa Telemedycyny, rozwija się w wielu miejscach Polski. - Godzinami mógłbym opowiadać o projektach, które są realizowane w całym kraju. Pacjenci są konsultowani na odległość, a lekarze poprzez różne platformy internetowe wymieniają się doświadczeniami i dzielą uwagami na temat konkretnego przypadku choroby. Same korzyści - zachwala.

Dr Glinkowski sam prowadzi teraz międzynarodowy projekt telerehabilitacji pacjentów ze zwyrodnieniem stawów biodrowych i kolanowych i po zabiegach wszczepienia endoprotezy. Do tej pory skorzystało z niego prawie 70 osób, które zamiast przychodzić na rehabilitację do szpitala czy przychodni, włączają komputer, logują się w sieci, a potem wykonują ćwiczenia, które na dziś zalecił im rehabilitant. Do każdego mają opis i filmik. Jeśli czegoś nie zrozumieją, dzwonią do lekarza albo włączają wideokonferencję i ćwiczą pod jego okiem.

- Nie muszą tracić czasu na dojazdy, czekać na wizytę, ćwiczą w domu, gdzie czują się komfortowo, a rehabilitant może jednocześnie zajmować się kilkoma osobami - mówi dr Glinkowski.

Strach napędza teleEKG

Jednym z najbardziej chwalonych polskich projektów telemedycznych jest Ogólnopolska Sieć Telerehabilitacji Słuchowej. Od 2009 r. rozwija ją Instytut Patologii Słuchu w Kajetanach pod Warszawą. Sieć skupia 20 ośrodków w kraju i jeden zagraniczny - w ukraińskiej Odessie. Pacjenci po wszczepieniu implantu ślimakowego w placówce współpracującej z instytutem są łączeni z multimedialnym studiem wideokonferencyjnym w Kajetanach. Lekarze z ośrodka przeprowadzają wszystkie pomiary i badania, a inżynier kliniczny w Kajetanach przeprogramowuje implant pacjenta na podstawie wyników.

- Nasi pacjenci to głównie małe dzieci. Długa podróż i nowe miejsce są dla nich stresujące, a to wpływa na dopasowywanie implantu. Poza tym rodzice nie muszą już brać wolnego dnia, by poświęcić go na wyprawę pod Warszawę - podkreśla prof. Henryk Skarżyński, dyrektor instytutu.

Możliwościami telemedycyny zachłysnęła się też dr Maria Bujnowska-Fedak z Katedry i Zakładu Medycyny Rodzinnej Akademii Medycznej we Wrocławiu. Sama także brała i bierze udział w projektach telemedycznych, ale przyznaje, że jej zapał nieco ostygł. - Bo to wszystko, co dzieje się w naszym kraju, to projekty na zasadzie pilotażowej, realizowane dzięki dobrej woli lekarzy pasjonatów poświęcających swój wolny czas. Skończą się pieniądze z jakiegoś dofinansowania i skończy się też projekt. Poza tym u nas dobrze rozwijają się tylko telepatologia i teleradiologia, a komercyjnie teleEKG.

Dr Bujnowska-Fedak tłumaczy, że w przypadku teleEKG decyduje strach pacjentów. Boją się o swoje życie, więc są skłonni płacić prywatnym firmom za systemy, które monitorują ich stan, a w razie potrzeby alarmują lekarzy i rodzinę, że potrzebna jest im pomoc. - A telepatologia i teleradiologia rozwijają się, bo nie zależą od tego, czy pacjent zechce z nich korzystać, czy nie. Diagnostyka na odległość jest po prostu wygodniejsza dla lekarzy.

Pacjenci się lenią, lekarze się cenią

Dr Bujnowska-Fedak sądzi też, że prawdziwą barierą w rozwoju telemedycyny nie jest strach przez nowymi technologiami - w końcu telefon komórkowy ma prawie każdy, nawet ci starsi - ale lenistwo.

- Prowadzimy projekt telediabetologiczny. Pacjenci z cukrzycą dostają glukometry, które przekazują wyniki ich pomiarów przez podczerwień lub blue-tooth na telefon komórkowy albo komputer, a następnie pacjenci przesyłają je lekarzom. Dzięki temu są regularnie badani. Problem w tym, że wielu pacjentów nie chce takich rozwiązań, bo wymagałoby to od nich regularnych pomiarów.

A lekarze?

- Wielu podchodzi do takich rozwiązań z pewną rezerwą, bo oznaczają zmianę modelu ich pracy i dodatkowe obowiązki. Trudno się dziwić, że gdy słyszą o nowych technologiach w komunikacji z pacjentami, które będą wymagać od nich większego zaangażowania, nierzadko pojawia się kwestia dodatkowego wynagrodzenia - tłumaczy Agnieszka Pioruńska z firmy Alcatel Lucent, która stworzyła m.in. w Kanadzie system pozwalający zdalnie wykonywać kilka podstawowych badań lekarskich, analizowanych następnie przez lekarzy w centrum, co którego spływają wyniki. System pomógł w profilaktyce powikłań, ograniczając też wydatki pacjentów.

Na razie w Polsce i tak lekarz nie może postawić diagnozy dzięki telemedycynie.

- Ustawa o zawodzie lekarza stanowi, że lekarz może wydać opinię o pacjencie tylko po osobistym zbadaniu go. To paradoks, bo dzięki telemedycynie lekarz ma częstszy kontakt z pacjentem. Komputer nie oddala więc, lecz zbliża, i pacjent ma większe poczucie, że jest otoczony opieką lekarską - uważa dr Bujnowska-Fedak.

 

Podyskutuj o technologiach w medycynie: facebook.com/madrzejszy.swiat

Więcej o: