Czy cyberbezpieczeństwo to tylko łaty, zapory i antywirusy?

Ochrona największych państw i największych firm przed atakami internetowych przestępców i terrorystów nie będzie się sprowadzać do pasywnej ochrony i pokojowego patrolowania swoich internetowych włości. Najlepszą obroną jest atak. Amerykanie otwarcie rozważają działania na granicy prawa.

Czy mamy cyberwojnę, czy nie, USA i inne sieciowe potęgi coraz agresywniej przeciwdziałają internetowym zagrożeniom. I bardzo chętnie - w realu.

Przedstawiciele Pentagonu podkreślali w tym miesiącu, że Ameryka gotowa jest użyć siły militarnej w odpowiedzi na ataki cybernetyczne. Innymi słowy, przeciwnikiem dla inteligentnego hakera, który zechce zadrzeć z Wujem Samem, może być inteligentna bomba. Bardziej lub mniej inteligentnie odpalona.

Czy administracja Baracka Obamy blefuje? Skądże znowu!

Profesor prawa na Uniwersytecie Illinois Jay P. Kesan na łamach Harvard Journal of Law and Technology wyjaśnia, że aktywna amerykańska polityka ochrony przed internetowymi atakami jest po prostu konieczna.

- Szczególnie ważne jest, by chronić krytyczną infrastrukturę, taką jak systemy bankowe, dostawy energii i wody, systemy ratownictwa - tłumaczy profesor.

Zdaniem naukowca, prawo nie oferuje w tej chwili narzędzi pozwalających skutecznie ścigać cyberterrorystów i cyberprzestępców. A zatem - należy to robić poza prawem, a jakieś prawnicze uzasadnienie uda się znaleźć.

- Zasadę ochronnych kontrataków można prawnie uzasadnić na gruncie różnych krajowych i międzynarodowych regulacji - mówi prof. Kesan. - Tym bardziej, że ataki cybernetyczne różnią się od pospolitych przestępstw, bo osoba ich dokonująca może być fizycznie bardzo daleko i utrudniać zastosowanie tradycyjnych, uświęconych prawem środków zapobiegawczych - dodaje.

Cyberbezpieczeństwo nie może, jego zdaniem, polegać wyłącznie na stosowaniu odpowiednich firewalli, programów antywirusowych i łataniu oprogramowania. Trzeba wyśledzić agresora i uderzyć go tak, żeby poczuł. Prof. Kesan rozróżnia dwa rodzaje kontrataków: takie, które mają minimalizować straty (np. przerwać wrogie działania), oraz po prostu - zemstę, która może posłużyć jako odstraszający przykład dla innych śmiałków.

Zapewne do działań minimalizujących straty twardogłowi obrońcy internetu chętnie zaliczą ataki wyprzedzające poważniejsze działania przeciwnika. Np. zlikwidowanie wroga, zanim wpuszczony do sieci trojan zaczął w ogóle szkodzić.

Czy razem z wrogim hakerem w powietrze wyleci pół dzielnicy?

- Żyjemy w szczególnie ciekawych czasach, gdy coraz szybciej rozwijają się technologie pozwalające na wyśledzenie intruzów - podkreśla profesor. - Szybkość działania tych technologii też się poprawia, a to już powinno odstraszać potencjalnych agresorów.

Profesor przyznaje, że ochrona sieci w myśl zasady „najlepszą obroną jest atak” jest dość kontrowersyjna. Spodziewa się też wypadków wynikających z nieudolności i błędów obrońców amerykańskiej cyberprzestrzeni.

- Tego rodzaju zaangażowanie pociągnie za sobą konsekwencje, a nie chcemy podejmować działań, które zostaną uznane za bezprawne, albo spowodują straty cywilne. Przecież żadna technologia nie jest odporna na ludzką głupotę - dodaje.

Podkreśla jednak, że - przy zachowaniu dobrych praktyk, ostrożności i poszanowania dla osób trzecich - atakować trzeba, bo Internet jest dziś doskonałym celem dla wrogów Ameryki.

- Gdyby im się udało nas dotkliwie uderzyć, może to mieć poważne konsekwencje gospodarcze. Zanim zmierzymy się z następstwami takiego ataku, lepiej się przygotować do jego odparcia - nawołuje amerykański prawnik.

Ktoś właśnie popełnia przestępstwo w sieci. Wiesz coś o tym? ROZWIĄŻ QUIZ!

Ostatnio obserwujemy nasilenie ataków na strony internetowe instytucji i rządów. Atakowana była min. CIA. Podejrzewa się, że atak na pocztę Gmail, którego ofiarami padli przede wszystkim pracownicy administracji USA, chińscy dysydenci i dziennikarze, został przeprowadzony z Chin.

- Nie ma żadnej wojny cybernetycznej między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Oba kraje są obiektem ataków cybernetycznych, ale za tymi atakami nie stoją rządy - oświadczył w zeszłym tygodniu chiński wiceminister spraw zagranicznych Cui Tiankai.

Więcej o: