'To Słońce steruje klimatem', a 'lodu na Antarktydzie przybywa'. Pięć mitów o globalnym ociepleniu w ocenie eksperta

Dziś w Warszawie według prognoz synoptyków ma być nawet 21 stopni Celsjusza. To temperatura rzadko spotykana na przełomie października i listopada. Czy to dowód na zmiany klimatu? Dowodów jest znacznie więcej i są dużo poważniejsze. Ale wokół tematu globalnego ocieplenia i zmian klimatycznych ogółem narosło wiele mitów. Mimo że zdecydowana większość naukowców i ekspertów jest przekonana, że temperatury na świecie rosną i za ten wzrost odpowiedzialny jest człowiek, sceptycy przywołują argumenty, które mają świadczyć przeciwko tej tezie. Oto kilka najpopularniejszych z nich wraz z komentarzem eksperta klimatologa.
Wulkan Wulkan fot. Shutterstock

"Wulkany emitują więcej CO2 niż człowiek, a ludzie nie mają istotnego wpływu na stężenie CO2 w atmosferze"

Jednym z najbardziej popularnych mitów dotyczących globalnego ocieplenia jest ten, że więcej dwutlenku węgla niż my emitują na przykład wulkany. Tymczasem obecnie wulkany emitują stosunkowo niewielkie ilości CO2. Według badań z ostatnich lat jest to od 300 mln ton do 600 mln ton rocznie, czyli od jednego do kilku procent tego, ile wytwarzają ludzie (emisje ze strony człowieka to ponad 30 mld ton CO2 na rok, m.in. ze spalania węgla i innych paliw kopalnych). Na przykład jedne z większych w ostatnich latach erupcji wulkanów, Góra Świętej Heleny w USA z 1980 r. i Pinatubo na Filipinach w 1991 uwolniły do atmosfery mniej więcej tyle CO2, ile ludzie wytwarzają w czasie około dziewięciu godzin.

Z tym wiąże się pojawiający się też często wśród sceptyków argument, że mimo wszystko ludzie nie mają istotnego wpływu na stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze i więcej CO2 emitują oceany. Naukowcy przypominają, że w naturalnym cyklu krążenia węgla w przyrodzie dwutlenek węgla, ten emitowany w wyniku rozkładu materii organicznej, oddychania zwierząt czy przez oceany jest równoważony przez pochłaniany przez znowu rośliny i oceany. Ludzie od czasu epoki przemysłowej tę równowagę zaburzyli. Dowodem na to jest m.in. to, że rośnie w atmosferze izotop węgla 12C, a spada 13C - paliwa kopalne mają proporcjonalnie więcej izotopu 12C względem 13C niż materia nieożywiona. Dwutlenek węgla ze spalania paliw kopalnych to około 5 proc. emisji ze źródeł naturalnych, ale te 5 proc. nie jest równoważone, jak to ma miejsce w naturze, więc kumuluje się w atmosferze. Zatem zgodnie z licznymi badaniami, których wyniki publikowane są w czasopismach naukowych, to człowiek odpowiada za większość wzrostu globalnej temperatury.

Prof. Maciej Sadowski, klimatolog: Wulkany emitują około 2 proc. CO2, który człowiek wytwarza - to są marginalne ilości, na pewno nie takie, które mogą konkurować z tym, co wyemituje człowiek. Wulkany więcej niż dwutlenku węgla emitują substancji chłodzących - aerozolu siarkowego i pyłów, choć  krótko przebywają one  w atmosferze, więc ich działanie ochładzające jest krótkotrwałe, przy dużych erupcjach krążą przez rok czy dwa. Cząsteczki dwutlenku węgla mogą przebywać w atmosferze do 120 lat i w tym czasie ją podgrzewać. Z kolei gazy przemysłowe emitowane przez człowieka mają czas "życia" liczony w tysiącach lat i bardzo silnie wpływają na ocieplenie.

Także za metan, emitowany do atmosfery który znacznie silniej  wpływa na ocieplenie niż dwutlenek węgla w części odpowiedzialny jest człowiek - na przykład poprzez emisje metanu z kopalń czy z pól naftowych i gazowych. Ociepleniu sprzyja topienie się wiecznej zmarzliny, co uwalnia ten gaz.

Klimat jest bardzo wrażliwy na zmiany ilości CO2 w atmosferze Klimat jest bardzo wrażliwy na zmiany ilości CO2 w atmosferze fot. Shutterstock

"Kiedyś klimat też się zmieniał, a nie było przemysłu. Na przykład w średniowieczu było bardzo ciepło, a potem nastąpiła mała epoka lodowcowa."

To prawda, że w średniowieczu było cieplej niż obecnie - ale tylko w niektórych częściach świata. Teraz obserwujemy wzrost temperatury na całej Ziemi. Są analizy, które pokazują, że w ciągu minionych dwóch tysiącleci okresy ocieplenia czy ochłodzenia nigdy nie występowały w skali globalnej. Tego, co dzieje się teraz, nie można zatem wytłumaczyć naturalną zmiennością klimatyczną. Klimat jest bardzo wrażliwy na zmiany ilości CO2 w atmosferze. A teraz to ludzie w największym stopniu wpływają na wzrost emisji tego gazu.

Prof. Maciej Sadowski: W średniowieczu ocieplenie nie było porównywalne do obecnego, były to sprzyjające warunki do eksploracji, do rozwoju. Natomiast nie były to warunki skrajne, tak jak obecnie. Niektóre ocieplenia w przeszłości geologicznej były większe niż teraz, ale od czasu istnienia i działalności człowieka tak dużego wzrostu temperatury nie było. Warto zaznaczyć, że my uczestniczymy w tym ociepleniu, które ma miejsce teraz, mniej więcej w 50 proc., pozostałe 50 proc. to czynniki naturalne. Nie można więc powiedzieć, że wszystko jest winą człowieka, ale myśmy się dołożyli do tego i to przez nas temperatura tak szybko rośnie, te zmiany idą szybciej niż w przeszłości."

Słońce Słońce fot. Shutterstock

"To Słońce wpływa na klimat - kiedy rośnie jego aktywność, rosną temperatury na Ziemi, a teraz czeka nas epoka lodowcowa, nie ocieplenie".

Aktywność Słońca może wpływać na klimat w dwojaki sposób - chłodzący lub ocieplający. Ale w ostatnich kilkudziesięciu latach ta aktywność spadała, co wskazuje, że gdyby to wyłącznie Słońce decydowało, to mielibyśmy teraz ochłodzenie. Przez ponad 1000 lat zmiany temperatury podążały za aktywnością Słońca. Zmieniło się to w latach 60. ubiegłego wieku, od tego czasu aktywność Słońca spada, a temperatura na Ziemi rośnie. Nawet gdyby Słońce wróciło do niższej aktywności z okresu tzw. Małej Epoki Lodowcowej w XVII wieku, to jego wpływ na temperaturę na Ziemi były bardzo niewielki w porównaniu z gazami cieplarnianymi emitowanymi przez ludzi.

Prof. Maciej Sadowski: Takiego trendu rosnącego temperatury, jaki jest w tej chwili, nie da się usprawiedliwić wzrostem intensywności promieniowania słonecznego, po prostu takiego wzrostu nie ma. Przed działalnością człowieka wymiana promieniowania słonecznego, czyli jego przyjmowanie, a nocą oddawanie z atmosfery, była zbilansowana. My, tworząc czapkę gazów wokół Ziemi, to uniemożliwiamy.

Na Antarktydzie więcej lodu się topi, niż go przyrasta Na Antarktydzie więcej lodu się topi, niż go przyrasta fot. Shutterstock

"W jednych miejscach lód topnieje, ale w innych - na Antarktydzie - go przybywa."

Ilość lodu na Antarktydzie rośnie - ale tylko lodu morskiego i na pewnych obszarach. W dodatku za sprawą ocieplenia. Lód na lądzie i szelfie, który pokrywa te tereny grubą warstwą, topnieje. Z kolei lód morski pokrywa ocean cienką warstwą, która pojawia się zimą i topnieje latem. Ocieplenie Oceanu Południowego zaburzyło naturalne cykle, rosną opady na tym obszarze i ta słodka woda łatwiej zamarza, co powoduje, że tego morskiego lodu jest więcej. Z drugiej strony, cieplejsza woda w oceanie przyspiesza topnienie lodowców szelfowych na Antarktydzie.

Prof. Maciej Sadowski: Lądolód Antarktydy opiera się o lód szelfowy, który mu nie pozwala spłynąć do wody. Problem polega na tym, że tenże lód szelfowy topi się "od dołu", od cieplejszej wody morskiej. To zjawisko można obserwować głównie na zachodnim wybrzeżu Antarktydy, na wschodzie tego jest mniej. On oczywiście może narastać tam, gdzie opad śniegu jest szybszy niż odpływ do oceanu. Bilans jest jednak taki, że więcej lodu się topi na Antarktydzie, niż go przyrasta. Nie jest tak, że ten lądolód szybko się roztopi - to wielka masa, która odbija promieniowanie słoneczne i wolniej się nagrzewa. Na Grenlandii lód zaczął się mocno topić dopiero wtedy, kiedy w wyniku ocieplenia pojawiła się naga gleba, która zaczęła ocieplać ten lądolód "z boku". Na Grenlandii stopnienie to jest kwestia setek lat, w przypadku Antarktydy chodzi o tysiące lat.

Gwałtowne ulewy będą coraz częstsze Gwałtowne ulewy będą coraz częstsze fot. Stefan Brajter/Agencja Gazeta

"Jeśli temperatura wzrośnie o 1,5 czy 2 stopnie Celsjusza, to nic wielkiego się nie stanie, będziemy mieć trochę inne rośliny i po prostu cieplejsze lata, przystosujemy się."

Prof. Maciej Sadowski: Ochłodzenie o 2,5 stopnia w skali globalnej spowodowało ostatnią epokę lodową na półkuli północnej, kiedy lądolód przykrył Polskę. Więc to nie jest tak, że wzrost temperatury o 1,5 stopnia będzie dla nas neutralny, to jest bardzo dużo. Na pewno będzie najsilniejszy na półkuli północnej, w rejonach polarnych, gdzie lód się topi i znika zupełnie.

Już pojawiają się związane z tym tarcia polityczne z tym związane - topiący się lód odsłania nowe łowiska, obszary, na których można wydobywać gaz, czy przejście północne dla statków. Z powodu ocieplenia grożą nam częstsze susze przerywanych ulewami, które z kolei będą wywoływać powodzie, zwłaszcza na półkuli północnej. Brak wody wpłynie nie tylko na rolnictwo, ale także na problemy w energetyce. To oznacza też migracje z obszarów, w których susze uniemożliwiają wykarmienie ludności, czyli głównie z południa. Nie wspominając już o negatywnym wpływie na przyrodę, na przykład bardzo wrażliwą na takie zmiany rafę koralową. Klimat jest silnie powiązany, że wszystkimi innymi elementami naszego życia.

W Polsce od lat 80tych. temperatura wzrosła o około 0,7-0,8 stopnia i będzie rosła dalej. Oczywiście ani za 10 ani za 20 lat nie będzie to jeszcze taki wzrost, żeby stanowił katastrofę. Mamy pewną elastyczność, choć już widać, że rodzą się problemy. Takie upalne i suche lata, jak mieliśmy ostatnio, będą się powtarzać częściej. Wyraźna zmiana klimatu nastąpi w drugiej połowie tego wieku, jeśli nic się nie zmieni. Inna sprawa, czy jesteśmy w stanie coś zrobić. Ja nie jestem do końca przekonany, że tak. Obserwując ten proces od początku, czyli od lat 80., widzę, że nie ma praktycznie żadnego postępu. Jest problem z wolą polityczną, bo efekty działań będą widoczne za 10-20 lat, mało który polityk patrzy tak daleko. Nie mówiąc już o tym, że niektóre z tych działań są bardzo kosztowne."

Wyjaśnienie wielu innych mitów dotyczących zmian klimatu można znaleźć na stronie http://naukaoklimacie.pl

Więcej o: