Elon Musk musi rozwiązać kolejny problem - tym razem chodzi o kosmiczną misję SpaceX

Elon Musk chce zbudować wielką rakietę, którą ludzie polecą na Marsa. Pieniądze potrzebne do jej budowy ma przynieść projekt Starlink - sieć kilku tysięcy satelitów rozsiewających internet do praktycznie każdego miejsca na Ziemi.

W Redmond koło Seattle, przy granicy z Kanadą, gdzie znajduje się oddział SpaceX pracujący nad projektem Starlink, jest teraz bardzo nerwowo. Inżynierowie dwoją się i troją, by dopracować w ostatnich szczegółach projekt wystrzelenia aż 4425 satelitów na niską orbitę okołoziemską - dość powiedzieć, że to ponad dwa razy więcej niż teraz jest tam wszystkich działających satelitów.

Kluczowy projekt SpaceX

Oryginalny program jest już w fazie realizacji. W lutym rakieta Falcon 9 wystrzeliła dwa ważące po 400 kg satelity telekomunikacyjne, które służą do testowania pracy nowej sieci. A pod koniec marca Amerykańska Federalna Komisja Łączności (FCC) wydała w czwartek formalną zgodę na budowę przez spółkę SpaceX Elona Muska globalnej sieci rozsiewającej internet.

W ośrodku SpaceX w Redmond jest ponoć trochę tak jak w Tesli, kiedy robiono niemal wszystko, co jest możliwe (łącznie z uruchomieniem dodatkowej linii technologicznej w tymczasowej hali przypominającej namiot), by zwiększyć produkcję Modelu 3. Musk naciskał na terminy i przyspieszenie prac, zwalniał menadżerów, był bezwzględny. Podobnie zachowuje się w Redmond.

Twórcy Tesli i SpaceX ogromnie bowiem zależy na przyspieszeniu budowy sieci Starlink. Chce, by zaczęła działać w połowie 2020 roku – szybciej niż konkurencyjne rozwiązania amerykańskiej firmy OneWeb oraz kanadyjskiego Telesatu.

Zwolnienia w Redmond 

Naprawdę gorąco zrobiło się w oddziale SpaceX zajmującym się projektem Starlink w czerwcu. Wtedy w Redmond wylądował Elon Musk. I, jak napisał Reuters, w ciągu kilku godzin zwolnił co najmniej siedmiu menedżerów. Wśród zwolnionych znaleźli się m.in. Rajeev Badyal, wiceprezydent SpaceX ds. satelitów, oraz Mark Krebs, główny projektant – wcześniej pracowali między innymi dla Microsoftu i Google. Musk zastąpił ich osobami z centrali SpaceX w Kalifornii.

Wykwalifikowanych pracowników potrzeba tam jednak jeszcze więcej. Nad rozwojem programu Starlink pracuje teraz około 300 osób z około 6 tys. wszystkich członków personelu SpaceX. A powinno być nawet drugie tyle.

SpaceX cały czas prowadzi rekrutacje i szuka odpowiednich inżynierów. Muszą zaakceptować pracę pod dużą presją czasową. A nie wszyscy są w stanie to znieść, co potwierdzają zarówno zwolnienia z czerwca, jak i dobrowolne odejścia około 50 innych osób z pracy w Redmond w tym roku.

Jeden z inżynierów pracujących przy programie Starlink powiedział Reutersowi, że mimo tych problemów, jest wysokie prawdopodobieństwo, że sieć zacznie działać w 2020 roku. Testy wystrzelonych już satelitów sugerują, że pomysł był trafiony, wszystko działa.

Elon Musk gra o wielkie pieniądze 

Musk, naciskając na przyspieszenie programu Starlink gra o wielkie pieniądze. Według szacunków Stowarzyszenia Przemysłu Satelitarnego (Satellite Industry Association) globalny satelitarny rynek transmisji szerokopasmowej (w tym przekazów telewizyjnych) jest wart niecałe 128 mld dol. Musk do budowy swojej rakiety, która poleci na Marsa potrzebuje co najmniej jeszcze 5 mld dol.

Starlink może tak duże pieniądze zarobić. Ma sporo zalet. Sieć zbudowana będzie na niskiej orbicie okołoziemskiej (LEO), dzięki czemu droga, jaką musi przebyć sygnał, jest dużo krótsza niż w przypadku transmisji za pomocą działających już satelitów geostacjonarnych. A to oznacza mniejsze opóźnienia, czyli większe możliwości korzystania np. z gier wideo.

Niżej wiszące satelity wymagają również mniejszych anten do komunikowania się z nimi. To z kolei przekłada się na nieduży koszt naziemnych przydomowych instalacji. No i duża liczba satelitów Starlink ma zapewnić wystarczającą przepustowość dla każdego. Zwłaszcza, że ponoć SpaceX myśli już o rozbudowie sieci do liczby ponad 10 tys. satelitów.

Tekst pochodzi z bloga PortalTechnologiczny.pl.

Więcej o: