Były ambasador w USA o wycieku listu Mosbacher. "Zdjęcie zrobiono po otwarciu koperty"

- Pozostanie niedobry osad, zła atmosfera. Dla samej ambasador USA to było na pewno przykre doświadczenie - mówi Ryszard Schnepf, były ambasador Polski w Stanach Zjednoczonych. Georgette Mosbacher wysłała list do premiera, w którym stanęła m.in. w obronie telewizji TVN. Rząd odpowiedział, że wolności mediów w Polsce w żaden sposób nie jest ograniczana.

Łukasz Kijek, redaktor naczelny Next.gazeta.pl: Długo czekaliśmy na reakcję polskich władz na list ambasador USA do premiera. Rzeczniczka rządu oświadczyła, że "Polska tak samo, jak USA ceni sobie wolność słowa i w żaden sposób nie ogranicza wolności mediów. Rynek medialny w Polsce jest pluralistyczny, a media prezentują pełne spektrum opinii". Jednocześnie dodała, że Polska i Stany Zjednoczone pozostają w bardzo dobrych relacjach i nie zmieni tego jeden "incydent". Czy to wystarczy do uspokojenia atmosfery?


Ryszard Schnepf, były ambasador Polski w Stanach Zjednoczonych, wykładowca Ośrodka Studiów Amerykańskich UW: To dobrze, że takie oświadczenie ze strony rządu padło. Ono uspokaja trochę sytuację i nie jest gwałtowną reakcją, tak jak to miało miejsce w mediach społecznościowych.

Mam wrażenie, że gdzieś na początku tej historii jest błąd, to znaczy jakieś środowiska chciały to upublicznić. To była normalna korespondencja dyplomatyczna pomiędzy przedstawicielstwem zaprzyjaźnionego kraju a najwyższymi czynnikami rządowymi i to powinno pozostać jako korespondencja wewnętrzna. Natomiast wszystko wskazuje na to, że były osoby, które okazały się zainteresowane, żeby ten list upublicznić i uczynić z tego ogólnokrajową debatę, doprowadzając do tego, że głos musiała zabrać rzeczniczka Departamentu Stanu.

Ten rozwój sytuacji dla relacji polsko-amerykańskich oczywiście nie był dobry, ponieważ określał środowisko ambasady i samą ambasador jako wrogą Polsce, co jest w oczywisty sposób nieprawdą i pozostaje w sprzeczności z całą działalnością pani Mosbacher.

List, jeżeli przyjrzeć się upublicznionej kopii, pokazuje, że wyszedł on prawdopodobnie jednak z Kancelarii Premiera, a nie z ambasady. Świadczy o tym fakt, że papier był złożony i nie został sfotografowany przed wysłaniem, tylko zdjęcie zrobiono po otworzeniu koperty, czyli po jakimś zastanowieniu i po podjęciu decyzji, żeby stanowisko rządu przedstawić najpierw poprzez media społecznościowe i zaprzyjaźnione gazety, a nie w wewnętrznym obiegu dokumentów.

Z jednej strony rząd w oficjalnym stanowisku mówi, że nie zamierza bezpośrednio odnosić się do treści listu ambasador Mosbacher ani faktu jego opublikowania w mediach. Z drugiej strony minister Mariusz Błaszczak mówi, że chciałby potraktować to tak, że pani ambasador debiutuje w roli dyplomaty, dotychczas była wyłącznie kobietą biznesu.

- Niepotrzebnie zupełnie padają niestosowne słowa. Te ministra Błaszczaka należą do łagodniejszych, jeżeli zestawić je ze sformułowaniami innych polityków rządzącej partii. Można by sobie darować takie słowa i pozostać w sferze rozmowy i poważnej debaty. Odpowiedź rządu nie powinna być w formie oświadczenia publicznego, ale także w formie listu. Intencja odbiorcy tej korespondencji była taka, żeby nadać temu publiczny wymiar i żeby wzniecić ogromne emocje.

Właściwie czemu miałoby służyć upublicznienie tego listu i wzbudzenie tych emocji?

- Jest to oczywiście sygnał do twardego elektoratu PiS, który jednak w sposób mocno przerysowany przywiązany jest wyimaginowanego poczucia godności, czyli nie będzie nikt nam mówił co mamy robić. To jest ta retoryka, która towarzyszy różnego rodzaju działaniom w Unii Europejskiej, tam pojawiają się podobne głosy, tak i teraz Stany Zjednoczone nie będą mówiły nam, co mamy robić w zakresie naszej demokracji.

Chciałbym przypomnieć, że Stany Zjednoczone zawsze były naszym dobrym duchem, nie tylko w czasach komunizmu, ale także później wspierały działania prodemokratyczne, co zawsze szanowaliśmy. Nie ma żadnego powodu, żebyśmy nagle musieli stwierdzić, że Ameryka nie wie, na czym polega demokracja, mimo że czasami można mieć wątpliwości co wypowiedzi samego przywódcy USA. Jednak demokracja trzyma się tam bardzo mocno i warto wysłuchać czasem przykrych słów, bo sytuacja jest poważna. Dotyczy to jednostkowej kwestii, czyli programu stacji TVN, który unaocznił przy pomocy prowokacji dziennikarskiej fakt istnienia środowisk pronazistowskich.

Tu chodzi także o wolność mediów, a to już jest sprawa ogólnonarodowa i warto pilnować tych standardów, które obowiązują w świecie. Pojawiają się takie głosy, że Donald Trump sam krytykuje media w Stanach Zjednoczonych, to prawda, ale nie podejmuje kroków prawnych w takim zakresie jak polski rząd, czyli najścia na dom dziennikarza i wezwania go do prokuratury. Ostatecznie prokuratura wycofała się z tego, ale jak rozumiem, nastąpiło to właśnie w związku z tym listem.

Czytaj też: Brejza wyśmiewa reakcję PiS ws. listu Mosbacher. I pokazuje notkę prasową z czasów PRL-u

Rząd nazywa całą sprawę incydentem, ale czy to jest już kryzys w stosunkach polsko-amerykańskich?

- To nie jest jeszcze kryzys, to jest sygnał pewnej niezgody na praktyki, które u nas czasami mają miejsce. To jest ostrzegawcze światło, powiedzmy żółte. Że Ameryka z jednej strony jest sojusznikiem Polski, sprzyja i popiera inwestycje w naszym kraju, a z drugiej strony nie zamierza przymykać oczu na zjawiska, które są niebezpieczne dla szeroko pojętej demokracji. Sojusznikiem Stanów Zjednoczonych można być, jednak będąc państwem demokratycznym. Niektóre kraje, które postanowiły odejść od tego modelu, odczuwają to dziś bardzo boleśnie.

Jeśli chodzi o sam list. Pani ambasador jest krytykowana za formę, ale także literówkę w nazwisku m.in. premiera. Czy tak się robi w dyplomacji?

- Byłoby lepiej, gdyby tych literówek nie było. Troszkę widać, że ten list był pisany w pośpiechu. Być może taka była, jak sądzę, dyspozycja Departamentu Stanu. To nie była inicjatywa osobista, stąd przyklejanie do pani ambasador różnego rodzaju etykiet niekiedy bardzo nieeleganckich jest niewłaściwa. 

Zdarzyło mi się otrzymać list w czasach, gdy byłem ambasadorem na Kostaryce. List szedł trzy miesiące, bo był zaadresowany na Korsykę. W pośpiechu różne rzeczy mogą się zdarzyć i nie przypisywałbym do tego nadmiernej wagi. Pisownia polskich nazwisk dla ludzi anglojęzycznych jest bardzo trudna. Byłoby lepiej oczywiście, gdyby tych drobnych usterek nie było. 

Czy to, co napisała pani ambasador, można uznawać za jednoznaczne z tym, co myśli na ten temat prezydent Donald Trump? Czy nie należy tego mieszać?

- Myślę, że prezydent nie zajmuje się na co dzień sprawami Polski, ani nie nadzoruje ambasador w bieżących sprawach. Instytucją, która tym się zajmuje, jest Departament Stanu. Amerykańska dyplomacja jest niezwykle sprawna i skuteczna, więc sądzę, że to jest ta inna linia postępowania. Nie pierwszy raz amerykańskie środowiska polityczne wytykają w postaci właśnie listów błędy albo zaniechania władzy w Polsce. Przypomnę, że nieżyjący już senator McCain z innymi senatorami wysyłał list do pani premier Szydło na temat praworządności w Polsce. Tego typu listy są w praktyce amerykańskiej dosyć oczywiste.

Co odpowie pan wszystkim krytykom, którzy twierdzą, że ambasador USA przekroczyła kompetencje i próbuje wpłynąć na niezależność polskiego rządu?

- Ten list jest utrzymany w bardzo łagodnym tonie. Zbyt dużo niepotrzebnych emocji towarzyszy temu wszystkiemu. Powiedziałbym krytykom, że rząd polski pozostaje suwerenny i niezależny, a wszystkie decyzje zapadają jednak nie w Waszyngtonie, ale w Warszawie.

Natomiast mowa jest tutaj o wolności słowa, która jest ważna nie tylko dla liberalnych mediów. Proponuję, żeby prawicowe media też zastanowiły się nad tym, co byłoby, gdyby liberalne władze ograniczały ich swobody. Pewnie burzyliby się, że to koniec demokracji w Polsce. Lepiej przyjąć taką refleksję, że wolność mediów jest wartością dla nas wszystkich niezależnie od poglądów.

Amerykanie są gigantycznym inwestorem w Polsce. Od rynku medialnego, przez zbrojeniowy, bankowy po restauracyjny. Czy ta cała sytuacja może wpłynąć na relacje biznesowe, inwestorskie?

- Mam nadzieję, że nie. Sądzę, że dla działalności biznesowej to nie jest jeszcze jakaś poważna przestroga. Powiedziałbym, że sprawa KNF jest bardziej bolesna. Interesy amerykańskie w Polsce są stabilne. Jeżeli jednak występują naruszenia stabilności biznesów, czy w tym przypadku mediów, to oczywiście naturalną sprawą jest, że przedstawiciel tego kraju interweniuje, podobnie jak my za granicą interweniujemy w podobnych sytuacjach.

Pozostanie niedobry osad, zła atmosfera. Dla samej ambasador Mosbacher to było na pewno przykre doświadczenie. Przekonała się na własnej skórze, jak pracują i jak działają niektóre media, które mają wybitnie narodowy i skrajnie prawicowy charakter. Ambasador Mosbacher poznała też smak polskiej polityki, która jednak odbiega bardzo od norm obowiązujących w Stanach Zjednoczonych. To nie do pomyślenia, żeby w Kongresie amerykańskim jego przedstawiciele odnosili się w ten sposób, zwłaszcza w stosunku do ambasadora. Gdy byłem ambasadorem wielokrotnie interweniowałem w przeróżnych sprawach przedsiębiorstw i muszę powiedzieć, że nigdy nie spotkało się to z reakcją, która naruszałaby moją własną godność.

Ryszard SchnepfRyszard Schnepf fot. Albert Zawada/AG

*Ryszard Schnepf, były ambasador Polski w Stanach Zjednoczonych, wykładowca Ośrodka Studiów Amerykańskich UW

Więcej o:
Komentarze (228)
Były ambasador w USA o wycieku listu Mosbacher. "Zdjęcie zrobiono po otwarciu koperty"
Zaloguj się
  • krynolinka

    Oceniono 67 razy 51

    Tak czy inaczej pisiorki rzucające błotem w stronę pani ambasador się przejechały. Stanowisko poparte przez Departament Stanu a nie jakaś "partyzantka" niby niedoświadczonej w dyplomacji osoby. Prztyczek w nos i to dość bolesny. Następnym razem będą przetrącone kolana..

  • sebione11

    Oceniono 49 razy 35

    Do k...y nedzy czy w tym kraju nie ma madrzejszych ludzi do kierowania panstwem, przeciez to jeszcze gorzej niz bolszewicy, bo tamci przynajmniej mieli dobra dyplomacje.

  • earthboundmisfit

    Oceniono 38 razy 28

    "Rzeczniczka rządu oświadczyła, że "Polska tak samo, jak USA ceni sobie wolność słowa i w żaden sposób nie ogranicza wolności mediów."

    A przykładem tego nieograniczania wolności mediów są wypowiedzi (p)osłów partii rządzącej typu "po wakacjach się za was zabierzemy".

  • frajtak

    Oceniono 44 razy 28

    Jeszcze pare lat i w Swidnicy znowu beda mieszkac kacapscy oficerowie z czapami jak najwieksze patelnie. Do tego streszczaja sie wszystkie dzialanua bandyterki pusowskiej: pchac nas na Wschod, do czegos, co przyjaciel polskiej narodowej prawicy - Pucin, nazywa "cywilizacją rosyjską". Won za Don, pisowskie komuchy!

  • readme.txt

    Oceniono 30 razy 20

    PiSowskie dno i chamstwo nie zna granic. Samodestrukcji PiSu ciąg dalszy...

  • fctheduck

    Oceniono 25 razy 19

    PiSiory same nagłośniły temat, a teraz zbierają baty. Debile to jednak debile, nie muszą nawet tego udowadniać.

  • precz_z_komunia

    Oceniono 29 razy 19

    Czyli rzeczywiście wojna domowa w PiS trwa na całego :-)

  • yoonac

    Oceniono 29 razy 19

    A może by tak Suski został ministrem spraw zagranicznych? W końcu to "filar intelektualny rządu".

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX