"Polacy zjadają łabędzie w londyńskich parkach". Dlaczego Brytyjczycy lubią takie tytuły?

Grzegorz Sroczyński
Dla wielu moich znajomych z inteligenckiego środowiska w Londynie wejście Polski do Unii oznacza same plusy, bo mniej płacą za remont albo posprzątanie domu - z brytyjskim politologiem prof. Aleksem Szczerbiakiem rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński: Czy to prawda, że Polacy wyłapują i zjadają łabędzie w parkach w Londynie?

Prof. Aleks Szczerbiak: Nie sądzę.

Pisały o tym "The Sun" i "Daily Mail".

Brytyjskie gazety – tak zresztą jest teraz w każdym kraju – wydrukują dowolną bzdurę, byle była zgodna z oczekiwaniami ich czytelników. Oba tabloidy czytają klasy ludowe i historia o zjadaniu łabędzi przez Polaków im pasowała. Liberalne media robią zresztą to samo. Po zabójstwie Polaka w Essex niektóre prounijne gazety grzmiały, że to wina brexitowców, którzy obudzili w społeczeństwie demony nienawiści, po czym się okazało, że zabójstwo było wynikiem bójki bez podtekstu antyimigranckiego.

To jaka jest pierwsza myśl przeciętnego Brytyjczyka, gdy się go zapyta o Polaków?

Że pracowici. Pojawia się dużo pozytywnych skojarzeń, ale te pozytywne skojarzenia też mogą być problemem.

Czytaj też: "Grozi nam apokalipsa, gdyby Unia Europejska upadła. Zwłaszcza w tej części Europy może być wojna"

Pracowitość problemem?

Oczywiście! Polacy w Wielkiej Brytanii mają dobre kwalifikacje i chcą pracować po kilkanaście godzin dziennie, bez urlopów, również w weekendy i święta. Jak się spotyka Brytyjczyka z klasy ludowej, który od dziesięciu lat nie dostał podwyżki, to on uważa, że to wina "tych z Europy Wschodniej, którzy biorą każdą pracę na każdych warunkach".

Wielu ludzi z klas niższych czuje się zrobionych w konia. Wielka Brytania otworzyła swój rynek pracy już 1 maja 2004 roku, czyli równocześnie z rozszerzeniem Unii. Rząd twierdził, że przyjedzie do pracy kilkadziesiąt tysięcy osób. To była kompletna bzdura, bo przyjechały miliony. I Brytyjczycy byli tym totalnie zaskoczeni.

Drugi powód niechęci do imigrantów to usługi publiczne. W dzielnicach, w których zamieszkali Polacy, powstało wrażenie tłoku w przychodniach i szkołach. Ludzie uważają, że kiedyś czekali do lekarza dwa dni, a teraz – dwa tygodnie. Że w szkole ich dziecka klasa nagle jest dużo liczniejsza. To gotowa pożywka dla niechęci i takich historyjek jak ta o łabędziach.

Niestety, o tym się mówi mało albo wcale w opiniotwórczych kręgach.

Dlaczego?

Bo ton dyskusji nadają tacy jak ja, czyli uniwersyteckie elity z lepszych dzielnic, które wolą mówić o ksenofobii. Ważnym elementem selfimage’u ludzi z elit – obrazu samych siebie – jest przekonanie o własnej tolerancyjności i otwartości na ludzi z innych kultur. Nie mówię tego ironicznie, bo rzeczywiście elity są w pewnym sensie tolerancyjne i otwarte, ale jednocześnie często uważają, że ktoś, kto do przybyszów nie podchodzi z taką samą życzliwością, musi to robić ze złych pobudek, rasistowskich. Okropnie trudno się rozmawia na te tematy, gdy ktoś dopisuje motywy rasistowskie do zwyczajnego lęku o utratę pracy czy obniżkę zarobków.

Drugi popularny pogląd wśród elit kulturowych czy biznesowych jest taki, że niechęć części brytyjskiego społeczeństwa do Unii i otwartych granic bierze się z ignorancji, z tego, że ludzie nie rozumieją, jakie są ogólne pozytywne skutki dla kraju. Elity sądzą, że wystarczy im to wyjaśnić, więc krążą po mediach i opowiadają o korzyściach w skali makroekonomicznej, wyliczają, ile zyskał budżet na podatkach od imigrantów, jak bardzo dzięki temu wzrosło PKB, a dla zwyczajnych ludzi to są często abstrakcje.

Rząd coś z tymi kolejkami w przychodniach zrobił?

Nie bardzo. Od dekady rządy oszczędzają na sektorze publicznym, zwłaszcza w porównaniu z tym, ile wydawano przed światowym kryzysem gospodarczym w 2008 roku.

W przychodni, do której pan chodzi, też zrobił się tłok?

A skąd?! W mojej zamożnej dzielnicy zbyt wielu imigrantów nie mieszka, bo po prostu ich nie stać na tutejsze czynsze. Dla wielu moich znajomych wejście Polski do Unii oznacza same plusy, np. mniej zapłacą za remont albo posprzątanie domu. Minusów nie widzą, bo tłok w przychodniach i szkołach ich nie dotyczy. A to właśnie oni w poważnych mediach komentują rzeczywistość.

Czyli w dzielnicach, w których mieszka dużo Polaków, trzeba było zbudować nowe szkoły i przychodnie. Wtedy zwykli Brytyjczycy nie chcieliby czytać historyjek o łabędziach.

Nie wiem. Problem z tym pomysłem jest taki, że im więcej rząd wyda na rozwiązywanie problemów imigrantów, tym mniejsze będą zyski budżetu z podatków przez nich płaconych. I zniknie argument o tych niesamowitych korzyściach. W dodatku jeśli rząd wydaje pieniądze w dzielnicy, w której mieszkają imigranci, to jacyś inni obywatele na prowincji zaraz mówią: "Dla Polaków zbudowaliście nową szkołę, a nas macie w nosie". I niechętne nastroje przenoszą się w nowe miejsca. To dość skomplikowany problem.

Teraz gospodarka Wielkiej Brytanii wyszła z recesji, bezrobocie spadło, ale ludzie nie zawsze widzą zmiany w kieszeniach, nie czują, że pensje rosną. Przekonanie o stagnacji zarobków to ważne źródło frustracji.

W pana środowisku też?

Też, bo uniwersyteckie pensje nie rosły nawet w takim tempie jak inflacja. Tak było w całym publicznym sektorze.

I kogo obwiniacie?

W moim środowisku przeważnie rząd, głównie konserwatystów, którzy prowadzą politykę oszczędności. Większość moich kolegów naukowców uważa, że jest to polityczny wybór, a nie konieczność ekonomiczna. Oczywiście rząd zaprzecza i twierdzi, że musiał ciąć, bo odziedziczył olbrzymi deficyt budżetowy po lewicowych poprzednikach.

A hydraulik obwinia imigrantów?

Często tak. Z jednej strony ludzie uważają, że stagnacja płac to skutek austerity, czyli polityki oszczędności budżetowych po kryzysie, i często obwiniają za to Brukselę. Pracownicy tych sektorów, w których pracuje dużo ludzi z Polski i Europy Wschodniej, obwiniają też imigrantów i najczęściej wiążą imigrację z Unią, bo z powodu członkostwa w Unii i wolnego przepływu pracowników nie można ograniczyć imigracji z postkomunistycznych krajów. W ten sposób dwie rzeczy się łączą – imigracja i Unia – i dla zwykłych ludzi kwestia suwerenności przestaje być naukową abstrakcją i wiąże się z konkretnym problemem.

Pan to rozumie? 

Dlaczego nie? Brytyjczyk, który prowadzi firmę budowlaną i miał kiedyś dobry zysk, nagle widzi, że firma budowlana Polaków robi dwa razy więcej za dużo mniejsze stawki, w dodatku pracują w weekendy. Tu pojawia się dość naturalne pole do konfliktów. Uniwersytetów to oczywiście nie dotyczy, bo wykładowcy po 2004 roku nie czuli się zagrożeni najazdem kadr profesorskich z Polski czy innych krajów postkomunistycznych. 

Czytaj też: Jak Bruksela wyhodowała populistów. "Nawet w krajach, które miały się świetnie, rządy cięły wydatki publiczne"

Czy przed wejściem Polski do Unii wśród brytyjskiej inteligencji istniały jakieś uprzedzenia do społeczeństw postkomunistycznych? 

Jakieś istniały, ale były wyciszane. Inteligenci od początku mocno popierali Unię jako projekt polityczny. Rozszerzenie w 2004 roku uważali za najlepszy dowód tego, że jest to żywy projekt. Mówili: "No, może Unia ma rozmaite problemy, ale patrzcie: te wszystkie narody postkomunistyczne tak bardzo chcą wstępować do Unii, że ten projekt musi mieć przyszłość". Pamiętam, że kiedy w 2003 roku Szwedzi głosowali nad tym, czy wejść do strefy euro, i zagłosowali przeciw, tego samego dnia odbyło się referendum w Estonii – dwa do jednego, żeby wstąpić do Unii. Używano tego jako argumentu, że nawet jeśli stara Unia tkwi w marazmie, to rozszerzenie będzie świeżym wsparciem dla dynamiki Europy. Elity kulturalne i uniwersyteckie są bardzo prounijne przede wszystkim z powodów ideowych, no ale też mają z tego korzyści materialne w postaci rozmaitych unijnych grantów.

W 2004 roku funkcjonowałem w bardzo specyficznym środowisku, którym jest Instytut Europejski Uniwersytetu Sussex. To najbardziej prounijne środowisko z możliwych, wszyscy byli za rozszerzeniem, przeważnie z przyczyn czysto ideowych.

Były tylko dwa małe zgrzyty, dwie wątpliwości. Pierwsza – nie zawsze wypowiadana głośno – że może się pojawić sprzeczność między rozszerzeniem Unii a pogłębianiem integracji, bo w gronie 25 krajów decyzję będzie podjąć trudniej niż w gronie 15. Druga – obawiano się – i tego też nie mówiono wprost – że może istnieją jakieś różnice kulturowe między nami, ludźmi Zachodu, a wschodnimi Europejczykami. "Oni są bardzo religijni, tradycyjni i z tego mogą być problemy". Te wszystkie wątpliwości wyciszano, bo dużo ważniejszy był entuzjazm dla rozszerzenia Unii.

Gdyby tych samych ludzi zapytać dzisiaj, po 15 latach, to byliby równie entuzjastyczni?

Tak, bo żadna z powyższych wątpliwości raczej się nie zmaterializowała. Owszem, są kłopoty z głębszą integracją Unii i podejmowaniem decyzji, ale raczej nie z powodu nowych państw.

Większość moich kolegów ze środowiska naukowego uważa, że Unia wciąż ma w sobie dużo wigoru i że widać to najlepiej po nowych krajach członkowskich, których społeczeństwa są dużo bardziej prounijne. Nadal też istnieją kraje marzące o wstąpieniu do Unii, takie jak Ukraina. Na konferencjach, podczas których często słychać narzekania, że wszystko się w Unii sypie, pada argument: "Na Ukrainie ludzie tak chcą być w Unii, że nawet na ulicach o to walczyli w trakcie Majdanu". Albo taki: "Narzekacie, a zobaczcie, jak bardzo Polacy są prounijni". Oczywiście, istnieją w nowych krajach zjawiska, które starej Unii się nie podobają: Orbán, Kaczyński, niechęć do muzułmańskich imigrantów, ale na to często pada przytomna odpowiedź: "No dobrze, ale przecież Francuzi mają Marine Le Pen, Włosi – Salviniego, Brytyjczycy – Farage’a…".

Trzeba też pamiętać, że nowe kraje były od początku postrzegane jako prymusy w Unii. Strategia ich rządów była bardzo podobna do tej, jaką przyjęła PO: dołączyć do głównego nurtu, czyli trzymać się blisko Niemiec. Nowe kraje przeważnie nie robiły więc kłopotów unijnym elitom, nie wierzgały. Owszem – myślano na Zachodzie – dużo pieniędzy musimy na nich wydawać, ale to kiedyś się zmieni, w kolejnych budżetach transfery nie będą już takie duże. Euroentuzjaści przez pewien czas uważali Polskę za najlepszego ucznia spośród nowych państw.

Pan na Uniwersytecie Sussex naukowo zajmuje się Polską. Czy Polska dla zachodnich badaczy jest ciekawa?

Nie bardzo. Krajów, które automatycznie są ciekawe, bo wszyscy chcą wiedzieć, co się w nich dzieje, jest tak naprawdę sześć: USA, Rosja, Chiny, Francja, Wielka Brytania oraz Niemcy. I koniec. Każdy badacz, który zajmuje się czymś innym – nawet tak dużym krajem jak Polska – cały czas musi odpowiadać na pytanie: "So what?".

I co pan odpowiada?

Za każdym razem próbuję mówić o Polsce jako o przykładzie zjawisk uniwersalnych. To nie jest zła rzecz, bo jak się coś bada całe lata, to można utknąć i zapomnieć, po co się to robi. Kiedyś zapytałem badacza brytyjskiej polityki, dlaczego to ma być ciekawe dla kogoś, kto się nie interesuje brytyjską polityką. Nie zrozumiał pytania. "Jak to? Kto niby nie interesuje się brytyjską polityką?".

Po pierwsze, Polska interesuje Zachód jako kraj, który wyszedł pokojowo z systemu komunistycznego. Jakbym miał w Londynie wygłosić referat pod tytułem "Czy Lech Wałęsa był szpiegiem komunistycznym?", to byłaby pełna sala.

Po drugie, Polska interesuje badaczy jako przykład nowego kraju Unii, który przez 15 lat członkostwa bardzo się zmienił. Gospodarczo i kulturowo.

Po trzecie, Zachód interesuje się Polską jako krajem bardzo religijnym, w którym Kościół ma wpływy większe niż na Zachodzie. Aborcja, związki jednopłciowe, LGBT... Polska jest tu ciekawa, bo jest inna.

I po czwarte – paradoksalnie – teraz to PiS powoduje, że Polska jest ciekawa.

PiS?

Oczywiście. Jak rządziła PO – nuda. Nikt nie chciał słyszeć o Polsce, taki kraj jak inne. A od 2015 roku Polska jest ciekawa, bo jest postrzegana jako niepokorny członek Unii. W kółko dzwonią media i mnie o coś pytają, często chcą wiedzieć, czy jestem za PO czy za PiS.

I co?

I nic. Jestem realistą i wiem, jak media działają. Media zachodnie mają swoje ideowe korzenie i większość dziennikarzy nie przepada za polskim rządem.

Konserwatywne media na Zachodzie też nie lubią PiS?

Czasem nawet bardziej niż media liberalne, bo wielu konserwatystów na Zachodzie jest konserwatystami, jeśli chodzi o sprawy ekonomiczne, a w kwestiach obyczajowych, jak związki partnerskie, są już bardzo liberalni. Z ich punktu widzenia polski rząd jest więc mieszanką najgorszą z możliwych: socjalne rozdawnictwo plus konserwatyzm obyczajowy. W każdym razie gdziekolwiek by człowiek poszedł mówić o Polsce, to od razu musi być za albo przeciw.

I co pan mówi?

Opowiadam, skąd konflikt PO – PiS się wziął. I staram się nie oceniać, która strona ma rację.

Dzwonią do mnie dziennikarze brytyjscy i pytają o Sąd Najwyższy, żebym im zaprezentował argumenty strony rządowej, bo argumenty opozycji już mają – obdzwonili polskich komentatorów ze swoich notesów i wszyscy byli za opozycją. No to przedstawiam racje PiS.

A co dokładnie pan mówi?

Jakoś tak: polski rząd uważa, że instytucje, które powinny mieć zaufanie społeczeństwa, np. sądy, nie działają jak należy. I że to spuścizna czasów komunistycznych, bo w sądach zostały stare elity. Może niekoniecznie są to ci sami ludzie co w peerelu, ale elita się powielała i teraz 40-letni sędziowie mogą mieć podobną kastową mentalność jak ci starzy sędziowie z czasów komunistycznych. I że polski rząd często argumentuje, iż rozwiązania wprowadzane w sądownictwie nie są niczym nadzwyczajnym, bo podobne funkcjonują na Zachodzie.

To w Polsce po czymś takim byłby już pan PiS-owcem.

Tak. To jest bardzo dziwne. Przedstawiam też argumenty PO: opozycja uważa, że praworządność wymaga niezależności niektórych instytucji państwowych, przede wszystkim sądownictwa, i reformy PiS naruszają tę niezależność, a ciągłość elit prawniczych, którą widzi PiS, to bzdura, bo sędziów z czasów komunizmu właściwie nie ma. I że nie można patrzeć na poszczególne rozwiązania, które rzeczywiście funkcjonują w innych krajach Unii, tylko trzeba widzieć całość zmian rządowych, bo dopiero wtedy można zobaczyć, jak bardzo są groźne.

No, ale to są dwie sprzeczne opinie, a widz chce wiedzieć, co pan o tym sądzi.

Widz nie jest głupi, sam sobie zdanie wyrobi.

A dlaczego nie mówi pan, którą stronę popiera?

Bo uważam się za naukowca. Przy tak spolaryzowanej debacie politycznej, gdy tylko bierze się jedną stronę, to od razu druga strona przestaje panu ufać. I to we wszystkim. Może być pan przyrodnikiem specjalistą od żółwia błotnego, a gdy powie pan publicznie, że popiera PiS, to ludzie z anty-PiS przestaną wierzyć również w to, co ma pan do powiedzenia o żółwiu błotnym!

Jeżdżę trochę na konferencje naukowe, często moi koledzy prezentują ciekawe badania, ale – mówiąc szczerze – czasem jest śmiertelnie nudno, bo wszyscy stoją po jednej stronie sporu politycznego i mają jedną interpretację. Przez cały dzień człowiek siedzi i słucha podobnych punktów widzenia. To jest niebezpieczne, bo jak cały czas słuchasz jednej strony, to zwykle wpadasz w myślenie grupowe i masz poważny problem z rozumieniem rzeczywistości.

Zaczynam dzień od czterech polskich portali: Wyborcza, wPolityce.pl, Rzeczpospolita i 300polityka. Można dostać bólu głowy. Może nie staję się od tego lepszym człowiekiem, ale na pewno jestem lepszym badaczem, bo konfrontuję się codziennie z każdą stroną sporu politycznego.

Skąd się bierze fala populizmu i niechęci do Unii na Zachodzie?

Nie przepadam za słowem "populizm" i wolę mówić o eurosceptycyzmie. Jego źródłem jest przede wszystkim wspólna waluta euro. Od traktatu w Maastricht, który ustanowił euro, a zwłaszcza od kryzysu w 2008 roku, Unia zaczęła bezceremonialnie ingerować w krajowe budżety, podatki, wydatki... A to są sprawy przez ludzie postrzegane jako te, które powinny być w kompetencji ich krajowych rządów. I to napędza eurosceptycyzm.

Ta fala będzie rosnąć czy opadać?

Na razie będzie rosnąć.

Unia ma problem zasadniczy, który się nazywa „democratic deficit”, i żadna próba załatania tego deficytu do tej pory się nie powiodła. Wzmocniliśmy rolę Parlamentu Europejskiego, który wybierany jest przez obywateli bezpośrednio, bo liczyliśmy, że ludzie poczują łączność z europosłami. Kompletna klapa. Jeszcze mniej Europejczyków chodzi głosować w eurowyborach. Ludzie nie identyfikują się z unijnymi instytucjami, bo nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo europejskie. I nie będzie. W najbliższej przyszłości ludzie nadal będą czuć identyfikację na poziomie narodowym i rozumieć głównie krajowe instytucje.

I co z tym robić?

Nie wiem. Unia będzie musiała się uskromnić.

Uskromnić?

No, rozmawiamy po polsku, to dla mnie zresztą niezła frajda, ale niektóre słowa pewnie przekręcam albo mylę. Urodziłem się w Wielkiej Brytanii i polski znam słabiej.

Nie, nie, to bardzo dobre słowo, komunikatywne.

Albo Unia znajdzie jakąś przekonującą odpowiedź na problem deficytu demokratycznego, albo będzie musiała powściągnąć niektóre swoje ambicje. Dotąd odpowiedź brzmiała tak: "Korzyści z Unii są tak duże, że nie martw się, obywatelu, o deficyt demokratyczny". Wtedy ludzie oceniają Unię czysto instrumentalnie.

Jak rośnie im płaca, to Unia jest super, ale jak jest kryzys, to nie chcą Unii.

Tak jest. To się stało w czasie kryzysu w kilku krajach. I grozi też Polsce.

Poprzednie pokolenia miały romantyczne podejście do Unii, traktowały ją jako historyczno-cywilizacyjny wybór. Młodzi Polacy mają podejście bardziej instrumentalne, patrzą na bilans zysków i strat. Czy mogę pracować na Zachodzie? Czy są pieniądze z Unii? I jak jest zysk, to jest OK. A jak to się skończy, to Unia może mieć problem z legitymizacją również w Polsce. Powtórzę: Unia w zbyt dużym stopniu zaufała podejściu instrumentalnemu, że skoro daje ludziom wymierne korzyści, to nie musi się martwić o deficyt demokracji, ale to okazuje się zbyt kruchą podstawą do budowania stabilnego poparcia.

Jeśli ktoś mnie przekona, że jest jakiś skuteczny sposób rozwiązania problemu demokratycznego deficytu, to chętnie posłucham. Na razie takiego rozwiązania nie widzę. Ludzie identyfikują się z państwem narodowym i jeszcze długo tak będzie.

* Aleks Szczerbiak jest brytyjskim politologiem, pracuje na Uniwersytecie Sussex. Zajmuje się Polską (skąd pochodzą jego rodzice), krajami Europy Wschodniej i problemami Unii Europejskiej. Często pojawia się w brytyjskich mediach, prowadzi też bloga o polskiej polityce.

Więcej o:
Komentarze (138)
"Polacy zjadają łabędzie w londyńskich parkach." Dlaczego Brytyjczycy lubią takie tytuły?
Zaloguj się
  • pan.szklanka

    Oceniono 40 razy 30

    Z tymi łabędziami to bzdura. Łabędzia wcale nie jest łatwo złapać. Gdy już się złapie, to skubania na dobrych kilka godzin. Mięsa niewiele, łykowate i o posmaku wodorostów. Mieszkając w Dublinie szybko przerzuciłem się na fasolkę po 25 centów za puszkę.

  • rikol

    Oceniono 20 razy 16

    Pierwsze zdanie to wyjaśnienie, czemu bogaci chcą imigracji, a biedni są jej przeciwni. Otóż imigracja powoduje obniżenie lub stagnację pensji najbiedniejszych. Zwykłe prawo popytu i podaży. Nawet w BBC o tym mówili, co jest dosyć dziwne, bo oni popierają nieograniczoną imigrację (jak wszyscy inni bogaci); no ale nie zapominajmy, że dziennikarz z BBC chce mieć tanią pomoc domową. Powiedzieli też, że obniżenie pensji (o około 3%) dotyczy tylko 10% najbiedniejszych. Co to oznacza? że ci, którzy i tak muszą liczyć każdego pensa, są pozbawiani szansy na podwyżki. No ale oczywiście bogatych to nie dotyczy, a biednych można oskarżyć o rasizm i się zamkną. A to jest powód, dla ktorego biedni głosują na skrajną prawicę. Skrajna prawica to jedyni ludzie, którzy mówią o problemach biednych i są przeciwni imigracji. Lewica, która kiedyś zajmowała się biednymi, porzuciła ich i teraz walczy na rzecz nieograniczonej imigracji, również oskarżając o rasizm każdego, kto ma jakiekolwiek uwagi do ich projektu społecznego. Także to nie faszyzm wrócił do Europy, to po prostu biedni ludzie domagają się reprezentacji i uwzględnienia ich postulatów - a że tylko skrajna prawica ich słucha, to głosują na nich, proste.

    Co do krzykliwych nagłówków, zapytajcie, czemu "Fakt" ma takie czytelnictwo jakie ma. To nie ludzie lubią te nagłówki, TO DZIENNIKARZE JE WYBIERAJĄ I PUBLIKUJĄ. Także zamiast krytykować odbiorców spójrzcie w lustro w końcu.

    Dosyć zabawne jest, że ten wywiad, w miarę obiektywny, wyborcza publikuje przed wyborami. taki np. wątek sądowniczy - wyborcza jest zupełnie nieobiektywna i broni przywilejów sędziowskich jak niepodległości. A nie przypominam sobie nawet jednego artykułu o tym, jakie przywileje mają w Polsce sędziowie i jak sa oderwani od rzeczywistości. Taki sędzia początkujący dostaje 8 tysięcy NA RĘKĘ. Chyba w żadnym zawodzie nie płaci się tyle żółtodziobom. Sędzia przez całe swoje życie zawodowe nie płaci żadnych składek, żadnych ubezpieczeń, ma immunitet, kilometrówki, nie ponosi też żadnej odpowiedzialności za złe wyroki - stąd wysoka korupcja w środowisku sędziowskim. Potem emeryturka (tzw. stan spoczynku) i znowu ponad 10 tysięcy NA RĘKĘ wpada do kieszeni co miesiąc. Sędzia w Polsce może zarabiać więcej niż minister i nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Porównajmy to do takiej Francji, gdzie sędzia nie ma immunitetu i za złe orzekanie może być po prostu zwolniony, a wyroki są regularnie krytykowane w prasie.

    Zgadzam się z profesorem, że dyskusja z ludźmi, którzy mają identyczne zdanie, w ogóle nie ma sensu. to nawet nie jest dyskusja. Istotą dyskusji są różne opinie i próba przekonania przeciwnika. To co w tej chwili się dzieje, to obrzucanie przeciwnika błotem, to nie jest dyskusja.

  • bromborek83

    Oceniono 18 razy 14

    Polacy to raczej łowili ryby, w PL nie je się łabędzi więc dlaczego niby mieliby je jeść tam... Z łabędziami to bardziej chodziło chyba o Rumunów... no ale dla typowego Bryta to wszystko jedno ;)
    A poza tym Anglicy uważają się na lepszych od wszystkich - duma imperialna i te sprawy...

  • manstain21

    Oceniono 22 razy 12

    Dlaczego tak pisza ? Odpowiedz jest banalnie prosta. Brytyjczycy sa zajebistymi rasistami ale nikt nie napisze zle o imigracji uzywajac slow "czarnuch, muslim itd" bo zaraz go go uznaja za rasiste a atakujac Polakow jest sie bezpiecznym.

  • piotrus.pan11

    Oceniono 13 razy 11

    "Może być pan przyrodnikiem specjalistą od żółwia błotnego, a gdy powie pan publicznie, że popiera PiS, to ludzie z anty-PiS przestaną wierzyć również w to, co ma pan do powiedzenia o żółwiu błotnym!" 10/10
    To właśnie ta logika spowodowała rozkręcenie spirali teorii spiskowych o Smoleńsku - nieważne, co mówią specjaliści od katastrof z wieloletnim doświadczeniem. Lepiej słuchać komisji złożonej z ludzi, którzy w życiu nie stanęli za steram samolotu, jeśli mówią mi to, co chcę usłyszeć.
    Najistotniejszym problemem w Polsce jest brak autorytetów. A konkretnie - za autorytety po każdej ze stron uznawani są ludzie, którzy mówią danej stronie wygodne dla niej opinie. Jest to kompletne wypaczeniem tego pojęcia, bo autorytet to człowiek, którzy kształtuje Twoje poglądy i niekiedy je zmienia, a Ty szanujesz jego opinię ze względu na wiedzę tej osoby i jej walory moralne. Jeżeli to Ty decydujesz, kto jest, a kto nie jest autorytetem w oparciu o to, czy jego poglądy zgadzają się z Twoimi, to każda ze stron będzie miała swoje "autorytety" i brak będzie jakiejkolwiek przestrzeni na dialog i płaszczyzny porozumienia.

  • herrpietru

    Oceniono 17 razy 9

    Jeśli ktoś tutaj nie wie dlaczego brytyjczycy lubią sobie pożartować o polakach to odpowiedź jest prosta.. bo im wolno. Polacy to jedyna duża grupa ludzi mieszkająca w UK o której można pisać głupoty i nikt się nie przejmie (z polakami włącznie). Teraz wyobraźmy sobie co by było gdyby jakaś gazeta typu Daily Mail zażartowała z pakistańczyków, hindusów czy też innych jamajczyków :)

  • szymi_mispanda

    Oceniono 11 razy 7

    "Pracowitość problemem?
    Oczywiście! Polacy w Wielkiej Brytanii mają dobre kwalifikacje i chcą pracować po kilkanaście godzin dziennie, bez urlopów, również w weekendy i święta."

    Bo to prawda. I to nie pracowitosc tylkotresura lat 90. A ludzie na zachodzie maja inne priorytety niz polaczkowie I ich "spac-pracowac-spac-pracowac.

    Gdzie sie pojawia Polacy to psuja rynek pracy - I dlatego anglicy mieli tego dosc I zaglosowali za brexitem.

  • kasia763

    Oceniono 12 razy 6

    Znajomy Anglik, na pewno nie rasista (zostal dzgniety nozem w pubie, bo stanal w obronie imigrantow) twierdzi, ze UK potrzebuje rozsadnej i otwartej dyskusji na temat emigracji, bo na prawde nie wyrabiaja pod wzgledem uslug publicznych. Brakuje lekarzy, personelu medycznego, nauczycieli, mieszkan. Tylko, ze nikt nie chce tej duskusji podjac i zrobic czegos rozsadnego w tym wzgledzie. Elity boja sie posadzenia o rasizm. Narodowcy emigrantow nienawidza. Rozsadku brak.

  • expert_spod_mostu_kierbedzia

    Oceniono 16 razy 6

    piszcie , że Londyńczycy mieszkają w domach z tektury .. z zewnątrz fasada z cienkiej cegiełki a w środku ścianki z płyty wiórowej lub inszego paździerza , do tego wszędzie obecna zatęchła wykładzina .. wszystko łatwopalne i badziewne ...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX