Król gaf nazywany brytyjskim Trumpem. Boris Johnson chce dokończyć brexit

Boris Johnson to polityk nieprzewidywalny, znany z wielu mało dyplomatycznych wypowiedzi, jeden z ojców kampanii nawołującej do brexitu. Właśnie został nowym premierem Wielkiej Brytanii. Czego można się po nim spodziewać?

O stanowisko przewodniczącego Partii Konserwatywnej po Theresie May walczylo aż 10 osób. Ostatecznie zwycięzcą okazał się Boris Johnson, który od początku był faworytem w tym wyścigu. To oznacza, że kontrowersyjny polityk został jednocześnie nowym premierem Wielkiej Brytanii.

Tekst został po raz pierwszy opublikowany 12 czerwca 2019 roku.

- Boris Johnson wielokrotnie udowodnił, że jest politykiem nieprzewidywalnym. Przed referendum brexitowym miał napisać dwa artykuły do "Daily Telegraph" - jeden za pozostaniem w UE i jeden przeciw. Podobno do ostatniej chwili się wahał. Może być w tym trochę legendy, ale z drugiej strony on tak właśnie pracuje. Ciężko przewidzieć, co zrobi - mówi Katarzyna Sobiepanek*, ekspertka do spraw Wielkiej Brytanii z portalu UKpolitics po polsku.

Jednak to na niego wskazuje się jako najbardziej prawdopodobnego zwycięzcę w wyborach na nowego szefa Partii Konserwatywnej.

- Johnson ma autorytet, który straciła już dawno Theresa May. Jego szanse na wygraną zwiększa także to, że jest człowiekiem, który mógłby wygrać następne wybory parlamentarne. Nawet politycy, którzy się z nim nie zgadzają, zdają sobie sprawę, że jest dla nich szansą na utrzymanie mandatu posła Partii Konserwatywnej w następnych wyborach - zauważa Katarzyna Sobiepanek

Ale w Brukseli taki premier może budzić obawy. Trudno będzie rozmawiać i negocjować z twardym brexitowcem, który dał się już poznać jako polityk nieprzebierający w słowach.

Być może z powodu tej cechy od momentu ogłoszenia swojej kandydatury Boris Johnson, który zwykle często występuje w mediach, dziennikarzy zaczął unikać. Nie występował w porannych programach, udzielił tylko jednego wywiadu prasowego. Jak pisał "The Telegraph", zarządzający jego kampanią chcieli w ten sposób ograniczyć ryzyko potencjalnych gaf.

Boris Johnson - król gaf

Ich przykładów z przeszłości jest wiele. Latem 2018 roku Boris Johnson o muzułmańskich kobietach w burkach napisał, że "wyglądają jak skrzynki na listy". Rok wcześniej stwierdził, że libijskie miasto Sirta, mocno zniszczone w walkach z tak zwanym Państwem Islamskim, może stać się drugim Dubajem, dodając, że "wystarczy uprzątnąć martwe ciała". Za tę wypowiedź Johnson nie przeprosił. W tracie wizyty w buddyjskiej świątyni w Mjanmie, kiedyś części imperium brytyjskiego, zacytował fragment wiersza Rudyarda Kiplinga z czasów kolonialnych. W tym czasie był szefem dyplomacji Wielkiej Brytanii. Według wielu jednym z najgorszych w historii.

Tego typu gafy - o ile można je tak nazwać, bo przynajmniej część wypowiada z rozmysłem - Boris Johnson popełniał już wcześniej.

W 2016 roku, kiedy trwała zażarta kampania brexitowa, mocno zdenerwował europejskich polityków, sugerując, że działania UE można porównać do ambicji Hitlera, który chciał przejąć władzę na kontynencie. Obrażał Baracka Obamę, kiedy ten wzywał Brytyjczyków do pozostania w UE, mówiąc, że prezydent USA nie przepada za Wielką Brytanią z powodu swojego pochodzenia, bo jest "po części Kenijczykiem". Hillary Clinton w 2007 roku porównał do "sadystycznej pielęgniarki ze szpitala psychiatrycznego". Oberwało się nawet Donaldowi Trumpowi, który otwarcie go popiera - kiedy ten mówił o ryzyku związanym z radykalizacją obszarów Paryża i Nowego Jorku, Johnson odpowiedział: "Jedynym powodem, dla którego nie poszedłbym do niektórych części Nowego Jorku, jest prawdziwe ryzyko spotkania Donalda Trumpa".

Być może właśnie z powodu czasem mało dyplomatycznego języka bywa porównywany do obecnego prezydenta USA. Sir Alan Duncan, zastępca Johnsona z czasów, kiedy ten szefował brytyjskiemu MSZ, przyznał niedawno, że gafy Borisa Johnsona prowadziły do "wielu konsekwencji", a "sprzątanie po nim było pracą na pełny etat" - cytuje "The Independent".

Z drugiej strony jednak ten jego bardzo kolorowy język przyciąga do byłego burmistrza Londynu wielu ludzi, i dla jego zwolenników jest zaletą, dowodem autentyczności. - Ma osobowość bardzo kolorową, medialną. Mówi się, że Boris Johnson z reguły mówi to, co jego zdaniem spotka z największym poklaskiem. W tym sensie jest w jakiś sposób populistą podobnym do Donalda Trumpa. A kampanię prowadzi tak naprawdę od momentu, kiedy odszedł z rządu Theresy May. Dużo robi w sferze PR-owej. Widać, że zmienił się fizycznie, schudł, ma bardziej uporządkowaną fryzurę - zauważa Katarzyna Sobiepanek.

Skąd Boris Johnson wziął się w brytyjskiej polityce?

Boris Johnson, a właściwie Alexander Boris de Pfeffel Johnson, urodził się w 1964 roku w Nowym Jorku (amerykańskiego obywatelstwa zrzekł się w 2017 roku), jako najstarszy z czwórki rodzeństwa, w rodzinie z tak zwanej wyższej klasy średniej. Johnsonowie wraz ze zmianą posad ojca ciągle się przeprowadzali - z Nowego Jorku do Brukseli i Londynu. Matka cierpiała na depresję, a sam Boris jako mały chłopiec miał poważne problemy ze słuchem. Wykształcenie zdobył za to solidne - skończył prestiżową prywatną szkołę Eton i studiował na Oxfordzie (zdobył stypendia w obu z nich).

Karierę zawodową rozpoczął jako dziennikarz. Z pierwszej pracy w "The Times" został zwolniony po tym, jak wyszło na jaw, że w jednym z artykułów sfabrykował cytat. Pod koniec lat 80. zaczął pisać dla "Daily Telegraph" - z tą redakcją związany jest do dziś, w dzienniku ma stałą kolumnę, w której to publikuje swoje felietony z wieloma skandalizującymi wypowiedziami. Ale już w młodości wywoływał kontrowersje. Jako brukselski korespondent gazety pisał teksty ukierunkowane eurosceptycznie, część branży zarzucała mu wykorzystywanie nieprawdziwych argumentów. Był też redaktorem "The Spectator".

Do polityki wszedł na dobre w 2001 roku, kiedy został posłem Partii Konserwatywnej. W 2008 roku wygrał wybory na burmistrza Londynu i na tym stanowisku pozostał przez dwie kadencje. Oceny jego zarządzania brytyjską stolicą są różne, ale z pewnością był wyrazistą postacią. Dał się zapamiętać między innymi jako twórca programu udostępniania rowerów zwanego "Boris bike". Z drugiej strony promował duże projekty infrastrukturalne, z których część okazała się niepotrzebna. Zaliczył wpadkę w czasie Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku, kiedy to utknął kilka metrów nad ziemią podczas zjazdu po linie - nieudaną próbę zaimponowania z okazji tego wydarzenia obrócił w żart, co wielu innym politykom by się nie udało. Co ważne dla konserwatystów, wzmocnił ich pozycję, zwyciężając w mieście popierającym raczej Partię Pracy.

Do Izby Gmin wrócił w 2016 roku. Wtedy też wyrósł na jedną z głównych postaci brexitu.

Brexit i oszustwo z czerwonym autobusem

W lutym 2016 roku Boris Johnson, jeszcze jako burmistrz Londynu, postanowił dołączyć do kampanii nawołującej do wyjścia ze Unii Europejskiej i stał się jedną z jej głównych twarzy. Tym samym przyjął manifest kampanii, w którym sugerowano, że do UE wkrótce wejdzie Turcja ze swoimi 80 milionami obywateli. Pojawiły się oskarżenia, że przekaz był na tyle niejasno sformułowany, że mógł powodować skojarzenie, że ludzie ci przyjadą na Wyspy jako wewnątrzunijni migranci (wątek ten pokazuje film o kulisach kampanii "Brexit. The Uncivil War"). Johnson zaprzeczał później, by wykorzystywał ten argument.

Więcej problemów miał jednak z hasłem, które zostało umieszczone na słynnym czerwonym autobusie, którym i on przemierzał kraj: "350 mln funtów dla NHS". Organizatorzy kampanii Leave (za brexitem) twierdzili, że Wielka Brytania płaci UE 350 mln funtów tygodniowo, tymczasem pieniądze te mogłyby zostać wykorzystane w kraju, na przykład na służbę zdrowia.

Stwierdzenie to było nieprawdziwe - brytyjska składka jest w rzeczywistości znacznie niższa, bo kraj korzysta z rabatów. Wprowadzało ono wyborców w błąd - sugerowało, że płacąc ogromne pieniądze do wspólnej unijnej kasy, Wielka Brytania na swoim członkostwie jedynie traci. Nie uwzględniało środków, które wracają na przykład do rolnictwa. Było jednak chwytliwe i zapewne przyczyniło się do wyniku referendum.

Boris Johnson został za to nawet pozwany przez biznesmena Marcusa Balla, który zebrał pieniądze na sfinansowanie oskarżenia w kampanii crowfundungowej. Ball zarzucał Johnsonowi powtarzanie kłamstw w czasie kampanii brexitowej oraz wyborczej, która odbywała się rok później. Kilka tygodni temu brytyjski sąd pierwszej instancji nakazał byłemu szefowi MSZ złożyć wyjaśnienia. Potem jednak Wysoki Trybunał uznał, że sprawą nie należy się zajmować. Taki obrót sprawy ułatwi kolegom z partii popieranie jego kandydatury. Drużyna Johnsona na tym właśnie teraz się skupia - na zbieraniu głosów potrzebnych do zapewnienia mu zwycięstwa.

Co zrobi Boris Johnson?

Boris Johnson próbował już przejąć stanowisko szefa Partii Konserwatywnej (i premiera) po Davidzie Cameronie. Według niektórych obserwatorów zaczął nad tym pracować na początku 2016 roku - jego przejście do kampanii Leave, swego rodzaju "zerwanie" z Cameronem, upokarzające dla ówczesnego szefa rządu, miało być tego zapowiedzią. Wtedy się nie udało. Ale nowa premier Theresa May mianowała go szefem dyplomacji. Dwa lata później Johnson, w sprzeciwie wobec sposobu, w jaki prowadziła negocjacje z Brukselą, zrezygnował ze stanowiska.

- Ma poparcie brexitowców w partii, może nie tych najbardziej skrajnych, ale za to dość zdeterminowanych, by do brexitu 31 października doszło. To jest jeden sygnał, który wskazuje, w którą może pójść stronę. Drugi sygnał to są jego sponsorzy. Między innymi lord Bamford, który od zawsze był zwolennikiem twardego brexitu. Jest też Jeremy Hosking, który teraz wspiera The Brexit Party Nigela Farage'a, ale wcześniej bronił i popierał Borisa Johnsona. Do tego dochodzą ludzie prowadzący jego kampanię - m.in. firma CFT Partners, kierowana przez Lyntona Crosby'ego, guru PR nazywanego Czarodziejem z Oz. Ze śledztwa "Guardiana" wiadomo, że pracownicy tej firmy współpracują z aktywistami, którzy w mediach społecznościowych promowali pomysł brexitu bez umowy. Łącznie prowadzone przez nich kampanie wydały na ogłoszenia na Facebooku milion funtów - mówi ekspertka UKpolitics po polsku.

Ogłaszając swoją kandydaturę pod koniec maja tego roku, Johnson zapowiedział, że Wielka Brytania wyjdzie z UE 31 października - z umową brexitową lub bez niej. A w czerwcu zagroził, że wstrzyma "rachunek za rozwód" - 39 miliardów funtów, które Londyn ma zapłacić UE - o ile nie dostanie lepszych warunków brexitu.

- Mówienie o twardym brexicie to ze strony Borisa Johnsona może być zagraniem pod publiczkę, a w tym przypadku pod Partię Konserwatywną, w której, jak się mówi, 70 proc. członków popiera brexit. Zwróciłabym też uwagę na to, że Theresa May, kiedy sama była kandydatką na premiera, wymyśliła hasło, że brak umowy jest lepszy niż zła umowa. A gdy zetknęła się z rzeczywistością negocjacji, zaczęła zmieniać zdanie. Podobnie może być w przypadku Borisa Johnsona. Niektórzy zwracają uwagę na to, że kiedy był burmistrzem Londynu, otaczał się ludźmi raczej kompetentnymi. To może być bardziej odpowiedzialny premier, niż nam się wydaje - zauważa Katarzyna Sobiepanek.

Jakie będzie mieć więc stanowisko wobec wyjścia z Unii Europejskiej? - Patrząc na to wszystko, można się spodziewać, że do brexitu 31 października dojdzie. Johnson twierdzi, że z umową lub bez. Można się spodziewać, że jako premier będzie chciał zaostrzyć politykę wobec UE, przynajmniej w sferze retorycznej, być może uda mu się wynegocjować coś, co da się w Londynie "sprzedać" jako lepszy deal z UE, choć zależy to też od postawy nowych władz UE, które stoją na stanowisku, że do renegocjacji jest tylko deklaracja polityczna - mówi ekspertka.

- Jeśli chodzi o kontakty z UE, to uważam, że nie będzie sam negocjował, jest na to zbyt inteligentny. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w Brukseli nie jest zbyt lubiany. Inny z kandydatów, Dominic Raab, jest dużo bardziej ideologicznie antyunijny. Gdyby to on został premierem, to mógłby spróbować przeskoczyć wolę parlamentu i wprowadzić twardy brexit, na który w Izbie Gmin nie ma teraz zgody większości. Być może więc Boris Johnson nie jest dla UE najgorszym scenariuszem.

*Katarzyna Sobiepanek jest wydawcą i redaktorką portalu UKpolitics po polsku, który działa od 2013 roku. Analizuje i komentuje wydarzenia dotyczące brytyjskiej polityki zagranicznej, brexitu, relacji z UE i Polską.

Więcej o:
Komentarze (85)
Król gaf nazywany brytyjskim Trumpem. Boris Johnson Chce dokończyć brexit
Zaloguj się
  • tomek1212122425

    0

    Ciekawe, czy Królowa podpisze nominację. Gdyby się postawiła byłby to chyba precedens.

  • charlie11

    Oceniono 1 raz 1

    Krolem gaf to jest, byl i bedzie Joe Biden

  • tomek1212122425

    Oceniono 1 raz 1

    Taniec pajaców trwa. Następny właśnie dołączył. Dobrze to się skończyć nie może....

  • citaobscura

    Oceniono 6 razy -2

    -:-:-:-:-:-:-:-:-:-:-
    Wycie lewactwa potwierdza że to musi być ktoś rozsadny:)

  • hmmm11

    Oceniono 2 razy 0

    Taki jak Radek Sikorski

  • exsero

    Oceniono 2 razy 0

    "Boris Johnson chce dokończyć brexit" - proszę bardzo, mogę mu nawet drogowskaz zrobić.

  • farcry3

    Oceniono 6 razy 0

    Trump. Kaczyński, Orban, Johnson , AfD, Liga Północna. LePen .... wojna idzie ? W sumie dawno jej nie było, a do władzy dochodzi pokolenie nie znające jej okrućieństw

  • buk-humor-dziczyzna

    Oceniono 7 razy 5

    jako pismak znany z fejków i oszustw

  • pszczolkaprezesa

    Oceniono 5 razy 3

    Droga pani! Bruksela nie musi obawiać się Boryska, bo to co mieli do zaproponowania zaproponowali Angolom, a teraz piłka po ich stronie! Albo wypad, albo przyjęcie warunków rozwodowych!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX