Jarkowiec: Trump jest kwintesencją demoralizacji. Potrafi okłamać i okraść każdego, byle osiągnąć cel

Grzegorz Sroczyński
- Codziennie wieczorem w kolejnych motelach włączałem CNN i czułem się, jakbym wyłączył telewizor nie 24 godziny temu, ale pięć minut temu, bo w kółko to samo: podobni eksperci mówili podobne rzeczy. Trump, Trump, Trump - z Maciejem Jarkowcem, który od lat opisuje Amerykę, rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński: Na co liczą Demokraci? 

Maciej Jarkowiec*: Że w czasie przesłuchań w Kongresie pojawi się wreszcie afera afer, która go doszczętnie skompromituje. Coś takiego, co otworzy oczy przynajmniej części wyborców Trumpa, dzięki czemu niektórzy Republikanie odwrócą się od prezydenta i zagłosują za impeachmentem.

I jest to możliwe?

Nie.  

Gdy zastanawiam się, czy jest skandal albo świństwo, które mogłoby tego człowieka pogrążyć w oczach jego zwolenników, nic nie przychodzi mi do głowy. Polaryzacja życia politycznego w Ameryce jest tak silna, że cokolwiek w tryby tej machiny wpadnie, natychmiast jest przez nią pozbawiane jakiegokolwiek znaczenia: jedni krzyczą "Koniec demokracji!", a drudzy odpowiadają: "To są bzdury, fake newsy, nic się nie stało". Trump powiedział w trakcie kampanii wyborczej, że nawet jak zastrzeli kogoś na środku Piątej Alei w biały dzień, to nie straci poparcia. Miał rację.  

On jest zwierzęciem medialnym. Został prezydentem USA, bo najskuteczniej potrafił skierować oczy całej Ameryki i całego świata na siebie. W pewnym sensie to najbardziej amerykański prezydent w historii, bo jeśli politykę traktować jako wielkie show - a w Stanach spośród znanych mi demokracji tak jest najbardziej - no to Trump jest największym showmanem. Kiedy kilka miesięcy przed wyborami Hillary Clinton prowadziła w sondażach, napisałem, że jeśli media nadal będą bez przerwy pokazywać Trumpa, to on wygra. Nikt nie wierzył. 

Ale przecież media - poza telewizją Fox News - walą w niego jak w bęben. Co tydzień odpalają jakiś nowy skandal z udziałem Trumpa, pojawia się jakaś jego głupia wypowiedź, dziwna decyzja albo idiotyczny tweet, który ze zgrozą komentują eksperci. 

I co z tego? Z potoku medialnego oburzenia nic nie wynika. Kompletnie. On ma niebywałą umiejętność przykuwania uwagi. Miał ją, zanim wszedł do polityki. Gdy się pojawia, reszta schodzi na drugi plan. Nieustanne krytykowanie go przez media liberalne też jest elementem jego show i utwardza jego zwolenników. Jak z tego paradoksu uciec? Nie da się. 

Może media liberalne powinny przestać mieć świra na punkcie Trumpa i nie wałkować każdego jego tweeta?

Jasne. Tyle że wszystkie stacje cały czas trzymają Trumpa na tapecie, bo on im robi świetny biznes. Wystarczy spojrzeć, jak skoczyły słupki oglądalności, odkąd pojawił się w polityce. Od 2016 roku media informacyjne - od telewizji CNN, przez MSNBC, prawicową Fox News, aż po szacowne gazety w rodzaju "New York Timesa" - wszyscy zarabiają na Trumpie. Im więcej Trumpa, tym więcej kasy. 

Ale nawet gdyby tak nie było, to jego po prostu nie da się ignorować. To jest taki typ. On leci non stop. Odpalasz telewizor i już tam siedzi. A impeachment to przede wszystkim kolejne show. Obawiam się, że procedurę impeachmentu wszczętą przez Demokratów obróci na swoją korzyść. 

Czyli?

Najpewniej nie zostanie usunięty z urzędu, bo Demokraci przegrają ostateczne głosowanie w Senacie. A sama procedura impeachmentu, którą rozpoczęli - przesłuchania, grillowanie świadków - pomoże Trumpowi okopać się na pozycji "ja kontra wstrętne elity, które chcą mnie za wszelką cenę usunąć, bo jako jedyny próbuję osuszyć skorumpowane bagno w Waszyngtonie". Raport Muellera, który miał pokazać związki Trumpa z Rosją, nie przyniósł Demokratom żadnych korzyści, za to umożliwił Trumpowi nieustanne tweetowanie na ten temat i utrzymywanie swoich wyborców w stanie emocjonalnego wrzenia i pełnej mobilizacji. "Patrzcie! Chcą mnie usunąć z urzędu, nie szanują waszych głosów!". W dodatku jeśli impeachment skończy się niczym, pozwoli mu - po ostatecznym głosowaniu - odegrać rolę wielkiego zwycięzcy. "Zostałem ostatecznie, definitywnie i jednoznacznie uniewinniony przez wspaniały i najmądrzejszy na świecie senat USA!" - zatweetuje w swoim stylu. 

Ale jak to możliwe, że najpotężniejsze środowisko intelektualne na świecie, czyli amerykańska Partia Demokratyczna - z tymi wszystkimi zaprzyjaźnionymi uniwersytetami, naukowcami, think-tankami, intelektualistami, którzy Demokratów popierają - nie widzi tego mechanizmu? Po co oni brną w impeachment, który tylko wzmocni Trumpa?

Bo w Partii Demokratycznej jest ogromne ciśnienie oddolne. 

Wśród wyborców?

Tak. Domagają się od swoich kongresmenów działania.

Nawet jeśli to działanie będzie przeciwskuteczne?

Za to moralnie słuszne. Trump został wybrany, ale od samego początku była masa wątpliwości co do praworządności jego władzy. Kwestie konfliktu interesów, zatajania zeznań podatkowych i wiele innych. O odwołaniu Trumpa zaczęto mówić już w styczniu 2017 roku, jak tylko objął urząd. 

I dlatego teraz będzie mógł powtarzać: patrzcie, od początku chcieli mnie usunąć, sięgają po impeachment, oto ich brudne metody.  

Oczywiście, że tak to przedstawi. Demokraci to wiedzą, ale ja bym ich bronił, bo niby co mają robić? Muszą pokazać wyborcom polityczną przyzwoitość, bo Trump faktycznie robi rzeczy skandaliczne. Procedura impeachmentu ruszyła przecież nie bez powodu. Trump w trakcie oficjalnej rozmowy telefonicznej zażądał od prezydenta Ukrainy, by wznowił śledztwo w sprawie syna Joe Bidena, czyli możliwego konkurenta Trumpa w nadchodzących wyborach prezydenckich. Hunter Biden zasiadał parę lat temu w radzie nadzorczej ukraińskiej spółki gazowej, podobno były tam jakieś nieprawidłowości, które badała ukraińska prokuratura. Trump - tak zeznali świadkowie rozmowy - uzależnił kolejną transzę pomocy amerykańskiej dla Ukrainy od tego, czy tamtejsze władze wznowią śledztwo w sprawie młodego Bidena. To jest coś niebywałego. USA są sojusznikiem Ukrainy, która zmaga się z rosyjską agresją. Uzależnianie polityki zagranicznej państwa od załatwienia prywatnych interesów jest przekroczeniem wszelkich granic. Demokraci uznali, że po prostu muszą rozpocząć procedurę impeachmentu, nawet jeśli im się to politycznie nie opłaci. Nie kalkulują.

Jak można nie kalkulować w tak ważnej sprawie?!

Z przyzwoitości. Nie da się prezydenta, który popełnia występki przeciw ładowi konstytucyjnemu, nie pociągnąć do odpowiedzialności. Poza tym impeachment mobilizuje też wyborców Partii Demokratycznej. 

A nie masz wrażenia, że polaryzacja w polityce służy populistom? Że w atmosferze moralnej paniki, okrzyków o końcu demokracji taki Trump czuje się jak ryba w wodzie?

Nie wiem, czy chodzi o polaryzację. Polaryzacja w Polsce służyła przez osiem lat PO. W USA wygrał na niej Obama. Drugą kadencję zdobył, choć szalała Tea Party, a telewizja Fox News podpisywała prezydenta "Barack Hussein Obama". Polaryzacja może sprzyjać obu stronom, nie jest decydująca. Decyduje brak moralności, to on pomaga populistom. Duża część wyborców w Polsce myśli tak: nie ma zasad, tamci kradli, ci też kradną, ale przynajmniej się z nami dzielą. Mniej więcej o to samo chodzi w USA. Odczucie ogółu jest takie, że wszyscy rządzący są do bani, mają w nosie zwykłych ludzi i chodzi im tylko o własne korzyści. Na takim gruncie łatwiej populiście, showmanowi, komuś, kto bardzo wyraziście definiuje linie podziałów, sprawić, że wszystko mu uchodzi na sucho. "Krytykujecie mnie? A zobaczcie, co tamci wyrabiali!". Dlatego taką tragedią z punktu widzenia liberalnej demokratycznej Ameryki było wystawienie Clinton przeciwko Trumpowi. Dla przeciętnego wyborcy ona reprezentuje świat polityki bez zasad. Za Clintonami ciągną się afery małe i większe jeszcze z czasów Arkansas, kiedy Bill był gubernatorem. Na to nakładają się sprawy grube, słynne maile Clinton i fakt, że kłamała w tej sprawie, półmilionowe gaże za wykłady dla bankierów, wchodzenie w szemrane układy, żeby zdobyć pieniądze na swoją fundację. Hillary Clinton była idealnym przeciwnikiem dla Trumpa. W zasadzie uważam, że tylko z nią mógł wygrać.

Czy po stronie Demokratów są jakieś inne pomysły na przeciwstawienie się Trumpowi? Coś, co by wykraczało poza schemat, że trzeba jeszcze mocniej w niego walić, żeby wyborcy wreszcie zrozumieli, jaki on jest straszny.

Tak. Tylko to są pomysły z gatunku: zmienić system. W USA istnieje silny nurt, który sytuuje się na lewo od liberalnego mainstreamu Partii Demokratycznej. To środowisko ma swoje ikoniczne postaci jak Noam Chomsky i duże poparcie wśród studentów na kampusach. Tam padają głosy, że zamiast myśleć, co zrobić z Trumpem, zamiast się nim ekscytować, trzeba wymyślić, co zrobić z całym państwem w perspektywie 10-20 lat, bo jest ono z gruntu skorumpowane, trzymane pod dyktando dużych grup interesu, nadmiernie zmilitaryzowane. To alternatywna narracja wobec codziennej naparzanki w mainstreamie, tyle że słabo słyszalna. Nie dociera ani do szerokich grupy wyborców, ani do większości polityków Partii Demokratycznej.  

Ale Demokraci nie stoją na straconej pozycji. Powtórzę: Trump mógł wygrać tylko z Hillary Clinton. Zresztą nie wygrał, przecież dostał trzy miliony głosów mniej, a został prezydentem dzięki systemowi elektorskiemu. I nic się w tej sprawie nie zmieniło, Trump nie poszerzył swojego elektoratu przez trzy lata prezydentury. Utrzymuje w pełnej mobilizacji tylko tych wyborców, których już miał. Kogokolwiek Demokraci wystawią w listopadzie 2020 roku - może oprócz Joe Bidena, typowego przedstawiciela politycznych elit - mają duże szanse wygrać z Trumpem.

Tyle że pewnie wystawią właśnie Bidena. 

Rzeczywiście, to on na razie prowadzi w wyścigu do nominacji, ale wciąż jest dużo czasu. Ciężko mi sobie wyobrazić, że Demokraci popełnią ten sam błąd. Bidena goni senator Elizabeth Warren. Bernie Sanders też nadrabia dystans, a spodziewam się, że w pewnym momencie przerzuci swoje poparcie na Warren. Jest też nowa postać - Pete Buttigieg, pierwszy gejowski kandydat, burmistrz South Bend w Indianie, który już teraz wyprzedził Sandersa i ma poparcie zbliżone do Warren. To fenomen ostatnich tygodni. Nie tylko potrafił błyskawicznie zbudować rozpoznawalność, lecz także zbiera mnóstwo pieniędzy na kampanię, co w amerykańskich wyborach jest najważniejsze. Dostaje pieniądze zarówno od dużych darczyńców, od korporacji, jak też od zwykłych ludzi, datki pięcio-, dziesięciodolarowe.

Dlaczego akurat Buttigieg ściąga tyle pieniędzy?

Dostał na starcie mocnego kopa finansowego od dużych organizacji LGBT i bogaczy wspierających emancypację. Kasa zaczęła też spływać od dużych firm i korporacji, które po prostu boją się nominacji Warren lub Sandersa.

Czego dokładnie się boją?

Buttgieg ma strategię polegającą na tym, żeby ustawiać się pomiędzy mainstreamowym Bidenem a radykalnymi Warren i Sandersem. Opowiada się za powszechnym ubezpieczeniem zdrowotnym, chce przebudowy Sądu Najwyższego, rozszerzenia składu, wprowadzenia sędziów rotacyjnych, żeby trochę Sąd odpolitycznić, ale operuje mniej radykalnym językiem niż Warren i Sanders. Nie forsuje też pomysłów opodatkowania najbogatszych, co budzi w USA największe emocje.  

Grupy interesów i lobby finansowe najbardziej boją się senator Warren. 

Bo?

Jeśli wygra, na Wall Street może dojść do rewolucji.  

W dziejach USA historycy wyróżniają kolejne okresy, które odmieniają kraj. Po erze kolonialnej - rewolucja. Po wojnie domowej - rekonstrukcja. Po rekonstrukcji - segregacja. Po okresie powojennej prosperity i zgody, era praw obywatelskich i kontrkultury lat 60. A potem przyszedł Reagan. I z punktu widzenia historii USA kraj nadal żyje w erze Reagana. Nikt nie przełamał neoliberalnego paradygmatu w ekonomii. Trump jest w pewnym sensie zwieńczeniem tej epoki, jej kwintesencją i jednocześnie karykaturą.

USA są zabetonowane w erze deregulacji, systemu podatkowego łaskawego dla bogaczy i prawa korporacji do osiągania zysków kosztem zwykłych obywateli i środowiska naturalnego. Biznes boi się prezydentury Elizabeth Warren czy Berniego Sandersa, bo oni mogą zakończyć tę erę. Cały bardzo obszerny i precyzyjny program Warren jest punkt po punkcie manifestem końca epoki reaganowskiej. Ona wprost mówi, że potrzebna jest odmiana w historii Stanów, żeby pchnąć kraj na nowe tory. Proponuje podatek od bogactwa. Dwa procent rocznie od majątku powyżej 50 mln dolarów i trzy procent od majątku powyżej miliarda. Tak jak Reagan miał za doradcę guru neoliberalnej ekonomii Miltona Friedmana, tak ona otacza się znanymi ekonomistami młodego pokolenia jak Emmanuel Saez i Gabriel Zuckman. Guru duchowym tego środowiska jest oczywiście Thomas Piketty, autor "Kapitału w XXI wieku".

Za tym idzie szczegółowo rozpisana propozycja załatania systemu podatkowego, wzmocnienia służb skarbowych, bo dziś amerykański system podatkowy jest dziurawy jak ser szwajcarski. Jak masz kasę na najlepszych prawników, to płacisz albo minimalne podatki, albo nie płacisz ich wcale. Trump jest tu najlepszym przykładem. Jeśli nowe podatki proponowane przez Warren zaczęłyby trafiać do budżetu, to byłyby pieniądze na rozbudowę socjalu amerykańskiego, co od czasów Roosevelta, a później Johnsona nie miało miejsca. Warren proponuje też program budowy tanich mieszkań, powszechne ubezpieczenie zdrowotne, chce inwestować w szkoły publiczne, które totalnie leżą. No i chce mocnej regulacji Wall Street. Zapowiada podzielenie największych banków i korporacji, tego najbardziej obawia się wielki biznes. 

Warren całą swoją polityczną karierę i rozpoznawalność zbudowała na krytyce sektora finansowego. Począwszy od 2005 roku, kiedy ukazał się jej raport na temat bankructw. Przebadała przyczyny bankructw gospodarstw domowych i okazało się, że połowę z nich powodują astronomiczne rachunki medyczne. A najciekawsze było to, że większość bankrutujących z powodów medycznych to… ludzie ubezpieczeni. Zapobiegliwa klasa średnia, która miała wykupiony pakiet medyczny, nagle ktoś w rodzinie zachorował, a ubezpieczyciele nie płacą. Albo płacą tylko za część procedur medycznych, a za inne - nie chcą płacić. I teraz idź, obywatelu, do sądu i się procesuj. Warren pokazała Ameryce ciężko pracujących ludzi tonących pod rachunkami za leczenie. 

Ona budzi większą obawę Wall Street niż Bernie Sanders, bo jest lepiej przygotowana do prezydentury. Ma znakomitych doradców i dobrze napisane programy.  

Inna rzecz, że rewolucja, którą zapowiada, jest mało prawdopodobna. Nawet jeśli zdobędzie nominację Demokratów i wygra z Trumpem, to wszystko rozbija się o to, że tak duże zmiany są trudne do przeprowadzenia. Zwykliśmy myśleć, że w USA istnieje system prezydencki, który daje głowie państwa ogromną władzę. Ale to działa tylko wtedy, jeśli prezydent jest w stanie budować kompromis wokół swoich pomysłów w Kongresie. I tu dochodzimy do punktu wyjścia: w warunkach skrajnej polaryzacji politycznej Kongres USA jest w zasadzie wyłączony. On nie działa. 

Jak to nie działa?

Kongres nie jest w stanie przegłosować żadnych systemowych reform. Pokazała to prezydentura Obamy. Miał olbrzymie ambicje - reforma zdrowia, imigracji, edukacji, budowa nowej infrastruktury. Skończyło się na mocno okrojonej reformie systemu ubezpieczeń zdrowotnych.  

Kiedy Ojcowie Założyciele tworzyli Konstytucję, nie myśleli o systemie dwupartyjnym, bo go nie było. Partie zaczęły się wykształcać dopiero w następnych dekadach. Konstytucja amerykańska nie jest skrojona pod system dwupartyjny. System działał dopóki istniały międzypartyjne porozumienia ponad podziałem politycznym. Partia Republikańska miała umiarkowane skrzydło, tak samo Demokraci. Politycy potrafili podać sobie ręce. Kompromis nie był zdradą. System był dwupartyjny tylko teoretycznie, bo wewnątrz tych dwóch partii istniały różne frakcje i powstawała trzecia partia na rzecz jakiejś ustawy. Dziś Republikanie nie mają skrzydła umiarkowanego. Najpierw zabetonowali się ideowo wokół pomysłów z repertuaru Tea Party, a później wokół Trumpa. Kongres przyjmuje coraz mniej ustaw. Tam właściwie nic się nie dzieje. Mosty i drogi w USA się sypią, wszyscy o tym mówią, niby się zgadzają, że trzeba coś z tym robić, ale nic się nie robi, bo jakakolwiek współpraca między obozami politycznymi jest niemożliwa i źle widziana. Następca Trumpa może mieć bardzo ambitne plany, ale dekretami ich nie wprowadzi. Reformy zdrowia nie da się zrobić dekretem, reformy podatków też nie. Można na siłę, bez współpracy z Kongresem pójść na wojnę z Iranem, ale nie da się zreformować państwa. 

Czyli wygrać z Trumpem może tylko kandydat spoza mainstreamu z radykalnymi pomysłami, ale nawet jak wygra, to nie będzie mógł ich wprowadzić?

Pomysły Warren nie są wcale takie radykalne. Są socjaldemokratyczne, na wzorcach europejskich. Mogą uchodzić za skrajne w warunkach amerykańskich, ale też tylko pozornie. Jak się przejedziesz przez kraj i pogadasz z ludźmi o różnych poglądach - od zwolenników Tea Party, poprzez umiarkowanych konserwatystów i liberałów, aż po miłośników Noama Chomsky'ego - to oni wszyscy klną na korporacje. Trump - też klnie. Sanders i Warren - klną. Tutaj nie ma podziału, jedni i drudzy mają dosyć tego, co jest teraz i uważają, że korporacje są zbyt silne, kradną, wykańczają mniejszych, korumpują politykę, wprowadzają monopole lub oligopole. W tym sensie mainstream obu partii tak naprawdę jest odklejony od swoich wyborców, zwłaszcza Republikanie, którzy korporacje nieustannie dopieszczają.  

Ale jeśli chodzi o wprowadzanie konkretnych reform w życie, to droga do tego rzeczywiście potwornie daleka. Warren musiałaby zdobyć nominację, później wygrać wybory, później Demokraci musieliby odzyskać Senat i na końcu pani prezydent musiałaby mieć poparcie wszystkich kongresmenów i senatorów swojej partii, co wcale nie jest oczywiste. 

Będzie druga kadencja Trumpa? 

Nie wiem. Twierdzę, że z Trumpem można łatwo wygrać, ale niepokojące jest to, że jak rozmawiam ze znajomymi w Stanach, to wszyscy są przekonani, że Trump ma drugą kadencję w kieszeni. To jest zdumiewające. Z kim byś nie rozmawiał, słyszysz, że on pewnie wygra.

Dlaczego tak jest?

Już mówiłem: on rządzi w mediach. Odpalasz telewizor i wyskakuje Trump. W 2016 roku w czasie kampanii pięć tygodni jeździłem po Stanach, zrobiłem ponad 10 tys. kilometrów i słuchałem w aucie publicznego radia NPR. To było dobre radio, opowiadali dużo o świecie, publicystyka na poziomie, dużo rzeczy wykraczających poza amerykański czubek nosa. Przyjechałem ostatnio, włączam NPR i mam wyłącznie Trumpa. Komentowanie, co powiedział, jak się zachował, co zamierza - głównie krytycznie, bo to liberalna rozgłośnia. Jak opublikowano raport Muellera, to trzepali ten temat przez siedem dni w tygodniu, bez przerwy. Nie tylko oni. Jeździłem wtedy dużo i nocowałem po motelach. Codziennie wieczorem włączałem CNN i czułem się, jakbym wyłączył telewizor nie 24 godziny temu, ale pięć minut temu, bo w kółko to samo: podobni eksperci mówili podobne rzeczy. Trump, Trump, Trump. 

Żywiołem absolutnie dominującym w USA jest jego czysta krwiożercza medialność, która zagarnia całą przestrzeń. Jest tylko on. I przeciętnemu wyborcy intuicja podpowiada - nawet  wbrew chłodnej analizie - że wszechobecny Trump wygra. Brak wiary, że można go pokonać, może być samosprawdzającą się przepowiednią.

Czy Trump rzeczywiście jest tak straszny, jak go przedstawiają liberalne media, czy jednak on jest strasznie demonizowany?

Jest straszny. Naprawdę. Pod wieloma względami. Oczywiście wśród masy decyzji, które podejmuje, zresztą dość przypadkowo, zdarzają się takie, z którymi można się zgodzić. Ale to nie zmienia oceny.  

Mówiliśmy o moralności w polityce. Trump jest kwintesencją kompletnej demoralizacji. To człowiek bez żadnych zasad, który na każdym etapie swojego życia pokazywał, że jest perfidnym oszustem, kłamcą, mizoginem i narcyzem. Potrafi okłamać i okraść każdego, byle tylko osiągnąć swój cel. Nie mam słowa usprawiedliwienia dla Trumpa. Uważam, że to tragedia dla całego świata, że coś takiego się zdarzyło w USA. Trump jest wodą na młyn tych wszystkich, którzy chcą udowodnić, że Ameryka odpowiada za całe globalne zło, że jest narodem idiotów, że demokracja nikomu i niczemu nie służy. Świat potrzebuje w miarę stabilnej, trzymającej się zasad i przyzwoitej Ameryki. 

I to wszystko wina Trumpa?

Nie. Demoralizacja we współczesnej amerykańskiej polityce zaczęła się za Busha juniora. Od wojny w Iraku. To był najazd na kraj w celach czysto ekonomicznych, dokonany na chama bez zgody opinii międzynarodowej. Oczywiście Ameryka robiła złe rzeczy wcześniej, wspierała najgorszych autokratów, mordowała i toczyła zbrodnicze wojny. Ale działo się to w kontekście zimnej wojny z Sowietami i jakoś - mniej lub bardziej pokrętnie - można było to tłumaczyć. Po 1989 roku zachodni świat pod wodzą USA już nie musiał walczyć brudnymi metodami ze Związkiem Radzieckim i mógł po prostu reprezentować demokratyczne wartości. Po drugiej stronie barykady stałaby wtedy koalicja autokratów, a Zachód miałby moralne prawo wymagać od nich pewnych standardów. Najazd na Irak rozwalił to totalnie. Bush zniszczył autorytet moralny Zachodu i powstała rzeczywistość międzynarodowa, w której każdy może zrobić wszystko. Niby dlaczego Putin nie może najechać Krymu, jeśli Amerykanie wjechali do Bagdadu, chociaż nikt im nie pozwolił? 

Co będzie dalej z Ameryką?

Zmieni się.

Jak?

Nie wiem. Ale wiem, że historia ma swoje prawa i po każdym cyklu musi w końcu nadejść kolejny, który odmienia rzeczywistość. Być może era Reagana, która trzyma Amerykę w społecznym kryzysie, dokona żywota dzięki Elizabeth Warren. Jeśli nie, to załatwią to millenialsi, którzy w następnych dwóch dekadach dojdą do władzy w biznesie i w polityce.  

***

*Maciej Jarkowiec (ur. 1977) jest z wykształcenia filologiem norweskim. Przez kilka lat mieszkał w USA. Pracował m.in. na kutrach rybackich, budowach, farmach, w ogrodach, hotelach i knajpach. Później pisał o USA dla polskich mediów. Obecnie dziennikarz "Gazety Wyborczej". Autor książki "Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu". W przyszłym roku ukaże się jego druga książka o Stanach.  

Więcej o:
Komentarze (212)
Jarkowiec: Trump jest kwintesencją demoralizacji. To człowiek bez żadnych zasad
Zaloguj się
  • obeznany

    Oceniono 38 razy 36

    "Trump jest kwintesencją demoralizacji. Potrafi okłamać i okraść każdego, byle osiągnąć cel"

    No to swój chłop. Niczym nie różni się od jakichś 90% naszych "elyt".

  • tani_dran

    Oceniono 27 razy 25

    My Polacy nie musimy szukać kompletnej demoralizacji za oceanem. Mamy własną

  • arwena2010

    Oceniono 35 razy 23

    a u nas jest inaczej z bolszewickim PIS ? Wystarczy nie kraść-mowili a kradną na potęgę,Polska w ruinie mówili-a dopiero teraz widać co to znaczy spadać z wysokiego C, uczciwości i rzetelność -mówili a co jest ? Kumoterstwo,złodziejstwo,nepotyzm,kolesiostwo,bierność,nieudacznictwo..

  • jac_l_w

    Oceniono 20 razy 16

    Gdy zastanawiam się, czy jest skandal albo świństwo, które mogłoby tego człowieka pogrążyć w oczach jego zwolenników, nic nie przychodzi mi do głowy. Polaryzacja życia politycznego w Ameryce jest tak silna, że cokolwiek w tryby tej machiny wpadnie, natychmiast jest przez nią pozbawiane jakiegokolwiek znaczenia: jedni krzyczą "Koniec demokracji!", a drudzy odpowiadają: "To są bzdury, fake newsy, nic się nie stało".

    Dokładnie mamy to samo.

  • historiopatolog

    Oceniono 13 razy 9

    ale tak jest na calym siwecie. Kazda wladza jest taka. Jest taka bo pozwala jej na to spoleczenstwo . Ludziom to sie podoba, podobnie jak podoba sie zdemoralizowany kosciol,. Kaczynski czy PIS. Ludzie maja to co chca i na tym polega demokracja czyli wola l;udu. Mysle zre rozsadniej jest rownac do Trump, Kaczynskiego niz biadolic bo z biadolenia nic nie wychodzi, dziad jak byl tak bedzie dziadem. Zasady ? a coz to takiego. Silniejsi narzucili swoja wole slabszym i uznano ze tak musi byc. Kosciol ma tez swoje zasady, a przestrzega ? Nie przestrzega ale nie przeszkadza mu to wymuszac na swoich wiernych, a ci wiedza ze kazanie glosi pedofil, ze komunie podaja rece ktore pare minut temu obmacywaly kleryka no i co z tego ludzie dalej daja na tace a taca to sila kosciola. pozwolcie ludziom zyc jak chca . Nieduzo czasu zostalo temu stworzeniu, pieklo coraz blizej i nie mityczne ale tu na ziemi.

  • net_friend

    Oceniono 17 razy 7

    Trudno się dziwić, że medialność Trumpa bije rekordy. To największy Dyzma współczesnej cywilizacji.

  • kertog123

    Oceniono 15 razy 7

    Niestety, świat zapomniał co to WOJNA, co to tragedie na skalę narodów. Podejrzewam, że tak to było własnie przez ostatnie kika tys lat - jak zbyt długo nie ma wojny to ludzi po prostu głupieją na potęgę i wojna nadchodzi. Nie mogę sobie inaczej wytłumaczyć w jaki sposób taka pokraka intelektualna jak Trump, taki społeczny pasożyt, oszust i kłamca mógł zostać prezydentem USA. Podobnie jak ciężko uwierzyć w zwycięstwa PIS w Polsce po tych wszystkich aferach, deformach edukacji, zdrowia i sądownictwa. Jak się tak nad tym solidnie zastanowic to wnioski sa takie, ze idą cięzkie czasy - albo sie ludzkość opamięta, albo niechybnie nadejdzie światowy konflikt.

  • komentarz.24

    Oceniono 9 razy 7

    Aby państwo było "...demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej....", w którym "...władza zwierzchnia ...należy do Narodu..." musi stać się i być "...dobrem wspólnym wszystkich obywateli....". Jeżeli ktoś nie wie, są to cytaty z, jak mawia J.K. "takiej małej książeczki".
    Krótko mówiąc: państwo demokratyczne, to państwo OBYWATELI, czyli ludzi świadomych tego czym jest trójpodział władzy i apolityczny korpus cywilny, jakie miejsce (służebne!) zajmują tzw. "organy siłowe", czym jest
    budżet, czym jest i skąd się bierze pieniądz, jak działa gospodarka.
    Obywateli, a nie klientów rządzącej oligarchii, sprzedających swoje głosy na wszystkich wyborach!
    Temat nie wymaga dowodu, ale na wszelki wypadek sugeruję, aby każdy klient zastanowił się, co mieli na myśli twórcy Konstytucji 3 Maja, pozbawiając prawa głosu "szlachtę" kupczącą głosami na sejmikach.
    Uczmy się na czyichś błędach, to najtańsza nauka!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX