Uzależnienie od internetu i smartfonów nie istnieje. Prawdziwym problemem jest coś innego [POLEMIKA]

Czy uważasz, że zakaz korzystania ze sklepów jest właściwym sposobem na walkę z uzależnieniem od papierosów? Tymczasem coś porównywalnego postulują osoby zatroskane o uzależnionych od internetu, technologii czy smartfonów.

Niedawny wywiad z matką uzależnionej 10-latki poruszył czytelników Gazeta.pl. Matka dziewczynki opowiada w nim o tym, jak uzależnienie „od internetu” zmieniło jej córkę i doprowadziło do pobytu dziewczynki w szpitalu psychiatrycznym. Bez wątpienia rodzina przechodzi przez bardzo trudne chwile. Z podobnymi problemami zmaga się coraz więcej ludzi na świecie, o czym także coraz częściej piszą media. Niestety zwykle artykuły na ten temat w mniejszym lub większym stopniu powielają błędy, które nie przybliżają nas do rozwiązania realnego i narastającego problemu.

Czytaj też: 10-letnia Zosia jest na odwyku. "Psychiatra powiedziała mi, że to dokładnie tak, jakby była alkoholiczką"

We wspomnianym wywiadzie kilkakrotnie pada stwierdzenie, że dziewczynka była uzależniona od internetu. Zgodnie z relacją matki, takiego określenia użył także psychiatra. Tymczasem nie istnieje coś takiego, jak uzależnienie od internetu, technologii czy smartfonów. Takie określenie to ogromny skrót myślowy, który prowadzi na manowce.

Zastanówmy się, co najprawdopodobniej robi osoba, potocznie nazywana uzależnioną od internetu, gdy po raz setny tego dnia kompulsywnie sięga po smartfona? Czy zmienia ustawienia serwera podłączonego do internetu? Może redaguje artykuł na Wikipedii? Albo kupuje bilet do kina?

Nie, taka osoba najprawdopodobniej uruchamia grę albo korzysta z mediów społecznościowych (jak Facebook, Instagram, YouTube lub TikTok). Aplikacje te łączy jedno – zostały świadomie zaprojektowane tak, aby maksymalnie przykuwać uwagę użytkowników oraz tworzyć nawyk ciągłego korzystania.

Wróćmy jeszcze na chwilę do metafory sklepu i uzależnienia od nikotyny. Jeśli smartfon to sklep, to sednem problemu nie jest sam dostęp do sklepu, ale konkretne szkodliwe produkty dostępne w sklepach.

Zaprojektowane uzależnienie

Od kilku lat mówi się coraz więcej o uzależniających, manipulacyjnych mechanizmach stosowanych przez twórców aplikacji i gier. Jednym z najskuteczniejszych krytyków firm, które stosują te mechanizmy jest Tristan Harris, współtwórca pojęcia Time Well Spent oraz organizacji Center for Humane Technology. Na problem zaczęli zwracać uwagę nawet byli pracownicy i inwestorzy największych gigantów z Doliny Krzemowej. Wszyscy oni uważają, że w pogoni za uwagą użytkowników stosowane są praktyki, które są szkodliwe zarówno dla pojedynczych ludzi, jak i całych społeczeństw.

O jakich manipulatorskich mechanizmach mówimy? Do najpowszechniejszych należą:

Losowa nagroda – użytkownik aplikacji Facebooka nigdy nie wie ile powiadomień zobaczy, gdy sięgnie po smartfon. To mechanizm znany dobrze w branży hazardowej – losowa nagroda uzależnia silniej niż taka, którą możemy przewidzieć.

Informacje zwrotne – lajki i komentarze pod wpisem wywołują emocje u autora i komentujących osób. Dla osoby dającej lajka to tylko kliknięcie, dla odbiorcy sygnał „zostałem doceniony”. Komentarze z kolei prowokują do niekończących się dyskusji („jak mogę nie odpowiedzieć?”).

Szybkość komunikacji – „Muszę zareagować na ten głupi komentarz natychmiast, bo za 30 minut nikt już nie będzie o tym pamiętał.”

Powiadomienia o tym, że odbiorca przeczytał wiadomość – „jeśli zobaczył wiadomość, to dlaczego nie odpisuje?” I w drugą stronę: „ok, on wie, że przeczytałem tę wiadomość. Wypada jakoś zareagować.”

Wywoływanie silnych emocji – o tym, co widzimy w mediach społecznościowych decydują algorytmy, a one premiują treści, które wywołują silne emocje.

Niekończący się strumień treści – nie da się przewinąć instagramowego feedu do końca, tak samo, jak nie da się obejrzeć wszystkich filmów, które podsuwa nam automatycznie YouTube. To my musimy podjąć decyzję i wyjść z aplikacji.

Ta lista to tylko czubek góry lodowej. Technik stosowanych przez twórców aplikacji jest znacznie więcej.

Czytaj też: Korzystasz z 4 procent internetu. Reszta jest niewidzialna. Co kryje Dark Web?

Jak mówić o problemie w sposób konstruktywny?

Problemem nie jest więc cała technologia wytworzona przez ludzkość ani sieć telekomunikacyjna, jaką jest internet. Nie jest nim nawet smartfon, jako urządzenie. Problem stanowią niektóre sztuczki stosowane przez firmy. Jak więc powinniśmy o tym dyskutować?

Przede wszystkim należy skończyć ze skrótami myślowymi, jak „uzależnienie od internetu”. Postawienie sprawy w tak ogólny sposób siłą rzeczy prowadzi do bezradności, bo jak walczyć z technologią, która jest wszędzie i bez której nie wyobrażamy sobie życia? Dodatkowo, dyskusje o „uzależnieniu od internetu” prędzej czy później docierają do momentu, gdy ktoś mówi „ale internet ma też dobre strony, np. mogę kupić bilet na pociąg.” I dyskusja umiera, bo skoro internet jest i zły, i dobry, to przecież go nie zamkniemy ze względu na ryzyko uzależnienia.

Kolejnym powodem, aby zrezygnować z nadużywania terminu „internet” lub „technologia” jest zjawisko technologicznego defetyzmu. Evgeny Morozov nazywa tak przekonanie o tym, że nie mamy wpływu na technologię. Że rozwija się ona jakimś z góry ustalonym tokiem i nic nie jest w stanie tego zmienić. Nasz opór jest więc daremny. Techno-defetysta wierzy, że jedynym sposobem reakcji na nową technologię jest dostosowanie się społeczeństwa. Zgodnie z tą logiką, jeśli krytykujesz nową technologię, to jesteś naiwnym "przegrywem", który nie rozumie mechanizmów rządzących rozwojem cywilizacji.

Techno-defetyści nie dostrzegają, że istnieje wiele technologii, które społeczeństwa dostosowały do siebie i obłożyły licznymi regulacjami. Weźmy motoryzację,  jedną z największych innowacji ostatnich 200 lat. Czy dziwi nas, że produkcja i używanie aut obwarowane jest tyloma przepisami? Czy wyobrażamy sobie świat bez przepisów o ruchu drogowym? Bez wymogów dotyczących bezpieczeństwa pasażerów?

W przypadku uzależnienia od aplikacji walka wydaje się daremna, bo ulegliśmy złudzeniu, że walczymy z technologią będącą niemal jedną z sił natury. Kto racjonalny będzie walczył z takim zjawiskiem? Poza tym, jak żyć bez internetu? Morozov zwrócił uwagę, że zbyt często mówiąc „internet” używamy skrótu myślowego, bo nie istnieje coś takiego jak jedna logika „internetu” czy jeden wspólny zbiór reguł nim rządzących. Właściwszym podejściem jest analizowanie każdej aplikacji, platformy czy usługi z osobna.

Apeluję więc, abyśmy dużo uważniej posługiwali się terminami „technologia”, „internet” czy „smartfon”, szczególnie gdy łączymy je z uzależnieniami czy innymi problemami psychologicznymi. Używając tych skrótów myślowych prawie na pewno będziemy popełniali błąd kierujący dyskusję na niewłaściwe tory.

Zamiast tego mówmy o:

  • projektowaniu uzależnień;
  • konkretnych aplikacjach, które wywołują kompulsywne użytkowanie;
  • konkretnych mechanizmach i manipulacjach;
  • wartości płynącej dla nas z korzystania z konkretnych aplikacji (a nie technologii w ogóle) oraz kosztach, np. naszym czasie;
  • założeniach biznesowych firm, które sprawiają, że opłaca im się wysysać czas i uwagę miliardów ludzi;
    kosztach indywidualnych i społecznych;
  • odpowiedzialności konkretnych projektantów i firm.

Mamy prawo bronić naszego czasu i uwagi

Tak, wiem, powyższe zwroty nie są tak chwytliwe, jak „uzależnienie od internetu”. Bez zmiany języka dyskusji nie mamy jednak szans na zrozumienie istoty problemów i wskazanie, kto jest za nie odpowiedzialny.

Następnym krokiem powinny być działania. Wierzę, że nie należy poprzestawać na rozwiązaniach indywidualnych, jak nadzór rodziców nad aplikacjami używanymi przez dzieci, zmniejszenie liczby powiadomień albo przełączenie smartfona w tryb odcieni szarości (co ogranicza chęć sięgania po niego). Działania indywidualne to za mało. Potrzebujemy działań zbiorowych, politycznych – regulacji prawnych na poziomie państwowym i ponadpaństwowym.

Jeśli ten pomysł wzbudza twój śmiech, to weź pod uwagę, że:

1) W prawie każdej dziedzinie życia istnieją regulacje mające na celu ochronę zdrowia i interesów ludzi – w motoryzacji, przemyśle spożywczym, lotnictwie, gastronomii (np. sanepid).

2) Nasz czas i uwaga są cennymi zasobami – zarówno dla jednostek, jak i dla firm, które na nich zarabiają.

3) Nie da się zaprzeczyć, że jakość naszego życia zależy od tego, czemu poświęcamy czas i uwagę.

4) Częściowo nasz czas i uwaga już są chronione. Regulacje istnieją nawet w takich dziedzinach jak reklama i dziennikarstwo. Istnieją ograniczenia co do tego, co możesz mówić publicznie i reklamować.

5) Komisja Etyki Reklamy co jakiś czas zakazuje emisji reklam, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nakłada kary za komunikację wprowadzającą w błąd. Ograniczeniom podlega również reklama zewnętrzna.

6) Ochrona interesów użytkowników aplikacji ma zatem całkiem solidne podstawy. Pora wykonać kolejny krok i zacząć dyskutować o utworzeniu Kognitywnego Sanepidu – urzędu, który będzie kontrolował praktyki firm, które obecnie walczą o naszą uwagę wszelkimi możliwymi sposobami.

W USA widać już oznaki zmian. Rok temu wystartowała tam pierwsza kampania społeczna mająca na celu zbudowanie świadomości na temat manipulacyjnych mechanizmów, jakie twórcy aplikacji stosują, aby przykuć uwagę dzieci i wydłużyć czas spędzany z ich produktami.

Co znaczące, organizatorzy kampanii wprost przyznają, że inspirują się tym, jak przebiegała walka z paleniem tytoniu. W przypadku papierosów zmiany zaczęły się od zwykłych ludzi, którzy zwracali uwagę na konsekwencje dla najsłabszych – dzieci. Ciąg dalszy walki z papierosami wszyscy znamy – ruch społeczny zaczął wywierać presję polityczną, a to doprowadziło do wprowadzenia regulacji prawnych i kampanii zniechęcających do palenia. Z uzależniającymi aplikacjami może być podobnie.

Szymon Szymczyk - ekspert ds. komunikacji. Pracuje jako konsultant PR, prowadzi bloga edgerunner.pl.

Więcej o:
Komentarze (6)
Uzależnienie od internetu nie istnieje. Prawdziwym problemem jest coś innego
Zaloguj się
  • ltte

    Oceniono 2 razy 2

    To samo słyszałem kiedyś o telewizorze, gadu-gadu, naszej klasie. A wcześniej o grach komputerowych, naturalnie off-line, z przyczyn oczywistych. Jeszcze wcześniej matki narzekały, że synowie cały czas ganiają za piłką. Wszystko to umarło śmiercią naturalną. A pan ekspert najwyraźniej stara się o jakieś płatne konsultacje, mając nadzieję, że postraszył frajerów, którzy mu to zapewnią.
    PS. Przykład o fajkach chybiony. Goownarzeria dalej pali. Taki tani szpan, stosowny do wieku. Też się wyrasta przechodząc na alkohol. Z tego z kolei wyrasta się jeszcze dłużej.

  • iksior66

    Oceniono 1 raz 1

    Technologia to wygodny chłopiec do bicia. Coś się źle dzieje? Wystarczy powiedzieć to wina internetu, komputera, smartfonu itd. Problem z głowy.
    To by było nawet zabawne gdyby nie to że przykrywa rzeczywiste problemy. Pół biedy gdy chodzi o nastolatki, z nimi zawsze były problemy i większość wyrasta z tego. Gorzej gdy wydawałby się poważni ludzie z naukowymi tytułami mówią: "upadek demokracji i popularność populizmu to wina internetu i mediów społecznościowych". Bez żadnej refleksji jaka jest tego przyczyna czy tego że w latach '30 zeszłego wieku nie było żadnego internetu.

  • yigedeyigede

    0

    uzaleznienie od netu, albo inaczej niedobor dobrych stosunkow z najblizszym otoczeniem. to raczej bierze sie ze zrodla, z rodziny - ekranik jest tylko ucieczka.

  • jankes79

    0

    Niby tak, ale jak tylko pojawiają się koncepcje regulacji, to podnosi się krzyk o cenzurze.

  • pomysłowy Dobromir

    0

    A mnie smartfon we wszystkim pomaga, nawet jak mam go w kieszeni to mi się lepiej pije, jakoś tak lżej na duszy. Więc jaki z tego morał: mając smartfon w kieszeni lepiej mi się pije a im więcej pije tym kobiety są ładniejsze więc nie jestem sam hahaha

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX