"Na ponad 90 procent" 40 lat temu była tajna eksplozja jądrowa w pobliżu Antarktydy. Wszystko wskazuje na Izrael

Satelita niespodziewanie wykrył silny błysk na oceanie w pobliżu Antarktydy. Impulsy były bliźniaczo podobne do takich, które są wywoływane przez eksplozję jądrową. Informacja o tym wywołała alarm w Waszyngtonie. Szybko zaczęto jednak sprawę tuszować, bo prawda byłaby bardzo niewygodna dla USA. Po odtajnieniu wielu dokumentów i ponownych analizach, dzisiaj jest jednak niemal pewne, że rzeczywiście 40 lat temu ktoś przeprowadził jedyną w swoim rodzaju tajną próbę jądrową.

Nie ma też specjalnych wątpliwości co do tego, kto mógł to być - Izrael. Jak wynika z odtajnionych dokumentów, amerykańskie służby doszły do takiego wniosku niemal natychmiast. Jednak politycy w Waszyngtonie skutecznie doprowadzili do rozmycia faktów i stworzenia sytuacji braku pewności co do tego, co się wydarzyło 22 września 1979 roku gdzieś w pobliżu należących do RPA bezludnych Wysp Księcia Edwarda.

Teraz, po 40 latach, amerykańska organizacja National Security Archive zajmująca się wydobywaniem z archiwów rządowych niegdyś tajnych dokumentów, oraz renomowany magazyn "Foreign Policy", prezentują nowe dowody, nowe analizy i nowe relacje. Pozwalają one stwierdzić z dużą dozą pewności, że władze USA dobrze wiedziały co się wówczas stało. Jednak ujawnienie tego oznaczałoby potężny problem polityczny. Skoro więc fakty były niewygodne, tym gorzej dla faktów.

Nadzwyczajnie żywotny satelita

Błyski zostały wykryte przez amerykańskiego satelitę Vela 5B. Wystrzelono go na orbitę dekadę wcześniej, w ramach programu monitorowania przestrzegania Układu o Zakazie Testów Broni Jądrowej (w atmosferze, kosmosie i pod wodą), w skrócie LTBT. Krążące bardzo wysoko, niemal w jednej trzeciej drogi do Księżyca, satelity Vela obserwowały kulę ziemską, wypatrując unikalnych podwójnych błysków wywoływanych przez eksplozje jądrowe. Pierwszy, który powstaje w momencie detonacji, kiedy formuje się kula ognia. Milisekundy później zaczyna ona gwałtownie się rozszerzać i na chwilę światło słabnie, ale po kilku kolejnych milisekundach rozbłyska z jeszcze większą mocą. W naturze takie zjawisko nie występuje. Z tego powodu właśnie czegoś takiego wypatrywały satelity.

Kiedy więc 40 lat temu sygnał z Vela 5B został odebrany w centrum kontroli w USA, wywołał duże poruszenie. Ze względu na wiek satelita formalnie był już określany jako "nieaktywny", choć faktycznie część jego czujników nadal działała. Co więcej, nikt się nie spodziewał eksplozji jądrowej w tym momencie i w tym regionie.

W Białym Domu natychmiast zaczęto działać. W ciągu doby odbyło się kilka spotkań współpracowników prezydenta ds. bezpieczeństwa, a on sam był na bieżąco informowany i nakazał objęcie całej sprawy tajemnicą. Administracja prezydencka miała być "w stanie paniki". Trwała już wstępna kampania prezydencka przed wyborami w 1980 roku. Jednym z filarów wizerunku Cartera były działania na rzecz ograniczenia zbrojeń jądrowych. Prowadził między innymi globalną kampanię nakłaniania państw do przystępowania do układu LTBT. Kiedy pod koniec lat 70. na jaw wyszły prace nad bronią jądrową prowadzone przez Indie i Pakistan, doprowadził do objęcia tych państw sankcjami.

W takiej sytuacji ktokolwiek by przeprowadził skryty test w pobliżu Antarktydy, musiałby się spotkać ze zdecydowaną reakcją Waszyngtonu. Tymczasem służby już od pierwszej chwili wskazywały na jednego najbardziej prawdopodobnego winowajcę - Izrael. I tu pojawiał się problem. Carter dopiero co doprowadził do podpisania w 1978 roku porozumienia w Camp David pomiędzy Egiptem i Izraelem, na dobre kończącego erę wojen Państwa Żydowskiego z Arabami. Pod jego rządami zacieśniała się współpraca militarna USA i Izraela. Państwo Żydowskie stawało się ważnym partnerem w regionie.

Co prawda Carter nie był kochany przez lobby pro-izraelskie w USA, ze względu na swój upór i między innymi krytykę działań Żydów wobec Palestyńczyków, jednak od dekad każdy kandydat Partii Demokratycznej (z której był Carter), dostawał wsparcie mniejszości żydowskiej w USA. Było więc o co walczyć wobec zbliżających się wyborów.

Tymczasem wskazanie palcem na Izrael i stwierdzenie, że oto przeprowadził skryty test jądrowy, oznaczałoby potężny problem. Zgodnie z dopiero co wprowadzonymi w ostatnich latach przepisami, trzeba by nałożyć sankcje i odciąć wszelkie wsparcie finansowe. Z dużym prawdopodobieństwem oznaczałoby to potężne tąpnięcie w relacjach USA-Izrael i być może upadek historycznego porozumienia z Camp David, jednego z największych osiągnięć Cartera w polityce zagranicznej.

Dowody podobno były za słabe

Biały Dom miał więc interes w zatajeniu prawdy na temat tego, co stało się na oceanie w pobliżu Antarktydy. Jak twierdzi "Foreign Policy" i autorzy National Security Archive, współpracownicy prezydenta zdecydowali się na politykę "dwuznaczności". Postanowiono po prostu wytworzyć przekonanie, że dowody w sprawie rzekomego wybuchu są słabe i mogło to być coś innego. Temat sprawcy stawał się wobec tego w ogóle niebyły.

Głównym narzędziem administracji do wyjaśnienia incydentu stał się specjalny panel naukowców, powołany przez doradcę prezydenta ds. nauki Franka Pressa. Przewodniczącym zespołu badawczego był doktor Jack Ruina, wykładowca MIT oraz były szef agencji DARPA, zajmującej się rozwojem awangardowych technologii wojskowych. Po niemal roku prac panel stwierdził, że dane z satelity są słabej jakości i nieco inne niż w przypadku wcześniej wykrytych chińskich oraz francuskich prób jądrowych.

Dodatkowo stwierdzono, że nie ma przekonujących dowodów z innych źródeł. Specjalne samoloty wojskowe nie wykryły skażenia w powietrzu, co udało się zrobić przy okazji każdego innego błysku zauważonego przez satelity Vela. Stwierdzono więc, że zjawisko wykryte przez satelitę Vela 5B najpewniej było jakimś nietypowym i niewytłumaczonym zjawiskiem naturalnym. Na przykład wejściem meteoru w atmosferę czy efektem uderzenia mikrometeoru w satelitę. Takie jest oficjalne stanowisko USA po dziś dzień.

Przez ostatnie 40 lat ujawniono jednak wiele dokumentów i pojawił się szereg relacji, które podważają taką interpretację zdarzeń.

Wojsko i służby miały inne zdanie

Znamienna jest notka ze stycznia 1980 roku, opublikowana teraz po raz pierwszy przez National Security Archive. To wewnętrzna komunikacja współpracowników Cartera. Wynika z niej, że ku ich zaskoczeniu jeden z ich kolegów zorganizował spotkanie na temat incydentu z przedstawicielami Pentagonu, Departamentu Energii (odpowiada w USA za broń jądrową w każdym aspekcie poza jej użyciem), laboratorium w Los Alamos (najważniejszy amerykański ds. wojskowych technologii jądrowych) oraz CIA. - Mam wrażenie, że jego głównym celem jest wysłuchanie ich, aby móc ich później bezpieczniej ignorować - pisał o domniemanym zamiarze organizatora autor notatki, Jerry Oplinger.

Dodawał, że niezależnie od spotkania dowiedział się, iż "CIA zamierza przepisać swój pierwszy raport w ramach programu Safeguards-D, w którym stwierdzili, że na ponad 90 procent to był test broni jądrowej". - Musimy to powstrzymać. Nic nie będzie bardziej sugerowało zamiatania sprawy pod dywan, jak przepisanie pierwszej wersji raportu tak, aby pasowała do późniejszych ustaleń naszego panelu naukowców - stwierdzał. W ramach programu Safeguards-D służby USA dostarczały senatorom corocznego niejawnego raportu na temat przestrzegania traktatu LTBT.

Po lekturze tej notatki oraz szeregu innych ujawnionych przez National Security Archive staje się dość jasne, że amerykański wywiad i wojsko zdecydowanie stały na stanowisku, iż satelita Vela 5B wykrył test jądrowy.

Dowody na tajną próbę

Na łamach "Foreign Policy" profesor Leonard Weiss, w 1979 roku pracujący w Senacie jako doradca zaangażowanego w kwestie rozbrojenia jądrowego senatora Johna Glenna, stwierdza, że jego zdaniem służby, wojsko i naukowcy nie mieli wątpliwości. Opisuje między innymi rozmowę ze specjalistą z Laboratorium Los Alamos Heatherem Hawkinsem, który dostał od wojskowego wywiadu dane z Vela 5B, celem pokazania ich koledze z laboratorium Hermanowi Hoerlinowi, twórcy głównych czujników zamontowanych na satelicie. - Nie powiedziałem mu, co to za dane i skąd je mam, tylko poprosiłem o ocenę. On wziął wydruki w rękę, przejechał po wykresach palcem jak dyrygent i od razu stwierdził: Atmosferyczna eksplozja jądrowa. Moc kilka kiloton. Prawdopodobnie ładunek był otoczony czymś dużym, barką albo czymś w tym stylu. Nie mam wątpliwości - relacjonował naukowiec.

Dodatkowe poparcie tezy o teście jądrowym pochodziło z wielkiego radioteleskopu Arecibo. Naukowcy go obsługujący wykryli nietypowe zakłócenia w jonosferze. Wspólnie z wywiadem i inżynierami z Los Alamos doszli do wniosku, że są one prawdopodobnie efektem silnej eksplozji. Jak stwierdzili, "są podobne do tego, co zarejestrowaliśmy po testach radzieckich na wyspie Nowa Ziemia w 1961 roku". Wskazali też obszary, gdzie mogło dojść do eksplozji. Jednym z nich były okolice Wysp Księcia Edwarda.

Trzecim dowodem na poparcie tezy o teście był raport Laboratorium Badawczego US Navy, zajmującego się między innymi siecią podmorskich czujników, wykrywających radzieckie okręty podwodne czy upadki testowanych radzieckich rakiet. Specjaliści z tegoż laboratorium znaleźli w swoich danych wyraźny zapis silnej eksplozji, która miała miejsce 22 września gdzieś w pobliżu Wysp Księcia Edwarda. W ich ocenie była to detonacja niewielkiego ładunku jądrowego. Byli co do tego pewni. Szczegółowy raport jest do dzisiaj tajny, jednak notatki odnoszące się do jego treści zostały ujawnione. W jednej z nich autor stwierdza, że główny naukowiec z laboratorium US Navy był mocno poirytowany oficjalnymi ustaleniami komisji Białego Domu, które nazywał "zamiataniem sprawy pod dywan". W innej jeden z naukowców pisze do doradcy prezydenta, że podczas prezentacji ustaleń US Navy przed komisją dr Ruina i "podczas dyskusji, która się wówczas wywiązała, chyba umknęło wszystkim kilka bardzo ważnych i jednoznacznie udokumentowanych faktów". Po czym szczegółowo opisuje, jak naukowcy analizujący zapisy dźwięków z oceanu, bez cienia wątpliwości doszli do wniosku, że w pobliżu Wysp Księcia Edwarda 22 września doszło do testu jądrowego.

Czwartym dowodem jest znalezienie podwyższonych ilości jodu-131 w tarczycach owiec z okolic Melbourne w Australii. Stwierdził to niezależnie od oficjalnego śledztwa amerykański naukowiec. Przez lata kupował on tarczyce owiec z całego świata i analizował je pod kątem zawartości unikalnych radioaktywnych pierwiastków uwalnianych przez eksplozje jądrowe. Tak się złożyło, że w listopadzie 1979 roku, niecałe dwa miesiące po incydencie, otrzymał tarczyce owiec z okolic Melbourne. O swoim odkryciu w nich jodu-131 zawiadomił służby. Wywiad wojskowy (DIA) stwierdził, że rzeczone owce-dawcy tarczyc, były wypasane w regionie, nad którym przemieszczały się masy powietrza nadlatujące z zachodu, z rejonu rzekomego testu jądrowego. Na ich pastwiska spadł wówczas deszcz. Informacja o tym znalazła się w notce do Zbigniewa Brzezińskiego dorady Cartera ds. Bezpieczeństwa. Można ją przeczytać na stronie National Security Archive. Wywiad stwierdza, że "jod-131 może pochodzić z aktywności radioaktywnej nad południowym Atlantykiem".

Arsenał jądrowy, którego nie ma

Wszystkie powyższe dowody zostały jednak odrzucone przez oficjalny panel jako nie dość wiarygodne lub przekonujące. Kluczowe było to, że podczas 25 lotów specjalnego samolotu zwiadowczego nie wykryto śladów skażenia w powietrzu, a dane z satelity zawierały niewytłumaczalne odchyły od standardowego zapisu błysku eksplozji jądrowej.

Autorzy tekstu w magazynie "Foreign Policy" stwierdzają jednak bez ogródek, że oficjalny raport panelu był narzędziem administracji Cartera w "zamiataniu niewygodnej sprawy pod dywan". W ich ocenie informacje ujawnione na przestrzeni ostatnich 40 lat jednoznacznie wskazują na fakt przeprowadzanie 22 września 1979 roku unikalnego w historii testu jądrowego. Nigdy indziej nie dokonano czegoś takiego w sposób tak skryty.

Artykuł "Foreign Policy" jednoznacznie wskazuje też na Izrael. Takie miało być od początku założenie wojska i służb USA. To jedyne państwo dysponujące bronią jądrową, które mogło wówczas przeprowadzić taki test. Izraelczycy posiadali pierwsze bomby już prawdopodobnie w 1973 roku i poważnie rozważali możliwość ich użycia podczas wojny Yom Kippur. Byli jednak świadomi, że ich nowa broń jest jeszcze prymitywna i w kolejnych latach mieli przeprowadzić forsowny program stworzenia broni termojądrowej o nieporównywalnie większym potencjale. Test w 1979 roku mógł być ostateczną weryfikacją jej działania.

Dodatkowo Izrael współpracował wówczas z RPA, która też rozwijała swoją broń jądrową. W 1977 roku pod presją USA i ZSRR rząd w Pretorii zarzucił przygotowania do swojego pierwszego testu, jednak program trwał nadal. W latach 80. RPA posiadało pewną liczbą prostych bomb jądrowych. Skala kooperacji z Izraelem w ich opracowaniu i wyprodukowaniu nie jest jednak jasna. Oba państwa miały jednak motyw i możliwości, aby przeprowadzić w skryty sposób test jądrowy. Oba wielce by na nim zyskały.

Jest jednak prawdopodobne, że nigdy nie będzie jednoznacznego dowodu. Izraelski arsenał jądrowy jest takim ciekawym zjawiskiem, że wiadomo iż istnieje, znana jest mniej więcej jego historia i możliwości, jednak oficjalnie go nie ma. Rząd Izraela od zawsze w żaden sposób nie komentuje tej sprawy. Oficjalnie nie ujawniono żadnych informacji. Kolejne rządy USA bronią takiego stanu rzeczy, chroniąc Izrael przed międzynarodową presją do poddania się kontroli. Taki stan pasuje Izraelczykom. Ich przeciwnicy wiedzą, że powinni się bać, a oni sami nie muszą się martwić traktatami czy inspekcjami, bo przecież nie ma żadnej izraelskiej broni jądrowej. Nie było oczywiście też jej testów.

Więcej o:
Komentarze (96)
Incydent Vela. Nowe fakty w sprawie tajnego testu jądrowego w 1979 roku
Zaloguj się
  • strange_email

    Oceniono 42 razy 28

    Wychodzi na to, ze Zydzi wspolpracowali z rasistami z RPA nad bronia masowej zaglady :D
    Do tego trzymajac USA za jaja.
    Doskonale. Historia lezy w kacie i poklada sie ze smiechu.

  • demkel

    Oceniono 20 razy 18

    Jak to powiedział kiedyś jakiś izraelski polityk: Izrael nie posiada broni atomowej, ale w razie potrzeby nie zawaha się jej użyć.

  • blumkwist

    Oceniono 54 razy 18

    Skoro już wiemy oficjalnie, że Izrael posiada atomówki, wbrew oficjalnym kłamstwom Tel Awiwu, należy to państwo potraktować równie surowo - albo bardziej - niż Iran, który mimo, że takiej broni nie posiada, to jednak jest atakowany poważnymi sankcjami. No chyba, że Izraela nie dotyczą reguły, które dotyczą wszystkich pozostałych...

  • synkazgroskiem

    Oceniono 20 razy 16

    Ciekawe. Ale dradca Cartera ds. bezpieczenstwa byl Zbigniew Brzezinski, a nie Henry Kissinger.

  • xegar

    Oceniono 24 razy 14

    Więcej informacji niż treść artykułu przekazuje czas, kiedy się pojawił: po wyborach przegranych przez Netanjahu i po zaskakująco prceyzyjnym ataku na saudyjską rafinerię, przeprowadzonym niby przez Iran, tyle że za pomocą pocisków nadlatujących bardzo nie po drodze, bo od strony Izraela. A przekaz może być taki: widzimy co wyprawiacie i coraz więcej trudności nam sprawia bagatelizowanie tego, co robicie. Nie możecie zgrywać biednego narodu pokrzywdzonego Holocaustem i jednocześnie szykować własny Holocaust dla narodu zamieszkującego palestyńskie ziemie. W tych starciach po stronie palestyńskiej ginie 6 osób za każdego jednego Żyda. Rozłożyliśmy ochronny parasol, a wy podkładacie pod niego coraz większy ogień. Przemyślcie to.

  • jac_l_w

    Oceniono 10 razy 10

    Trzeba mieć jaja i spryt, żeby próbę jądrową zrobić w takim momencie, że nie tylko nikt nie nałoży sankcji, ale nawet nikt nie piśnie, że była jakaś próba.

  • onduma

    Oceniono 19 razy 7

    USA tuszuje kazda zbrodnię Izraela. To dowód na opanowanie USA przez zydow gdyz USA nie ma zadnego interesu popierac Izrael psujac sobie stosunki z wieloma panstwami

  • ar16

    Oceniono 27 razy 7

    Izrael to badycki kraj , nie przestrzegajacy zadnych zasad poza tym ktore sa im wygodne.Panstwo teokratyczne rzadzane przez terrorystow i mordecow za biurka i nie tylko.Zydzi to szowinisci i najwieksi rasisci.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX