Dolina Krzemowa to nie ziemia obiecana, to arena dla gladiatorów

Dożywotnie etaty dla zbędnych pracowników i praca na wizach tymczasowych to tylko niektóre realia pracy w Dolinie Krzemowej opisywane w nominowanym do tegorocznych Emmy serialu komediowym "Silicon Valley". Niepozorna produkcja HBO obnaża aktualne problemy trapiące technologiczne imperium.

"Silicon Valley" to przede wszystkim portret codziennych absurdów, wynikających ze specyficznych warunków pracy panujących w technologicznych gigantach. Jest to świat który świetnie znamy z takich produkcji jak "Jobs" czy "Social Network".

Stworzona przez Mike’a Judge’a "Dolina Krzemowa" wchodzi jednak głębiej w biznesową rzeczywistość, koncentrując się na młodym programiście Richardzie Hendricksie, pracującym dla branżowego giganta Hooli (nieprzypadkowe podobieństwa do Google), który w wolnej chwili przypadkiem opracowuje algorytm pozwalający na szybką i bezstratną kompresję danych. Założony przez niego startup Pied Peiper zalicza wzloty i upadki, z jednej strony nękany pozwami ze strony potężniejszej konkurencji, z drugiej narażony na dybiących na jego dorobek intelektualny grantodawców.

Silicon ValleySilicon Valley Fot: materiały prasowe / kadr z serialu

Niczym Hewlett Packard czy Microsoft, Pied Peiper rodzi się w garażu, by wzorem współczesnych startupów rozwinąć skrzydła w inkubatorze oferującym wsparcie kreatywnym twórcom i rokującym biznesom. Takie inkubatory, jak np. Y Combinator, od lat w Dolinie Krzemowej oferują młodym programistom środki finansowe i miejsce pracy w zamian za procentowy udział w zyskach (w Y Combinator jest to 7 proc.). To tam narodziły się takie giganty jak Dropbox, Reddit czy Airbnb.

Silicon ValleySilicon Valley Fot: materiały prasowe / kadr z serialu

W opisywanej w serialu polityce kadrowej konkurujących ze sobą korporacji nie ma miejsca na błędy. Kiedy jeden z pracowników Pied Piper zostaje zwolniony za niską efektywność, błyskawicznie zatrudnia go próbujące wykraść pomysł na konwersję danych Hooli. Mimo że nowy pracownik okazuje się kompletnie bezużyteczny, dostaje podwyżkę i zostaje przesunięty na tzw. ławkę rezerwowych. Z wysoką pensją, nie musi robić nic, byle by tylko nie współpracował z potencjalną konkurencją. Z podobnych praktyk słynie ponoć Google.

Dolina KrzemowaDolina Krzemowa Fot: Coolcaesar / Wikimedia Commons

 Palo Alto ma też swoje ciemne strony, jak np. masowe zatrudnianie pracowników na wizach tymczasowych H-1b, których żywotność wygasa wraz z utratą miejsca zatrudnienia. Dla tysięcy ściągniętych przez korporacje zdolnych fachowców z całego świata oznacza to dwie rzeczy: przymusowy wyjazd albo desperackie szukanie kolejnego pracodawcy.

Niepewność jutra to zresztą spory problem, a spektakularne sukcesy w jedną noc łatwo zmieniają się w nie mniej spektakularne porażki. Niczym ostateczny efekt ciężkiej pracy programistów serialowe Pied Piper, który okazuje się być nieczytelny dla zwykłego użytkownika. Po świetnym debiucie, dynamicznie traci userów, a co za tym idzie szanse na dalsze finansowanie. Na krótką metę ratuje się zakupem ruchu z tzw. "click farmy”.

Silicon ValleySilicon Valley Fot: materiały prasowe / kadr z serialu

 Analogiczna sytuacja spotkała twórców aplikacji społecznościowej Path, która wystartowała w 2010 roku, w zaledwie 2,5 tygodnia notując 1,5 miliona pobrań. Do roku 2012 liczba aktywnych użytkowników spadła do 500 tysięcy dziennie, a w końcu zaledwie 10 milionów miesięcznie, co oznaczało jej koniec.

I choć Elon Musk narzeka, że "Dolina Krzemowa” nie odzwierciedla nawet w 10 procentach jego zawodowej rzeczywistości, szeregowi programiści są zgodni, że z ich perspektywy widok na Dolinę Krzemową jest podobny jak w serialu. Tylko odrobinę mniej śmieszny. 

Silicon ValleySilicon Valley Fot: materiały prasowe / kadr z serialu

Więcej o: