Prof. Jerzy Hausner: Dawałem Mateuszowi Morawieckiemu kredyt zaufania [WYWIAD NEXT+]

Piotr Skwirowski
Nie chcę powiedzieć, że ktoś fałszuje statystykę, ale jak popatrzę na przyrost długu o kilkadziesiąt miliardów złotych w skali roku i obniżony poziom deficytu, to widzę w tym jakąś niespójność, której nie potrafię wyjaśnić - mówi prof. Jerzy Hausner

Piotr Skwirowski: Co pan czuje, gdy patrzy na gospodarkę? To radość, bo wszystko idzie w dobrą stronę? A może raczej złość, bo szanse są duże, ale je marnujemy?

Prof. Jerzy Hausner, wicepremier w rządach Leszka Millera i Marka Belki, były minister gospodarki i pracy, były członek Rady Polityki Pieniężnej: Raczej to drugie. Ale, nie jestem człowiekiem, który zwykł okazywać w takich sprawach złość czy niezadowolenie. Moje dominujące uczucie związane z działaniami rządu w gospodarce to zaniepokojenie i troska.

Z jakiego powodu?

- Po przejściu przez światowy kryzys gospodarczy, po wewnętrznym osłabieniu tempa wzrostu, które miało miejsce na przełomie lat 2012-13, w drugiej połowie 2013 r., w 2014 i 2015 r., uzyskaliśmy pewien stan, nie chcę powiedzieć idealny, ale korzystny. Mieliśmy przyzwoite tempo wzrostu PKB, na poziomie zbliżonym do 3,5 proc. rocznie. To tempo odpowiadało naszemu potencjałowi, czyli nie wywoływało napięcia makroekonomicznego. PiS obejmując władzę państwową zastał gospodarkę na bezpiecznym, relatywnie wysokim poziomie wzrostu i makroekonomicznie zrównoważoną.

Nie trzeba było nic z nią robić?

- Utrzymując to, PiS miał czas na przeprowadzenie reform strukturalnych, które powinny zmierzać do podniesienia produktu potencjalnego. Tym bardziej, że wicepremier Mateusz Morawiecki deklarował, że mamy mieć wzrost na poziomie nie 3,5 lecz 4,5 proc. Ponadto zamierzał doprowadzić do zmiany modelu konkurencyjności polskiej gospodarki na bardziej zaawansowany. Czyli oparty nie o tanią pracę, a o innowacyjność. Powinien więc rozpocząć proces, który sam nazwał wyciąganiem Polski z pułapki średniego rozwoju. To pozwoliłoby na bezpieczne podniesienie poziomu wynagrodzeń w stosunku do wzrostu wydajności pracy. Rolą wicepremiera Morawieckiego, którą sam sobie wyznaczył, było utrzymać to, co mamy i stworzyć możliwość dokonania takich przeobrażeń strukturalnych, które pozwolą osiągnąć kolejne cele strategiczne.

Morawiecki podołał?

- Postawienie celów było prawidłowe. Bo jeśli Morawiecki mówił, że musimy zwiększyć poziom inwestowania, przy czym przede wszystkim chodzi o inwestycje z oszczędności krajowych, proinnowacyjne, w sektorze prywatnym, to należało temu przyklasnąć. O to bowiem właśnie na tym poziomie rozwoju naszej gospodarki szczególnie chodziło.

Jesteśmy w 2017 r., PiS rządzi półtora roku, a na dobrą sprawę, biorąc pod uwagę wybór Andrzeja Dudy na prezydenta w połowie 2015 r., to dwa lata. Tymczasem poziom inwestycji został obniżony, zamiast zwiększyć poziom nakładów inwestycyjnych do PKB, myśmy go obniżyli. Wzrost gospodarczy przejściowo obniżył się w zeszłym roku. Teraz jest pobudzany za pomocą stymulatorów fiskalnych, które jednak nie podnoszą naszego potencjalnego produktu.

Rozdajemy pieniądze?

- Można powiedzieć, że fundujemy sobie dodatkowe zadłużenie. Mieliśmy zwiększyć oszczędności, zamiast tego je zmniejszamy. Nasz wzrost ciągnie konsumpcja, a miały ciągnąć inwestycje.

To źle?

- Samo w sobie nie. Pod warunkiem jednak, że nie odbywa się kosztem niedoinwestowania. Doszliśmy do sytuacji, w której mamy ujemną dynamikę zasobów pracy. Zaczyna brakować rąk do pracy. Jeśli tak jest, a chcemy wzrostu nawet wyższego niż ten, który dotychczas uzyskujemy, to konieczne jest podniesienie produktywności. Jedyna droga do tego to więcej inwestycji. I to inwestycji efektywnych. Koło się zamyka.

Skąd ten brak inwestycji? Jarosław Kaczyński mówi, że firmy nie inwestują na złość rządowi.

- Nikt na złość rządowi nie rezygnuje z zarobku. Jeśli przedsiębiorca nie inwestuje, to znaczy, że nie spodziewa się odpowiedniego zwrotu z kapitału. A nie spodziewa się, bo nie widzi perspektyw, które mogłyby go do tego przekonać. Wiadomo, że ryzykuje, że nie może mieć pewności. Ale są granice ryzyka.

Tymczasem poziom niepewności co do perspektyw polskiej gospodarki jest bardzo wysoki. I nie wynika tylko z zagrożeń zewnętrznych, których jest nie mało. W dużo większym stopniu odpowiada za nie to, co dzieje się w naszym kraju. Nieczytelność polityki gospodarczej i szereg działań, które oznaczają destrukcję porządku prawnego. Taka destrukcja musi u każdego inwestora wywołać przekonanie, że ryzyko jest zbyt duże. Jeśli reguły gry są niejasne, bo są zmieniane całkowicie arbitralnie, to nie mogę sobie pozwolić na inwestowanie.

Mamy teraz trzy miesiące wyjątkowo dobre jeśli chodzi o ściągalność VAT. Wiemy jednak, że to efekt zmiany regulacyjnej, która odebrała firmom możliwość rozliczania podatku raz na kwartał. Skrócono go do miesiąca. Jednocześnie wydłużono okres zwrotu podatku. W budżecie są więc dodatkowe pieniądze z wcześniejszych wpłat i te, których jeszcze nie zwrócono. Mamy nadwyżkę, ale pozorną. To operacja księgowa.

Tymczasem przedsiębiorca ma wyższe koszty, bo musi mieć więcej pieniędzy na utrzymanie płynności. Z drugiej strony dłużej musi czekać na zwrot VAT od fiskusa. Więc traci po jednej i po drugiej stronie. I zastanawia się, co złego mogą mu jeszcze zafundować rządzący.

Jeśli dodatkowo słyszy, że za źle wystawioną fakturę można pójść na dziesiątki lat do więzienia, jeśli słyszy o możliwej konfiskacie majątku firmy, o dotkliwszych kontrolach, to suma tych wszystkich złych sygnałów sprawia, że poczucie niepewności i niestabilności gwałtownie rośnie. Ludzie stają się nie tylko ostrożni, ale przestraszeni. Zastanawiają się raczej, jak się zabezpieczyć, a nie jak inwestować. Jak nie pozwolić zabrać sobie tego, co mają. I to dotyczy także szeregowych obywateli. Ciągle mnie ktoś pyta, jak się zabezpieczyć.

I co im pan odpowiada?

- Mówię im: nie wariujcie. Żadna katastrofa nie nastąpi. Ale z drugiej strony mówię, że powinni się spokojnie zastanowić nad tym, jak działać, aby ryzyko było do opanowania. Także jaki wpływ jako przedsiębiorcy mogą mieć na politykę gospodarczą. Jak docierać do rządzących. Kiedyś istniała Rada Przedsiębiorczości, która skupiała przedstawicieli różnych organizacji biznesowych. To był partner dla rządu. Szanowałem tego partnera. Z kolei oni budowali moją wiarygodność. Ich opinia, że rzetelnie działam na rzecz przedsiębiorczości, umacniała moją pozycję w rządzie i w stosunku do opinii publicznej. Ten dialog był ważny, bo przedsiębiorczość jest siłą polskiej gospodarki. Większość z tego, co osiągnęliśmy, osiągnęliśmy dzięki przedsiębiorczości. Tego nie wolno osłabiać.

Rząd osłabia?

- Tak, erozja związana z przedsiębiorczością wyraźnie postępuje. Jednym z jej przejawów jest to, że prywatne firmy, mimo relatywnie dobrych wyników, nie inwestują. To osłabia potencjał naszego wzrostu.

Nawet jeśli tempo wzrostu PKB, w tym i w przyszłym roku, przekroczy 3 proc., to stanie się to za cenę pogłębiania się napięć makroekonomicznych. Jednym z tego przejawów jest niebezpieczeństwo wzrostu inflacji. Oczywiście czynniki międzynarodowe trochę je osłabiają, bo ceny na rynkach surowcowych i być może żywnościowych nie rosną tak bardzo jak parę kwartałów temu, więc zewnętrzna presja inflacyjna nie jest silna, ale działają czynniki wewnętrzne, które będą pchały ceny w górę. Ot, choćby sytuacja na rynku pracy. Mamy rynek pracownika. Będzie presja na wzrost wynagrodzeń. Już dzisiaj płace rosną szybciej niż wzrost wydajności pracy. Zamiast podbudowywać konkurencyjność naszej gospodarki, powoli ją osłabiamy.

Ekonomiści twierdzą, że ruszą inwestycje publiczne. Że samorządy odważniej sięgną po pieniądze unijne. Że inwestować zaczną firmy państwowe.

- Dobrze. Samorządy poprawiły swoją sytuację finansową - przykładem jest choćby Kraków, który miał stosunkowo wysokie zadłużenie, ale z niego wyszedł - więc będą mogły wrócić do inwestowania. Tylko o czym rozmawiamy? To absolutne nieporozumienie, jeśli dyskutujemy o poziomie nakładów, a nie patrzymy na ich strukturę. To, że wybudujemy więcej dróg, linii kolejowych, nie da nam wzrostu gospodarczego. To są tylko warunki konieczne i sprzyjające, ale to nie są warunki wystarczające. Nawet jeśli wokół inwestycji publicznych, infrastrukturalnych, pojawią się dodatkowe inwestycje biznesowe, prywatne, choćby hotelik obok stadionu wybudowanego przez samorząd, to nie są to inwestycje, o które nam chodzi w kontekście wzrostu gospodarczego i konkurencyjności gospodarki. Kluczową sprawą są autonomiczne inwestycje prywatnych przedsiębiorstw, które powstają w wyniku chęci ekspansji, rozumianej nie tylko w sensie skali działalności, ale także jej modelu.

Budowania wartości firmy?

- Tak. Jeśli prywatnych, proinnowacyjnych inwestycji nie będzie, to to, na czym zależy Morawieckiemu, po prostu się nie stanie. A póki co tego nie ma, bo poziom ryzyka jest za wysoki. Jeśli jest tak, że przedstawiciele rządu co jakiś czas zapowiadają kolejną reformę systemu podatkowego, tylko nikt nie wie na czym ma ona polegać, bo jedni mówią tak, a drudzy inaczej, to przedsiębiorca słyszy: nie inwestuj. Nie jest w stanie zrobić rachunku ekonomicznego. Nie potrafi policzyć, czy inwestycja mu się opłaci. Nie inwestuje się w ciemno. Są sektory gospodarki, gdzie stabilność reguł potrzebna jest na dwadzieścia i więcej lat. Nikt nie będzie inwestował w kopalnię, gdy nie będzie miał jasnych wieloletnich perspektyw. Na tym poległ nasz gaz łupkowy. Nie ma dziś odwiertów i poszukiwań w skali, które mogłyby coś przynieść. Bo warunki gry były niejasne i co chwilę się zmieniały. Inwestorzy uciekli.

Eurostat porównał niedawno deficyty sektora finansów publicznych w krajach UE w 2016 r. Mamy piąte miejsce od końca, czyli wysoki deficyt jak na Unię, ale nasze 2,4 proc. PKB jest równocześnie niższe niż w poprzednich latach. Oddaliliśmy się od dopuszczalnej w UE granicy 3 proc. PKB deficytu. To zatem dobre dane czy złe?

- To dość dziwna rzecz. Bo z jednej strony mamy przedstawiony przez polski rząd deficyt, który spadł do poziomu 2,4 proc. PKB, z drugiej gwałtowny wzrost długu publicznego liczonego w proporcji do PKB. Coś tu nie gra. Nie chcę powiedzieć, że ktoś fałszuje statystykę, ale jak popatrzę na przyrost długu o kilkadziesiąt miliardów złotych w skali roku i obniżony poziom deficytu, to widzę w tym jakąś niespójność, której nie potrafię wyjaśnić. Nie zarzucam nikomu manipulacji, uważam jednak, że wymaga to wyjaśnienia.

Potrzebne są rzetelne dane. Takie, na których można się opierać, a nie takie, które mają się podobać. Bo, jeśli są rzetelne i widać z nich, że dzieje się coś złego, to można skutecznie interweniować. W nierzetelnych danych nie znajdziemy ostrzeżenia przed nadciągającym zagrożeniem.

Rząd twierdzi, że w kolejnych latach deficyt będzie malał.

- Według prognoz, na których polegam, robionych przez Mirosława Gronickiego oraz Janusza Jankowiaka, w tym roku będziemy mieli deficyt zbliżony do 3 proc. PKB. W następnym roku będzie powyżej tej granicy.

Z jakiego powodu?

- No właśnie z powodu zwiększonych wydatków na konsumpcję. Jednocześnie nie będziemy mieli jednorazowych wpłat ze sprzedaży częstotliwości LTE czy z zysku banku centralnego.

Wpłata NBP w tym roku ma być rekordowa.

- Tak, ale czy taka będzie w przyszłym roku? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że i tak będzie daleko niewystarczająca do pokrycia zwiększonych wydatków budżetu. Poza tym, zgodnie z zasadami księgowości budżetowej, ta wpłata w żaden sposób nie wpływa na poziom deficytu, musi pójść na obniżenie długu publicznego. A w odniesieniu do poziomu długu tegoroczne 9 mld zł z NBP to niewielka kwota.

W przyszłym roku polskie finanse zaczną odczuwać obniżkę wieku emerytalnego.

- I natychmiast pojawi się dodatkowy deficyt. ZUS policzył, że łącznie sięgnie 50 do 70 mld zł. To poważny problem.

Obniżka wieku emerytalnego to głupota polityczna? PO z PSL odwaliły kawał niewdzięcznej roboty. Podjęły bardzo trudną i niepopularną decyzję, podniosły wiek emerytalny, żeby ratować rynek pracy i system emerytalny. Być może za to zapłaciły przy wyborach. PiS mógł z tego skorzystać. Odwrócił jednak tę reformę.

- PiS zawarł porozumienie o obniżce wieku emerytalnego ze związkiem zawodowym Solidarność. To zbudowało mu część poparcia społecznego w wyborach. Teraz trzeba jednak za to poparcie zapłacić. Wielką cenę: w sytuacji, w której mamy narastający deficyt zasobów pracy, dodatkowo, znaczącej grupie ludzi umożliwiliśmy wyjście z rynku pracy. Pogarszamy sytuację ZUS i na rynku pracy. Jest oczywiste, że będzie to miało dalsze reperkusje. Widać wyraźnie, że jesteśmy na ścieżce, która będzie prowadziła do wyższych deficytów i wyższego zadłużenia.

Można to jakoś powstrzymać?

- Tylko poprzez powrót do polityki, która będzie zorientowana głównie na podtrzymywanie programu wyższej konkurencyjności gospodarki i wzrost jej innowacyjności.

Powinniśmy się wycofać z programu 500+?

- Nie wierzę w to, że politycznie można się z tego wycofać. Radzę jednak, by się nie licytować dalej na to, kto da więcej.

Kto pana zdaniem jest lepszy dla naszej gospodarki: Morawiecki w rządzie PiS czy Rzońca w rządzie PO?

- Andrzej Rzońca jest znakomitym ekonomistą. Wiążę z nim bardzo duże nadzieje. Przez kilka lat byliśmy w Radzie Polityki Pieniężnej. Mam do niego absolutne zaufanie. Cieszyłbym się, gdyby w przyszłości, decydował o programie gospodarczym rządu. Jest do tego przygotowany. Odradzam mu jednak brylowanie w mediach, wchodzenie w rolę potencjalnego kandydata. To go zniszczy. Niech pilnuje swojej rzetelności analitycznej i roztropności.

A Mateusz Morawiecki?

- Od początku sceptycznie patrzyłem jego angażowanie się w politykę partyjną i wchodzenie w buty kandydata na premiera. Życzę mu, aby powiódł się jego główny plan gospodarczy, ten który zapowiedział publicznie ponad roku temu. Jeśli w konsekwencji sukcesu, który odniesie polska gospodarka, sukcesu, do którego on się przyczyni, stałby się premierem, to wydaje mi się, że źle dla Polski by nie było. Ale nie w odwrotnej kolejności. Tymczasem mam wrażenie, że więcej w tym wszystkim jest wchodzenia w rolę polityczno-partyjną, niż myślenia o gospodarce.

Już Jacek Rostowski był ministrem finansów, który przekraczał granice dopuszczalnego zaangażowania politycznego. Momentami w większym stopniu był politykiem partyjnym niż politykiem gospodarczym.

Ale finanse trzymał mocną ręką.

- To zależy kiedy. Skoro, w 2009 r. deficyt skoczył z 2,2 do 7,9 proc. PKB, to nie można chyba mówić o twardej ręce.

Wtedy mieliśmy na głowie światowy kryzys gospodarczy.

- Tak, był kryzys. Ale nie da się obronić tego, że kraj, w którym przez cały czas był wzrost gospodarczy, zwiększył poziom deficytu najbardziej w Europie. Rostowski dał też zły sygnał, zachęcił do rozdawnictwa, gdy sięgnął po pieniądze w OFE. Teraz to co zostało w Funduszach Emerytalnych, jest rezerwą, po którą chce sięgnąć PiS.

Grzegorz Kołodko, ten dopiero był politykiem.

- Sam dla siebie. Był „trzecim członem koalicji”. Bardziej chodziło o własny wizerunek, co zresztą przynosiło mu często szkody, niż o partyjność, w tym znaczeniu, że zabiegał o wyższe stanowiska. Pilnował dobrze spraw gospodarczych. Miał raczej chorobę medialną niż partyjną.

Jest pan autorem programu zwanego planem Hausnera. On jest znacząco inny niż plan Morawieckiego.

- Różnica między naszymi programami polega na tym, że mój był przede wszystkim planem ratunkowym. Znalazłem się w sytuacji innej niż Morawiecki. Musiałem ratować finanse publiczne przed zapaścią. Jarosław Bauc, uprzedni minister finansów mówił, że w długu publicznym mamy niewyjęte 55 proc. PKB. Złoty w relacji do euro szybował w kierunku 5 zł. Bezrobocie wynosiło ponad 20 proc, mieliśmy 3,5 mln osób bezrobotnych w urzędach pracy. Wśród absolwentów bezrobocie sięgało 40 proc. Gasiłem pożar. Nie tylko w finansach państwa. Morawiecki zastał gospodarkę w dobrym stanie.

Teraz też dług publiczny sięga niemal 55 proc. PKB i rośnie.

- No tak, ale tę sytuację rząd sobie sam ściągnął na głowę, gwałtownie zwiększając wydatki konsumpcyjne.

Morawiecki popsuł?

- Przyjął do wiadomości, że istnieją pewne zobowiązania z kampanii wyborczej. Podniesienie minimalnego wynagrodzenia, w tym minimalnej stawki godzinowej... Nie mówię, że to złe. Przesadzono jednak z wysokością. Popełniono błąd ekonomiczny.

Morawiecki uznał, że trzeba obniżyć wiek emerytalny i bardzo hojnie rozdać pieniądze w ramach programu 500+. Autoryzował to. Tym samym przyczynił się do osłabienia równowagi makroekonomicznej. Podważył możliwość realizowania tego, co zadeklarował. Osłabił swoją zdolność działania strategicznego. Nie zrobił nic, by pobudzić inwestycje przedsiębiorstw. Słyszę o konstytucji dla firm, o ułatwieniach. Ciągłe trąbienie na ten temat staje się irytujące. Bo praktyka jest odwrotna. Gdy nie można ściągnąć składek ZUS od podwykonawcy budowlanego, ściąga się je od głównego wykonawcy. Czyli w praktyce od innej firmy. Terroryzowanie przedsiębiorców kontrolami, grożenie im, to nie jest atmosfera, w której pojawi się to wszystko, na czym deklaratywnie zależy Morawieckiemu. Jego plan to dokument, który powoli przesuwa się na półkę.

Nie wieszczę katastrofy, nie mówię też, że mamy jakąś dramatyczną sytuację. Widzę jednak narastające problemy i brak reakcji. W gospodarce mamy więcej chaosu niż planu Morawieckiego. To mnie niepokoi. Z dnia na dzień to się nie wywróci. Polska gospodarka ma solidne podstawy. Ale te solidne podstawy, to przedsiębiorczość, którą rząd podkopuje.

Komentatorzy mówią, że PiS ma szczęście. Że ilekroć dochodzi do władzy, koniunktura gospodarcza mu sprzyja.

- Też to słyszę. Ale co to ma do rzeczy? Jak jest zła sytuacja, to trzeba się brać do roboty, nie marudzić.

Zgoda. Ale, jak jest dobra, to trzeba to wykorzystać.

- W powiedzeniu głupi ma szczęście jest błąd. Bo głupi, jeśli nawet ma szczęście, to i tak nie potrafi tego wykorzystać. Ilu ludzi wygrało w totolotka i szybko roztrwoniło cały majątek? Trzeba więc być mądrym, żeby umieć skorzystać ze szczęścia.

Właśnie o to mi chodzi.

- Dawałem Morawieckiemu kredyt zaufania. Choć jednocześnie od samego początku podkreślałem lekceważenie problemu nierównowagi w finansach publicznych. Ten problem został zepchnięty na bok. Morawiecki prawidłowo ponazywał inne problemy. Ale nazwać, a robić, to dwie różne rzeczy. Michał Boni napisał najprawdopodobniej najciekawszą wizję rozwojową Polski. Co z tego? Gdy to przedstawiał publicznie, mówiłem: „Michał, Ty zachowujesz się jak profesor, a jesteś politykiem. Masz to zrobić, a nie tylko mówić”. Na koniec okazało się, że nic z jego programu nie wyszło, to była tylko dekoracja.

Tak samo będzie z planem Morawieckiego?

- Pytanie czy to, co w końcu w ministerstwie zostało opracowane, to w ogóle jest główny plan ekonomiczny czy administracyjne rozpisania resortowych zadań. Na ponad 300 stronach zapisano i pomieszano wszystko ze wszystkim. To dokument, który może służyć jedynie wydawaniu i wyciąganiu publicznych pieniędzy. To może uruchamiać przepychankę o dostęp do środków finansowych, zastępującą wysiłek ukierunkowany na efektywne gospodarowanie. Nie da się w ten sposób zapewnić krajowi rozwoju. Dla mnie to oznacza, że nadal pozostaniemy wielką gospodarczą montownią, głównie samochodów, mistrzami w przykręcaniu śrubek.

Ale Morawiecki właśnie to chce zmienić. Mamy zbudować własną markę motoryzacyjną.

- Mocno podkreślam, że od budowania fabryk i projektowania produktów nie jest rząd. Od tego są przedsiębiorcy. Niech rząd im stworzy warunki. Resztę zrobią sami.

Gdy byłem wicepremierem ciągle ktoś przychodził do mnie w sprawie lotnisk. „Zbudujmy kolejne, tu i tu” - namawiali. Odpowiadałem: „Będzie tyle lotnisk, ile dobrych projektów. Uruchomimy pieniądze publiczne, jeśli ponad 50 proc. wyłoży prywatny biznes”. Jeśli prywatni inwestorzy dadzą na lotnisko pieniądze, to ma to ekonomiczny sens. Oni to potrafią skalkulować. Ryzykują własnymi środkami i zrobią co należy, aby mieć zwrot z poniesionych nakładów. Jeśli ktoś przychodzi i mówi, że postawi fabrykę samochodów elektrycznych, że będzie eksportował, ale przeszkadzają mu jakieś przepisy, to warto się zastanowić, czy i jak mu pomóc. Czy to realne, czy usunięcie tych przepisów nie zaszkodzi komuś innemu, czy nie popsuje rynku. Ale to jego inwestycja i jego ryzyko.

Publicznie pastwię nad pomysłem budowy satelity. Co to za problem wybudować satelitę? Problemem jest przemysł kosmiczny, który pociągnie całą gospodarkę. Ale przemysłu kosmicznego nie stworzy nasz przemysł zbrojeniowy zarządzany tak, jak jest zarządzany. Nie stworzy go państwo. Państwo tworzy warunki, może wspomagać. Ale inwestycja leży po stronie przedsiębiorcy. To on ponosi ryzyko. Nie może być tak, że ktoś zarobi tylko dlatego, że dałem mu przywileje. To nie daje efektywności i nie podnosi konkurencyjności. Na końcu to osłabia i niszczy gospodarkę. Epoka gierkowska niech czegoś nas uczy.

Wybory we Francji wygrał Emmanuel Macron. To dla nas dobrze?

- To zależy od nas. Przekonujące zwycięstwo Macrona oznacza, że będziemy wkrótce mieli Unię Europejską, która będzie formowała swojego silnie jądro. Będziemy musieli w przyspieszonym tempie rozstrzygać, do jakiego stopnia chcemy być wewnątrz trzonu europejskiego, także w strefie euro. Jeśli zdecydujemy się zostać na zewnątrz, znów znajdziemy się na peryferiach Europy. Ale innego strategicznego wyboru nie będzie. Skończy się jazda na gapę, czy nam się to spodoba czy nie.

Więcej o:
Komentarze (142)
Prof. Jerzy Hausner: Dawałem Mateuszowi Morawieckiemu kredyt zaufania [WYWIAD NEXT+]
Zaloguj się
  • wojteksta

    Oceniono 40 razy 26

    Najlepszy przykład nieciągłości państwa i niepewności to OZE. Ludzie zainwestowali, bo były jasne reguły. A przyszedł nowy i z dnia na dzień uwalił wiatraki, uwala fotowoltaikę, elektrownie wodne. Bo ma taki kaprys. Mało tego, zamiast oświadczyć, że poprzedni mix energetyczny (do 2060) jest OK i tylko wymaga poprawek, to ci imbecyle zamawiają nowy. I jak tu liczyć na pewność inwestowania? Ale cóż, populiści zamiast ulepszać, zaczęli od rozwalania.

  • gandalph

    Oceniono 31 razy 23

    "Ryzykują własnymi środkami i zrobią co należy, aby mieć zwrot z poniesionych nakładów."
    Cały artykuł można by zastąpić tym jednym zdaniem. Nie będzie niczego bez prywatnych inwestycji. A nie będzie prywatnych inwestycji bez sprzyjającego klimatu, na który składa się PORZĄDNE prawo, PORZĄDNE sądy (w tym Trybunał Konstytucyjny), innymi słowy, jasne, czytelne i stabilne reguły gry.
    I jeszcze na deser: "Państwo tworzy warunki, może wspomagać. Ale inwestycja leży po stronie przedsiębiorcy. To on ponosi ryzyko. Nie może być tak, że ktoś zarobi tylko dlatego, że dałem mu przywileje. To nie daje efektywności i nie podnosi konkurencyjności. Na końcu to osłabia i niszczy gospodarkę. Epoka gierkowska niech czegoś nas uczy."

  • redakotr

    Oceniono 15 razy 13

    gospodarka wciąż pędzi siłą nadaną przez poprzedni rząd oraz dobrą sytuację w Europe, to nie ma absolutnie żadnej zasługi Morawieckiego. Morawiecki to typowy bankowy menadżer - czyli prezentacja raz na pół roku - a reszta czasu spędzona w jakimś kurorcie za pieniądze klientów (tu - podatników)

  • behemot.02

    Oceniono 19 razy 11

    Siedzi sobie Morawiecki na gałęzi, podcina wspólnie z tatusiem tę gałąź i cieszą się, że słońce świeci a poprzednicy tej gałęzi nie ucieli. A durna publika im kibicuje

  • piuotr60j

    Oceniono 10 razy 6

    Pytanie do prof. Jerzego Hausnera: "Kto pana zdaniem jest lepszy dla naszej gospodarki: Morawiecki w rządzie PiS czy Rzońca w rządzie PO?"
    Panie redaktorze Skwirowski, odpowiedź jest banalnie prosta i mógł pan pominąć to pytanie, wystarczyło tylko sprawdzić np. w NET'cie przygotowując się do wywiadu, że Morawiecki z wykształcenia jest historykiem i tylko magistrem, zaś pan Andrzej Rzońca to dr habilitowany nauk ekonomicznych.
    Czy historyk, nawet po jakiś kursach ekonomicznych na zagranicznych uczelniach, na których kupuje się zwyczajnie świadectwa ukończenia nauk (na marginesie - gdy usłyszałem w TV angielszczyznę Morawieckiego, nabrałem wątpliwości, że on poza pubami gdzieś czegoś się uczył) może być lepszym znawcą problemów ekonomicznych od posiadającego najwyższy stopień naukowy ekonomisty? Bądźmy jednak poważni, bo wywiad z p. prof Hausnerem wymaga powagi.

  • pyffello114

    Oceniono 11 razy 5

    To są skutki tego, że historyk udaje ekonomistę
    Gołym okiem widać, że pan Morawiecki nie daje sobie rady na zajmowanych stanoawiskach. Miota się od jednej decyzji do drugiej:
    1.będzie podatek jednolity - nie będzie podatku jednolitego
    2. emeryci nie będą mogli pracować - emeryci będą mogli pracować
    3.będzie podatek od umorzonych długów - nie będzie tego podatku
    Trzeba, proszę Państwa, zdawać sobie sprawę z tego, że pan Morawiecki nie ma ŻADNEGO wyższego wykształcenia ekonomicznego. Żadne kursy menedżerskie, przydatne do pracy w banku, nie zastąpią rzetelnych ekonomicznych studiow uniwersyteckich. Z jego wypowiedzi często widać elementarny brak wiedzy na temat podstawowych zagadnień makro-ekonomicznych. Jest .... historykiem- magistrem historii.
    Tak to , z nadania Kaczyńskiego, rozwój gospodarczy Polski leży w rękach ... historyka!!!!!
    Nie trzeba dodawać, że to nie wróży najlepiej na przyszłość. Groźba drugiej Grecji w Polsce może okazać się całkiem realna.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX