Andrzej Porawski: Wojna rządu z samorządami? Ona już trwa [WYWIAD NEXT+]

Wiemy, że PiS jest partią, która ma w programie centralizację państwa. To żadna niespodzianka. Ale my z tym walczymy. Tak jak walczyliśmy przeciwko głupim pomysłom SLD, AWS, czy PO i PSL - mówi Andrzej Porawski, działacz samorządowy, dyrektor Związku Miast Polskich.

Piotr Skwirowski: Co się dzieje w finansach samorządów? W poprzednich latach miały szybko narastające zadłużenie i wysokie deficyty. Teraz długi spadły, a w miejsce deficytów w wielu samorządach pojawiły się nadwyżki.

Andrzej Porawski, działacz samorządowy, dyrektor Związku Miast Polskich: - Gdyby patrzeć tylko na wyniki ostatniego roku, to sytuacja finansowa samorządów nie jest zła. Poziom zadłużenia jest przyzwoity. W tym sensie, że nie jest groźny. To jest około 70 mld zł, przy łącznym budżecie samorządów sięgającym 200 mld zł w danym roku. To budżet bez 500+, bo na wypłatę dodatków na dzieci dostajemy osobno ponad 20 mld zł. No ale, tak czy inaczej, zadłużenie trzeba spłacić. Ono przyrastało w latach największego wysiłku unijnego. W ostatnich pięciu latach trochę spadło. Ale teraz na pewno znów będzie rosło, bo na nowe projekty unijne będzie się trzeba zadłużyć.

Tymczasem dopuszczalne poziomy zadłużenia zostały źle ustalone. Dopuszczalny to taki, który bez szkody dla finansów danego samorządu będzie on mógł spłacić. Po to wprowadzono indywidualny wskaźnik zadłużenia, żeby można było prowadzić taką politykę.

Ale wzór, który wymyślono na indywidualny wskaźnik zadłużenia, jest nieprawidłowy. Matematycznie i filozoficznie. Bierze pod uwagę nadwyżkę operacyjną z ostatnich trzech lat. Tymczasem we wszystkich prognozach średniookresowych bierze się pod uwagę dłuższe okresy. Może być tak, że nadwyżka z jakichś trzech lat jest przypadkowo bardzo korzystna, albo przypadkowo zerowa. Proponowaliśmy żeby pod uwagę brane były okresy siedmioletnie. Ministerstwo Finansów było oczywiście mądrzejsze.

To było jeszcze w czasach ministra finansów Jacka Rostowskiego, który toczył z samorządami wojny o to, by ich deficyty były jak najniższe.

- Wiceminister finansów Hanna Majszczyk, która odpowiada za budżet i finanse samorządów, jest z jego szkoły.

O, jest w resorcie finansów znacznie dłużej. Pracowała tam na długo przed Rostowskim.

- Jej celem, podobnie jak Rostowskiego, przy konstruowaniu tego wzoru, wcale nie było ograniczenie możliwości zadłużenia się samorządów powyżej bezpiecznego progu. Chodziło o to, że z punktu widzenia Unii Europejskiej, która dla Rostowskiego była wyrocznią absolutną, nie można przekroczyć określonego poziomu zadłużenia jako kraj.

Na to zadłużenie przekładał się nie tylko deficyt budżetu państwa, ale także deficyt samorządów. W latach, kiedy wykonywaliśmy projekty unijne, deficyt samorządów sięgał 1 proc. PKB. A ponieważ deficyt całego sektora finansów publicznych nie mógł przekroczyć 3 proc. PKB, a rząd sam chciał się zadłużać, no to najprostszą metodą, było złapanie za gardło samorządów.

Niestety, parę tygodni temu pojawił się projekt autorstwa minister Majszczyk, która postanowiła jeszcze zaostrzyć rygory zadłużania się samorządów. Jestem przekonany, że z tych samych powodów. Tymczasem, jeśli mamy wydać pieniądze z nowej perspektywy unijnej, a chcemy to zrobić, to musimy to uelastycznić.

Jesteśmy w tej chwili w dziwnej sytuacji, bo minister rozwoju Mateusz Morawiecki deklaruje chęć stabilizacji i wzmocnienia finansów samorządowych. I patrząc na „Strategię odpowiedzialnego rozwoju” i to, co tam wiąże się z samorządami, nie mamy podstaw, by te plany krytykować. One są dobre. Uwzględniają udział samorządów w rozwoju kraju. I zakładają wsparcie samorządów w tym zakresie.

Problem w tym, że niedawno minister rozwoju został też ministrem finansów. I z tego drugiego ministerstwa wychodzi fatalny projekt pani Majszczyk. Odpowiedzialność za to, że ten projekt się w ogóle pojawił, ponosi jednak Morawiecki, a nie ona, bo to on jest ministrem finansów, a nie ona. I to on powinien dbać o to, żeby takie brednie z jego ministerstw nie wychodziły.

Skąd się wzięła zeszłoroczna nadwyżka w budżetach samorządów?

- Mniej inwestowaliśmy. W efekcie samorządy miały 8 mld zł nadwyżki. Tyle, że z tej nadwyżki 4 mld zł już wydały - na wcześniejszą spłatę zadłużenia. Resztę zostawiliśmy na inwestycje w kolejnym roku. Oba te działania to jednak zwiększenie możliwości inwestowania przez samorządy w przyszłości. Bo nowy dług samorząd może zaciągnąć tylko na inwestycję. Nie może wziąć kredytu wieloletniego na konsumpcję, na wydatki bieżące. W związku z tym myśmy o te 8 mld zł zwiększyli nasze możliwości inwestycyjne.

Mówiło się, że samorządy boją się inwestować. Że boją się CBA.

- To akurat bzdury. Padły też zarzuty, że ten okres zmniejszonego inwestowania oznaczał sabotowanie rządu, że nie inwestujemy, bo jest nowa ekipa u władzy, a my jej nie lubimy. To też nieprawda. Samorządy mają swoje zobowiązania, z których muszą się wywiązywać przed mieszkańcami. Nie mogą powiedzieć: nie robimy, bo nie lubimy rządu.

No to co się działo z tymi inwestycjami?

- Spóźniła się nowa perspektywa unijna. O trzy lata. Już w poprzedniej perspektywie to sama Unia wprowadziła rozliczanie n+2, czyli z dwuletnim poślizgiem. Teraz jest już n+3. Sama UE zakłada więc poślizg w wykorzystaniu pieniędzy, dłuższy niż wcześniej. Do tego dochodzi opóźnienie krajowe, które nie wynika z niczyjej opieszałości, lecz z nowych wymogów unijnych. Rozpisanie konkursów wymaga czasu. Do tego urzędnicy też się oczywiście zabezpieczają, do każdego projektu zamawiane są dwie jego oceny. To wszystko musi trwać.

Czasami do tego sami dokładamy sobie własne zabezpieczenia. Przy składaniu wniosku, sami piszemy, jakie wskaźniki osiągniemy z danej inwestycji. Czasami to są takie idiotyzmy, że strach to czytać. Są projekty, w których trzeba było zwrócić dotację unijną z powodu niewykonania wskaźników, które sami sobie narzuciliśmy!

Ma pan przykład takiej inwestycji?

- Nie chcę nikogo obgadywać, ale jest tego trochę. Choćby inwestycja kanalizacyjna w  związku gmin dorzecza Parsęty. To chyba było w pierwszej perspektywie unijnej. Musieli zwrócić całą dotację, bo nie uzyskali wskaźników, które sami sobie narzucili. To była głośna sprawa w Polsce.

Od dawna narzekacie na niewystarczające waszym zdaniem dochody.

- Rosną nam znacząco koszty wykonywania zadań. Do tego cały czas kurczą się źródła naszych dochodów. Wielu gminom spadają dochody z podatku od nieruchomości, czyli głównego źródła dochodów własnych. Ot, choćby przez zmiany definicji w prawie budowlanym. Ostatnio objęło to nieruchomości kolejowe. Kolej zapłaci teraz samorządom mniej podatku od nieruchomości. Nikt nam tego nie rekompensuje. Przy czym minister infrastruktury okłamał rząd. Twierdził, że na skutek tej zmiany samorządy stracą łącznie 7 mln zł w skali roku. Znam pojedyncze gminy, które stracą na tym 2 mln zł rocznie. więc razem jest na pewno wielokrotnie więcej. Zbieramy dane na ten temat.

W poprzedniej kadencji parlamentu występowaliście o rekompensatę za zmniejszenie wpływów wywołane zmianami w podatku dochodowym. Macie udziały w PIT, wprowadzenie ulg na dzieci i obniżka stawek znacząco uderzyło więc w wasze budżety. Straty oszacowaliście na 8 mld zł. Odpuściliście teraz te pieniądze?

- PiS, gdy przejął władzę, to natychmiast przywrócił rozpatrywanie tego projektu. To był pierwszy projekt obywatelski, który został przywrócony. Ale potem zapadła głęboka cisza. A my nie chcieliśmy zwrotu pieniędzy. Chodziło tylko o takie zwiększenie naszych udziałów w PIT, które przywróciłoby nam dawną efektywność tego podatku. Żebyśmy po prostu dostawali z niego tyle pieniędzy, co wcześniej. Minister Majszczyk napisała niekorzystną opinię dla tego dokumentu. Oczywiście to oznaczałoby mniej pieniędzy w budżecie państwa. To decyzja polityczna. Byliśmy gotowi do rozmów. Niestety nikt nie chciał z nami rozmawiać o innych sposobach wzmocnienia finansów samorządowych.

Tymczasem, jeśliby przewentylować ulgi w podatku od nieruchomości, jeśliby wprowadzić rzetelny podatek od gruntów, już nie mówię o prawdziwym podatku od nieruchomości...

...O podatku katastralnym?

- Nie mamy w Polsce katastru, czyli specjalnego rejestru nieruchomości opartego na ich wartości, choć przepisy nakazywały jego uruchomienie od 2005 r. To swoją drogą też buduje rangę prawa w Polsce.

Raczej nie buduje.

- No tak. Pokazuje, że prawo można mieć w głębokim poważaniu. Natomiast wprowadzenie katastru wiązałoby się z powszechną taksacją nieruchomości, na którą nie ma w Polsce szans. Dlatego proponujemy zmianę w podatku od gruntów. On jest mniej bolesny, nie będzie dotykał przeciętnego Kowalskiego, albo będzie go dotykał w symbolicznym stopniu. No bo jeśli podatek od gruntu pod mieszkaniem wzrośnie o symboliczne 5 zł w skali roku, to to nie są wielkie pieniądze.

Chcemy, żeby opodatkowanie gruntów było powiązane z zagospodarowaniem danego obszaru, wynikającym z miejscowego planu zagospodarowania. Jeśli więc właściciele domagają się zmiany planu, bo chcą budować na łąkach, to proszę bardzo. Ale najpierw trzeba uchwalić plan, w tym planie zmienić przeznaczenie łąk i opodatkować tak jak grunt budowlany, a nie jak łąkę.

Sensem podatku od nieruchomości jest to, żeby dać samorządowi pieniądze – i to nie na samochody wójta, tylko na wyposażenie tego gruntu w infrastrukturę. Bo tym, którzy się budują, trzeba dać kanalizację, drogi dojazdowe. Dziś to jest postawione na głowie. Mieszkam w Poznaniu. Jak się okazuje, na łące. Od gruntu płacę podatek rolny, bo tak mi nakazuje prezydent miasta. Przecież nie będę tłumaczył prezydentowi, że to nie jest grunt rolny.

Musiałby pan płacić większy podatek.

- No to bym płacił. Ale przecież nie będę się o to prosił, skoro prezydent sam nie potrafi uporządkować spraw swojego miasta. Tak jest w wielu miejscach w Polsce. To trzeba uporządkować.

To by wam wystarczyło?

- No nie. Grunty trzeba też strefować. Inaczej opodatkowywać te w centrum Warszawy, a inaczej w przysłowiowym Pcimiu Dolnym, nawet jeśli one mają takie samo przeznaczenie. Dzisiaj jest kilka kategorii gruntów ustalonych dla celów podatkowych. Ale stawki maksymalne dla danej kategorii gruntów są identyczne w całej Polsce. Wysłaliśmy właśnie do ministra finansów projekt, który opracowaliśmy wspólnie z Unią Metropolii Polskich. Chcemy zwiększyć możliwości strefowania, powiązać wysokość podatku ze sposobem użytkowania gruntu i jego lokalizacją.

Będzie awantura, jak o podatek katastralny.

-  Nie sądzę, bo to jednak coś zupełnie innego. Strefowanie w gminach już dziś jest możliwe i stosowane. Może jednak to zostanie wykorzystane.

A udział samorządów w VAT? To nie lepsze?

- Nie mamy postulatu powszechnego udziału samorządów we wpływach z VAT. Chcielibyśmy jednak dostawać zwrot VAT inwestycyjnego. Nie po to, żeby ktoś nam dołożył pieniądze - byłyby one przeznaczone wyłącznie na inwestycje.

Zwrócony VAT od pieniędzy, które wydajecie na inwestycje, chcielibyście jeszcze raz wydawać na inwestycje?

- Dokładnie tak. Gdy inwestujemy, musimy VAT doliczyć do kosztów inwestycji. I to jest w porządku. Chodzi o to, żeby system podatkowy był klarowny. W paru krajach VAT inwestycyjny jest zwracany. Nie po to, żeby zrobić komuś prezent, lecz po to, by było więcej pieniędzy na inwestycje. We Francji idzie on do wspólnego worka i potem jest dzielony wyłącznie na inwestycje przez Narodową Agencję Rozwoju.

Proponujemy rozwiązanie bardziej sprawiedliwe. Boimy się powołania podmiotu, który będzie dzielić pieniądze, bo będzie dzielić po uważaniu. Będą musiały być ustalone jakieś kryteria, aniołów nie ma, zwłaszcza w Polsce jest ich mało i ci, którzy tam się znajdą, będą ulegali różnym naciskom, pokusom, żeby temu dać, a tamtemu nie.

Proponujemy zasadę identyczną do tej, która już w polskim systemie podatkowym działała. Był zwrot VAT od inwestycji w mieszkania. Chcemy powtórzyć ten mechanizm w odniesieniu do inwestycji samorządów. Dostałyby zwrot VATu po wydaniu pieniędzy na określony cel, z dwuletnim opóźnieniem. Będzie można to zaplanować w budżecie państwa i będzie wiadomo, że te pieniądze są na rozwój. To byłoby to, o co chodzi  premierowi Morawieckiemu: wzmocnienie finansów samorządowych po stronie rozwojowej.

Są na to szanse?

- Nie wiem. Ten VAT ktoś straci. Budżet straci. To znów jest zatem decyzja polityczna. Polityk, który będzie podejmował decyzję, wszystko jedno czy to będzie Kaczyński, Morawiecki, Schetyna, Tusk czy jeszcze ktoś inny, zawsze będzie podlegał naciskom. Całego tabunu różnych lobbies, a z drugiej strony potrzebom rozwojowym. I tak to jest, że potrzeby rozwojowe zwykle mają mniejszą siłę przebicia, bo niewybudowane drogi nie będą protestować. Najgorsze, że w tym naciskaniu najsilniejsi są lobbyści branżowi, kastowi.

Najwięcej straciliśmy na skutek zmian w prawie budowlanym, które wymusiło lobby telekomunikacji. Samorządy straciły część wpływów z opodatkowania nieruchomości telekomunikacyjnych. Sejm dał na to ulgę. A ceny usług telekomunikacji nie spadły. W związku z tym ta ulga poszła do kieszeni szefów telekomunikacji. To samo jest teraz, po części, ze zmianami zasad opodatkowania nieruchomości kolejowych. Oczywiście koleje są biedniejsze od telekomunikacji i być może potrzebują pieniędzy na rozwój. Tyle, że nastąpiło świadome przesunięcie pieniędzy z budżetów gminnych do budżetu kolei.

Mamy połowę 2017 r. Czy jest groźba, że samorządy nie zdążą wykorzystać pieniędzy z nowej puli unijnej?

- Nie.

Ich wykorzystanie rozkręca się jednak wolniej niż poprzednio.

- Wolniej, bo nowe pieniądze są spóźnione. Jesteśmy o rok przesunięci w stosunku do poprzedniej perspektywy unijnej. Ona była na lata 2007-13 plus dwa. Pierwszy rok poważnego wysiłku inwestycyjnego przypadł na 2009 r. Teraz jest 2014 plus trzy, a to oznacza, że 2017 r. powinien być pierwszym rokiem poważnego wysiłku finansowego samorządów w związku z nową perspektywą.

I to już widać?

- Będzie widać pod koniec roku. Bo te najważniejsze konkursy są właśnie teraz ogłaszane. Co chwilę słychać, że premier Morawiecki coś podpisuje (np. dotacje na ważne inwestycje drogowe). To samo robią marszałkowie województw. Jeżdżą i podpisują umowy z konkursów ogłoszonych pod koniec zeszłego roku. To znaczy, że inwestycja ruszy najwcześniej w drugiej połowie tego roku. Bo trzeba jeszcze ogłosić i rozstrzygnąć przetargi. Boję się więc, że 2017 r. to nie będzie rok apogeum. Przypadnie ono na lata 2018-20.

Znów zacznie się wojna z Ministerstwem Finansów o wskaźnik zadłużenia?

- Już ją zaczęliśmy. Projekt minister Majszczyk nie wylądował w koszu, ale uwagi samorządów są tak druzgocące, że tego nie puścimy. Zgłosiliśmy własny projekt. On idzie w przeciwną stronę. Nie rezygnujemy z indywidualnego wskaźnika zadłużenia, bo to ma sens. Każdy indywidualnie sprawdza, jakie są jego zdolności kredytowe. Tylko on jest dziś źle wyliczany. Nie uwzględnia rzeczywistej zdolności kredytowej samorządów. Chcemy to zmienić.

Samorządy potrzebują pieniędzy unijnych? Będą budować kolejne aquaparki?

- Oczywiście, że potrzebują. Aquaparki to był promil pieniędzy wydanych na inwestycje wspierane przez UE. One są trudne w utrzymaniu, ale połowa czasu w tych aquaparkach, to lekcje wychowania fizycznego dla uczniów ze szkół z danego terenu. To nie jest luksus dla wójta, to jest wielka poprawa infrastruktury sportowej, w znacznym stopniu wykorzystywana przez dzieci i młodzież szkolną. To dobre dla zdrowia. To inwestycja, która się opłaca.

Powstaną nowe?

- Nie wiem. Już teraz chyba mniej. Bo już są. Teraz trzeba je utrzymać. Czy będą głupie inwestycje? No będą. Tego się nie da uniknąć. Jeśli władza lokalna, która ma mandat, zdecyduje się na jakąś fanaberię, to media mogą to piętnować, ale jedynym sposobem zablokowania takiej inwestycji, jest wymiana władzy lokalnej. Można to zrobić szybko. Przez referendum. Sędzią ostatecznym w takiej sprawie jest społeczność lokalna. Jeśli więc ktoś się rozpędzi, to dopóki ma mandat, ma prawo działać, ale zawsze go można rozliczyć. Władze lokalne mają tego świadomość, dlatego tych głupot nie ma aż tak wiele.

Jakiego rodzaju inwestycje będą dominować w najbliższych latach?

- Drogi i komunikacja lokalna. Bez wątpienia. Drogi wysunęły się na czoło celów inwestycyjnych w latach 2000-01. Wcześniej to była infrastruktura podziemna. Przejęliśmy ją po PRL w stanie kompletnego rozpadu. Zaledwie połowa miast miała oczyszczalnie ścieków. Dziś nie ma jej tylko jedno na 920 miast. Teraz pieniądze pompujemy w drogi. I nadal jeszcze w infrastrukturę podziemną. Do tego doszedł tabor komunikacji miejskiej. 40 proc. wszystkich wydatków inwestycyjnych samorządów to transport i drogi. Modernizacja, dojazdy do dróg ekspresowych i autostrad, no i całkiem nowe drogi lokalne.

Rośnie poziom inwestycji w infrastrukturę kulturalną i sportową. Wypoczynek, rekreacja i kultura.

To dowód na to, że jakość życia się poprawia?

- Oczywiście. Pokazuje też, że samorządy nie lekceważą potrzeb duchowych mieszkańców. Włocławek zbudował piękne centrum kulturalne poprzez rewitalizację browaru, który był w centrum miasta. Tam przeniosło się trochę życia kulturalnego z miasta, ale powstało mnóstwo  miejsca dla instytucji, stowarzyszeń, organizacji pozarządowych.

Takie rzeczy dzieją się wszędzie. W Płońsku zmodernizowano stary dom kultury. Ale ten stary, to jest teraz mniej więcej 1/7 nowego. To ogromny skok. Niedościgłym wzorem jest dla mnie Toruń. Konkurował z Wrocławiem i z innymi miastami o miano Europejskiej Stolicy Kultury. W przeliczeniu na głowę mieszkańca Toruń miał o wiele wyższy wskaźnik inwestowania w infrastrukturę kulturalną niż Wrocław. Mimo, że nie jest tak bogaty jak Wrocław. Toruń naprawdę postawił na rozwój. Nie wygrał, ale ten wysiłek mu się opłacił, bo ta infrastruktura jest i służy mieszkańcom.

Szykuje się wojna polityczna rządu z samorządami...

- Ona już trwa. Weźmy ustawę o wojewódzkich funduszach ochrony środowiska. Czytamy w niej, że fundusz jest samorządową osobą prawną. Tymczasem w radzie nadzorczej tej instytucji, na pięć osób, jedna reprezentuje samorząd. No to jeśli to jest instytucja samorządowa, to ja jestem baletnicą.

Powiatowe urzędy pracy mają zostać zabrane samorządowi powiatowemu. Zniesione mają być powiatowe urzędy nadzoru budowlanego. Zamiast tego wprowadzonych ma być 100 urzędów okręgowych. Dzięki temu ma być lepiej. Bzdura! Nie będzie lepiej, bo będzie dalej od obywatela. Po pozwolenie na budowę będzie musiał jechać trzy powiaty dalej. Nie może być inaczej, jeśli w miejsce 360 powstanie 100 urzędów.

To jest centralizacja. To jest niezgodne z zapisem w konstytucji, gdzie artykuł 15 mówi o decentralizacji władzy. Nie koniec na tym. Dziś te urzędy są pod kontrolą wybieralnej władzy. Po zmianie takiej kontroli nie będzie. Nie będzie żadnej siły społecznej, która w imieniu mieszkańców, będzie w stanie skontrolować te urzędy. To jest przywracanie PRL-u.

Wiemy, że PiS jest partią, która ma w programie centralizację państwa. To żadna niespodzianka. Ale my z tym walczymy. Tak jak walczyliśmy przeciwko głupim pomysłom SLD, AWS, czy PO i PSL. Tam jednak nie było tak wielu centralistycznych pomysłów.

Mamy konflikt polityczny. Nie zgadzamy się z reformą szkolnictwa, z zakusami centralizacji państwa, ale to my realizujemy program 500+, silnie wspieramy też „Strategię na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”, bo widzimy w niej szansę na wzmocnienie rozwoju lokalnego i regionalnego. Nie można więc postawić nam zarzutu, że jesteśmy z definicji antyrządowi. Jesteśmy przeciwko pomysłom, z którymi się nie zgadzamy. I wspieramy te pomysły, które są dobre.

Obawia się pan zmian w ordynacji wyborczej do samorządów?

- Oczywiście. Protestujemy przeciwko wprowadzeniu zasady dwukadencyjności. O tym, ile kadencji ma rządzić dany sołtys, wójt, burmistrz czy prezydent, powinni decydować mieszkańcy, a nie politycy w Warszawie. To zamach na samorządność tych, którzy nie mają wystarczającego poparcia, by wygrać wybory.

W mieście, w którym rządzi dobry prezydent i uzyskuje tam 70-80 proc. poparcia od kilku kadencji, inna opcja nie ma szans. Bo ten prezydent pewnie wygra też kolejne wybory. I to nie przy pomocy układu, bo jeśli to jest prezydent, to to jest duże miasto i tam nie ma możliwości zbudowania układu, który przechyli szalę zwycięstwa. Jeśli mieszkańcy akceptują to, co robi prezydent, to rzeczywiście ktoś nowy ma mniejsze szanse. Ale on sobie na to zapracował. Wywiązał się z tego, co obiecał. Powiedział mieszkańcom: będę dobrym gospodarzem. I oni uważają, że rzeczywiście jest dobrym gospodarzem.

Ale są jeszcze groźniejsze pomysły. Słyszymy bowiem, że listy kandydatów będą mogły zgłaszać tylko partie polityczne. Słyszałem wprawdzie, jak Kaczyński powiedział, że w gminach tego nie będzie, ale że w samorządach wyższych kategorii i miastach na prawach powiatu, już tak. To ja przepraszam: nie po to budowaliśmy wolną Polskę, żeby pozbawić grupy obywateli wystawiania w wyborach własnych kandydatów.

Więcej o:
Komentarze (1)
Andrzej Porawski: Wojna rządu z samorządami? Ona już trwa [WYWIAD NEXT+]
Zaloguj się
  • joe_brody

    Oceniono 5 razy -1

    Nie rozumiem, jaki jest sens głosowania w wyborach samorządowych na kandydata PiS. Przecież choćby wystawili nie wiem jak dobrego gospodarza, to w świetle ogólnej linii tej partii - centralizmu, podporządkowania interesu lokalnego interesowi narodowemu - nie będzie on miał nic do gadania, bo decyzje będą podejmowane w Warszawie...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX