Gazeta.pl Next >  nextplus >  Nowy problem nie tylko Brytyjczyków. Słaby pieniądz ma więcej wad, niż zalet. Nawet eksport wspiera za mało [PIENIĄDZE]

Nowy problem nie tylko Brytyjczyków. Słaby pieniądz ma więcej wad, niż zalet. Nawet eksport wspiera za mało [PIENIĄDZE]

A A A
Theresa May - premier Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej

Theresa May - premier Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej

Zanika powszechna do niedawna wiara wśród ekonomistów i polityków, że słabnąca waluta jest korzystna dla rozwoju gospodarczego. Wielka Brytania jest tego najnowszym i bardzo przekonującym dowodem.

Do niedawna prawie wszyscy ekonomiści i politycy myśleli mniej więcej tak - słabnąca waluta jest korzystna dla całej gospodarki. Przez to na zagranicznych rynkach tanieją produkty kraju, którego pieniądz się osłabił. Stają się przez to bardziej konkurencyjne, można ich sprzedać więcej. Do tego eksporterzy otrzymują - po wymianie obcych walut na walutę lokalną - wyższe zapłaty za wysłany towar. To wszystko zwiększa produkcję, zmniejsza bezrobocie, zwiększa pensje i popyt wewnętrzny - jest więc zbawienne dla całej gospodarki, PKB rośnie.

Niestety, teraz już nie jest tak łatwo. Niedawne obserwacje podkopały wiarę w to, że tani pieniądz rozhula nam gospodarkę. Niektóre wpływowe ośrodki analityczne również doszły już do wniosku, że osłabienie waluty daje mniej korzyści niż jeszcze całkiem niedawno sądzono.

Chybione prognozy George’a Osborne’a

O ostatnich spadkach notowań funta, wszyscy pamiętamy. Ale wróćmy na chwilę do nieco dalszej przeszłości. Kiedy wybuchł światowy kryzys w 2008 roku, funt runął w dół niczym kamień. W kilka miesięcy jego wartość do innych głównych walut świata spadła aż o jedną czwartą. I w zasadzie potem już nie wróciła do wycen z 2007 roku.

Funt do dolaraFunt do dolara fot. Investing.com

To spowodowało, że w 2012 roku George Osborne, ówczesny brytyjski minister skarbu, czyli odpowiednik naszego ministra finansów, z wielkim optymizmem mówił o nadchodzących złotych czasach dla angielskiego eksportu. Prognozował, że jego wartość wzrośnie do 2020 roku z 499 mld funtów do 1 biliona funtów.

Już wiemy, że były to mrzonki. Do końca ubiegłego roku brytyjski eksport wzrósł ledwo do 547 mld funtów - bez szans, by niemal się podwoił, jak prognozował Osborne, w ciągu najbliższych trzech lat.

Ekonomiści zmieniają zdanie

Eksperci OBWE przyjrzeli się ostatnio wspomnianej deprecjacji funta w 2008 roku i osłabieniu się jena wobec dolara w 2012 roku. I stwierdzili, że w wypadku wysoko rozwiniętych gospodarek Zachodu spadek wartości ich walut ma coraz mniejsze znaczenie dla wyników ich eksportu.

I nawet udało im się wskazać przyczynę tego stanu rzeczy – to coraz bardziej złożone międzynarodowe powiązania handlowe. Mówiąc prościej chodzi o to, że zmniejsza się liczba firm, które produkują wyłącznie z produktów lub podzespołów dostępnych lokalnie. Aby zmontować np. samochód, najpierw trzeba wiele części zaimportować – a za nie płaci się więcej, kiedy waluta lokalna się osłabia. Zysk na eksporcie jest więc zjadany przez większe koszty importu.

Z danych OECD wynika np., że w 1995 roku w krajach należących do tej organizacji tylko niecałe 15 proc. eksportu zawierało zaimportowane komponenty. W 2011 roku ich udział był już na poziomie ponad 24 proc.

Aston Martin i drogie restauracje

Te spostrzeżenia korelują między innymi z reakcjami przedstawicieli przemysłu motoryzacyjnego na pomysły Donalda Trumpa dotyczące obłożenia cłem wwozowym do USA samochodów lub ich części. Mówiono nie tylko o tym, że to podniesie ceny aut, ale również że niektóre podzespoły są dzisiaj przewożone przez granicę nawet kilka razy.

Dziennik Wall Street Journal zwrócił ostatnio uwagę na przypadek Aston Martina, producenta bardzo drogich samochodów. 80 proc. z nich trafia na eksport. Przed Brexitem, kiedy funt wyceniany był mniej więcej na poziomie 1,50 dol., te auta były sprzedawane w Nowym Jorku powiedzmy za 150 tys. dol., czyli do kasy brytyjskiego producenta trafiało 100 tys. funtów. Teraz, kiedy funt kosztuje około 1,27 dol., Aston Martin otrzymuje dodatkowe 18 tys. funtów. Ale co z tego, skoro ponad połowa części, z których zbudowany jest jego samochód jest sprowadzana na Wyspy z zagranicy.

Podobny problem mają zakłady chemiczne Chemoxy International z Middlesbrough w północno-wschodniej Anglii. Za granicę wysyłają ponad 60 proc. swoich produktów - tani funt więc zwiększa ich zyski. Ale równocześnie aż 85 proc. surowców do produkcji importują - a to kosztuje więcej niż w przeszłości.

Na rosnące koszty importu zwracał też ostatnio uwagę Gordon Ramsay, znany brytyjski restaurator, który prowadzi między innymi swój biznes pod tak prestiżowymi markami na londyńskim rynku, jak London's Savoy Grill i Petrus. Narzekał, że wyraźnie drożeją mu np. wina.

Inflacja zżera zyski i pensje

Słaba waluta oznacza, jak już wiemy wyższe koszty importu. A dzisiaj w sklepach w krajach wysokorozwiniętych jest bardzo dużo produktów z importu. One drożeją.

Więcej Brytyjczycy muszą teraz zapłacić np. za żywność, samochody czy nawet iPhone'y. Okazało się przy tym, że podrożało nawet drewno do budowy domów, które w znakomitej większości muszą sprowadzać.

Z danych zebranych przez Kantar Worldpanel wynika np., że ceny produktów codziennego użytku wzrosły na Wyspach o 2,3 proc. w ciągu 12 tygodni liczonych do 26 marca.

A wyższe ceny uderzają w sprzedaż detaliczną i w konsekwencji w zyski firm, produkcję i cały wzrost PKB. Coraz więcej zresztą pojawia się w Wielkiej Brytanii oznak spowolnienia. Słaby funt większości Brytyjczyków naprawdę nie pomaga.

Co jednak nie znaczy, że dotyczy to wszystkich obywateli Zjednoczonego Królestwa. Zadowoleni są brytyjscy eksporterzy, którzy produkują wyłącznie z produktów lokalnych - np. producenci angielskich alkoholi, albo specyficznych słodyczy. Takich jednak jest mniejszość.

Polska jak Wielka Brytania?

Przy tych wszystkich rozważaniach warto wspomnieć o Polsce. U nas wydaje się, że cały czas obowiązuje paradygmat "tani złoty to dużo dobra dla eksporterów i gospodarki".

I możliwe, że ta opinia jest coraz mniej prawdziwa. Polskie firmy coraz częściej stają się częścią złożonych, międzynarodowych procesów logistycznych. Słaby złoty to zatem choćby wyższa cena silników montowanych w autobusach Solarisa.

Słaby złoty to również problem dla milionów naszych rodaków, którzy z racji tego, że finansowo jest im coraz lepiej, wydają coraz więcej na różne zagraniczne przyjemności - od żywności po wycieczki zagraniczne i samochody.

Być może więc powoli obserwujemy - przynajmniej wśród ekonomistów - powrót do bardzo starych wartości ekonomii klasycznej. Silny pieniądz po prostu się opłaca.

Komentarze (118)
Nowy problem nie tylko Brytyjczyków. Słaby pieniądz ma więcej wad, niż zalet. Nawet eksport wspiera za mało [PIENIĄDZE]
Zaloguj się
  • Oceniono 32 razy 22

    W Polsce zwolennikiem silnej, stabilnej waluty był tylko Balcerowicz.
    Cała reszta - prawy do lewego - na myśl o deflacji dostaje drgawek i uważa, że słaby złoty to podstawa bo sprzyja eksporterom.

  • Oceniono 6 razy 2

    co, fundacja Leszka dostała nowy zastrzyk pieniędzy od sponsorów?

    Rozumiem, że teraz już co parę dni będziecie zamieszczać jakiś artykulik (lub odgrzewać stary - tak jak ten) o urokach życia z EURO.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX