Planowanie, dzielenie i słój na lodówce, czyli Polaków sposoby na oszczędzanie pieniędzy

Żyje nam się coraz lepiej. Z badań wynika, że ponad dwie trzecie Polaków ma większe lub mniejsze oszczędności. To dobra wiadomość, bo po ostatnim kryzysie zaskórniakami mogło się pochwalić zaledwie co trzecie gospodarstwo domowe. I choć odłożone kwoty nie są dla nas do końca satysfakcjonujące, to jednak systematycznie się powiększają.

Jednak budowanie poduszki finansowej to inny rodzaj oszczędzania niż ten, który wynika ze zbyt niskich dochodów. Zapytaliśmy trójkę bohaterów* reportażu o to, jak dysponują swoim budżetem na co dzień, żeby starczyło im do przysłowiowego pierwszego.

Planować, planować i jeszcze raz planować

Justyna, 36 lat, matka 3 i 5-latka, zajmuje się domem na pełen etat. Z rodziną mieszka kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy

- Być może największą oszczędnością życia było kupienie, oczywiście na kredyt, mieszkania w miasteczku powiatowym, a nie stolicy kraju. Tutaj nasze skromne 100 metrów z miejscem garażowym i tarasem kosztowało 6 lat temu tyle, co 38 metrów w kamienicy na Powiślu, czyli nieco ponad 400 tys. zł. 

Mąż jest programistą i może pracować, skąd chce. W firmie musi się pokazać raz w tygodniu. Do Warszawy dojeżdża autobusem, potem ratuje go komunikacja miejska. Bilety w obydwie strony to wydatek 30 zł. Dwa razy taniej niż samochodem, zakładając, że zaparkuje w strefie wolnej od opłat. Tak, 30 zł oszczędności co tydzień, czyli minimum 120 zł miesięcznie, to dla nas wciąż dużo.

Ludziom się wydaje, że jak ktoś pracuje w IT, to zarabia nie wiadomo ile, ale to nieprawda. Nie chce podawać konkretnych kwot, ale mogę powiedzieć, że po opłaceniu kredytu, rachunków, raty za samochód, przedszkola chłopców, do którego chodzą, żeby się socjalizować, moich lekcji niemieckiego, ubezpieczenia na życie męża oraz rehabilitacji młodszego synka, zostaje nam na wszystko dokładnie 3,5 tys. zł. Jest jeszcze 500 plus, ale to w całości ląduje na kontach oszczędnościowych, które założyliśmy dla chłopców. Ile się uzbiera, tyle dostaną na start. To ich pieniądze.

Mamy poduszkę finansową w postaci półrocznych dochodów męża, więc już nie bawię się w dodatkowe odkładanie. To wystarczająco dużo czasu, żeby bez względu na okoliczności, dać sobie radę.

Za 3,5 tys. zł muszę nas wykarmić, ubrać i odłożyć na wakacje. Synowie są alergikami, a ich dieta jest całkowicie pozbawiona nabiału zwierzęcego i glutenu. Dwupak jogurtu sojowego kosztuje 6 zł. Mleka roślinne robię sama, ale już żółty wegański ser w cenie 8 zł za kilka plasterków muszę kupić. 

Żeby wyrobić się w kwocie 1,5 tys. zł na jedzenie miesięcznie w każdą niedzielę wieczorem bardzo dokładnie planuje nasz jadłospis na kolejny tydzień. Zanim się do tego zabiorę, robię przegląd szafek, lodówki i zamrażarki. Potem sprawdzam promocje w gazetkach i oceniam, co mi się bardziej opłaca - kupić mięso, czy rozmrozić mięso?

Na przykład jutro na śniadanie będą placki z mąki owsianej, bezglutenowej ze zmiksowanym bananem i siemieniem lnianym, polane syropem daktylowym i posypane borówkami. Obiad to klopsiki z indyka w sosie koperkowym, młode ziemniaki i mizeria z jogurtem sojowym. Kolacja - kanapki z pastą z makreli lub z dżemem. W międzyczasie do przegryzienia dla chętnych owoce i chrupki kukurydziane. I tak mam rozpisany praktycznie każdy dzień w roku. Dzięki temu nie wyrzucamy jedzenia. Nie czuje dyskomfortu, kupując 6 plasterków wędliny, bo wiem, że tyle zjemy i koniec, więcej na nie potrzeba. 

Znajomi się dziwią, jak to jest, że tak małe dzieci jedzą wszystko, co im się poda, i nie marudzą. A ja się dziwię, że ich dzieci grymaszą. Nigdy nie mieliśmy z tym problemu.

Ubrania dla dzieciaków kupuje głównie przez internet. Celuje w używane, ale w bardzo dobrym stanie. Jak się zachlapią czymś niespieralnym, czy przetrą spodnie na kolanach, to się nie wściekam, że zniszczyły drogi ciuch, tylko bez poczucia straty wyrzucam.

Na wakacje jeździmy zawsze tuż po sezonie. Jeszcze jest ciepło, ale gdzieniegdzie nawet o połowę taniej. Z małymi dziećmi, które nie chodzą do szkoły, to nie problem. W Polsce szukamy hoteli z krytym basenem. Jak pogoda nie wypali, to będzie alternatywa.

Pozostałe pieniądze idą na leki, chemię, kosmetyki, rozrywkę typu kino, czasem alkohol, prezenty, bo każdego miesiąca dostajemy co najmniej dwa razy zaproszenie na urodziny. Trzeba jeszcze utrzymać samochód i czasem dać dzieciakom na wycieczkę czy kupić materiały plastyczne do przedszkola. Bez planowania wydatków nie dalibyśmy rady.

Najtaniej jest się dzielić

Karolina, 21 lat, studiuje i pracuje w Warszawie. Budżet: 1,5 - 1,8 tys. zł miesięcznie

- W zasadzie to poza ubraniami, telefonem, laptopem i szczoteczką do zębów nie mam niczego, co byłoby tylko moje. Wynajmuje pokój w mieszkaniu na dolnym Mokotowie, które dzielę z czterema dziewczynami. Razem z opłatami i internetem, kosztuje mnie to 850 zł miesięcznie. Drogo, ale mam bardzo blisko na uczelnię, za którą płacą rodzice. Taką mamy umowę, oni finansują czesne, a ja muszę się utrzymać. Nie wiedzą, że raz na jakiś czas babcia daje mi kilkaset złotych. Bez tego byłoby mi bardzo ciężko, szczególnie w miesiącach, kiedy mniej zarabiam. Obecnie pracuję jako kelnerka przez 8 dni w miesiącu i co drugi weekend jako opiekunka do dzieci.

Oszczędzam, na czym się da, czyli głównie jedzeniu. Na śniadanie jem zawsze owsiankę. W chudszych tygodniach na wodzie. W jednej i drugiej pracy dostaje obiad, więc w tych dniach jem ciepłe posiłki. W poniedziałki ze współlokatorkami robimy obiad składkowy, bijąc rekordy w zbijaniu cen. Na przykład w czerwcu limit wynosił 3 zł na osobę. Ktoś kupił paczkę czerwonej soczewicy, kto inny koncentrat pomidorowy, potem ryż, marchewkę i cebulę. Wyszedł cały gar jedzenia. Makaron z sosem pomidorowo-śmietanowym tak nam przypadł do gustu, że będziemy go robić drugi raz.

W sumie na jedzenie wydaje 300 zł miesięcznie i nie powiem, żebym chodziła głodna. Może nie zaspokajam wszystkich swoich zachcianek, ale jak mnie dociśnie, to potrafię kupić tabliczkę czekolady i zjeść całą na raz.

Ze znajomymi imprezujemy głównie nad Wisłą przynosząc swój alkohol i też ogarniamy to składkowo. Ubrania kupuje rzadko, odkładam na nie pieniądze, które dostaje od babci. Tak się złożyło, że ze współlokatorkami nosimy ten sam, albo bardzo zbliżony rozmiar, więc regularnie wymieniamy się ciuchami. Na przykład w mojej marynarce każda z nas była przynajmniej na jednej rozmowie o pracę.

W przyszłym roku akademickim będzie mi łatwiej, bo jadę na okres wakacji do siostry za granicę, gdzie mam już załatwioną pracę. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem i odłożę tyle, ile chcę, to będę mogła zapomnieć o owsiance na wodzie.

Słój na lodówce

Jeremi, 31 lat, urzędnik w mieście wojewódzkim. Po uwzględnieniu wszystkich dodatków zarabia 2,7 tys. zł na rękę miesięcznie. Jego rata kredytu za mieszkanie wynosi 1,2 tys. zł

-  Kupiłem mieszkanie w górce i nie miałem grosza wkładu własnego, ale chęć bycia na swoim była silniejsza niż rozsądek, to teraz muszę się męczyć. 

Po zrobieniu wszystkich opłat na życie zostaje mi 1 tys. zł. To 33 zł dziennie. Mało.

Po mieście poruszam się głównie rowerem. Wyciągnąłem od dziadka z piwnicy stare "Wigry 3" i udaję hipstera. Mam nadzieję, że tak się jeszcze mówi. Mogę być trochę na bakier z trendami, bo mało wychodzę z domu, to droga przyjemność.

Jak muszę skorzystać z komunikacji miejskiej, to kupuję bilet dopiero wtedy, kiedy odległość jest większa niż 3 przystanki. Już wydałem pieniądze na buty, niech się zamortyzują.

Stołuje się w barze mlecznym niedaleko urzędu, w którym pracuje. Zupa, drugie danie i kompot kosztują 10 zł. Sam bym tego lepiej nie przygotował.

Nie mam telewizora, za to czytam dużo książek, które pożyczam z biblioteki. Oglądam też sporo filmów na laptopie, którego codziennie zabieram do pracy, żeby naładować baterię. Ok., to kontrowersyjne, ale moim zdaniem nie aż tak, jak notoryczne gotowanie pełnego czajnika wody na jedną herbatę. Chodzi non stop i nikt się tym nie przejmuje. 

Moja dieta składa się z jajek, kanapek z serem i tego, co do 10 zł oferuje bar mleczny. Warzywa to głównie ogórki kiszone, których zapas co roku dostaje od rodziców.

Ubrania kupuje rzadko, głównie na wyprzedażach. Nie umiem założyć czegoś po kimś, więc lumpeksy odpadają. W szafie mam obecnie dwa swetry, jedną marynarkę, trzy koszule i dwie pary spodni. Spokojnie wystarcza. 

Przy obecnych dochodach niczego nie jestem w stanie zaplanować. Mam 45 dni niewykorzystanego urlopu. Po co mi on, jak i tak nie mam za co i gdzie pojechać. 

Moją metodą, na wyrobienie się w kwocie 33 zł dziennie jest wypłacanie 250 zł z bankomatu w każdy poniedziałek. To, co zostanie, w niedzielę wieczorem wrzucam do słoika po ogórkach, który stoi na lodówce. Sięgam tam, kiedy sytuacja jest krytyczna. Na przykład w marcu byłem chory i nie dość, że dostałem mniejszą pensję przez zwolnienie lekarskie, to jeszcze musiałem kupić leki. Okazało się, że uciułałem w słoiku w ciągu 16 miesięcy ponad 500 zł. Wtedy to niemal dosłownie uratowało mi życie.

Znajomi pytają, czemu wolę dziadować, zamiast skorzystać z karty kredytowej. Oni wszyscy tak żyją. A ja już jeden kredyt mam i drugiego nie chcę. Wybieram nie mieć i nie kupować. 

* Imiona wszystkich bohaterów zostały zmienione

Magazyn Porażka: Media kreują wyspy szczęśliwości, które dla wielu są po prostu nieosiągalne [NEXT TIME]

Więcej o:
Komentarze (34)
Jak oszczędzają Polacy: planowanie, dzielenie i słój na lodówce
Zaloguj się
  • pioart100

    Oceniono 13 razy 13

    Lepszy słoik na lodówce niż getback.

  • magdarysz

    Oceniono 15 razy 11

    Mama na pełen etat pracuje w domu i uważa to za sukces. No cóż. Niektóre mamy ogarniają to co ona robi cały dzień po pracy zarobkowej! A gdyby mi zostało 3.5 k na samo jedzenie i ubrania to byłabym mega szczęśliwa.

  • korollaq

    Oceniono 22 razy 10

    Z tego wynika, że największa oszczędność to nieposiadanie bezrobotnej żony, bo te kilka tysięcy podzielone na 4 to już trochę słabo. Programista jeździ autobusem i żyje jak dziad, a żona z nudów wymyśla dzieciom diety bezglutenowe.

  • kaktus-2

    Oceniono 8 razy 6

    ja się tam nie boję i ZAWSZE mi starcza do pierwszego... Płacą mi 28 każdego miesiąca :)

  • bmarten

    Oceniono 7 razy 5

    Znamienna scenka ze skeczu "Hobbyści" z kabaretu Dudek z lat 60-tych. Graja mistrzowsko Kwiatkowska i Dziewoński:
    "A pana hobby jakie jest? Moje hobby takie jak wszystkich: raz dziennie zjeść coś na gorąco i byle do pierwszego starczyło."

  • hunkyyankee

    Oceniono 11 razy 5

    "zajmuje się domem na pełny etat". Buhahaha...mówi się bezrobotna kura domowa. Amen

  • hunkyyankee

    Oceniono 15 razy 5

    Co za wyssany z palca artykuł propagandowy :
    '500+ ląduje na koncie oszczedniosciowym'. Akurat! 500+ wydają na nową kieckę dla bezrobotnej matki. Tak, tak. Bezrobotnej. Zajmowanie się domem to nie praca, tylko obowiązek obu rodziców, a potem też dzieci.

  • pogromca_mrowek

    Oceniono 4 razy 4

    Autor tego artykułu ma (oprócz kilku innych) problem z rozumieniem i rozróżnianiem słów i znaczeń:
    oszczędzać a zaoszczędzić
    Gdy bezrobotna kobita wysyła swojego męża pekaesem robi to aby zaoszczędzić 30zł
    Oszczędza - poniekąd - odkładając 500+ na, no właśnie powiedzmy że lokatę.
    Generalnie z tych przypadków wynika smutny wniosek że Polacy nie oszczędzają - półroczne zarobki to poduszka na czarną godzinę. A gdzie prawdziwe oszczędzanie, zbieranie na emeryturę?
    Jeśli ktoś ma 1000zł/os powinien odkładać 50zł/os
    Jeśli ma 2000zł/os może już odłożyć min. 200zł/os (moim zdaniem mógłby nawet 500zł)
    Jeśli ma 3000zł/os powinien już odkładać min 500zł (osobiście w takim wariancie odkładałbym 1500zł/os)
    I nie chodzi tu o "nazbieranie" na czarną godzinę a realne oszczędzanie, odkładanie i inwestowanie pieniędzy.
    Póki co ludzie u nas żyją jakby ZUS miał dokopać się do gór złota.

  • 3-kuleczka

    Oceniono 8 razy 4

    płatności, przedszkole, kredyt i tak dalej kobieta zapłaci i zostaje jej jeszcze 3,5 tysiąca TYLKO NA JEDZENIE ?///////////////////////////////////????????????????
    redahtorki ! a skąd takie zarobki? dwoje dzieci, kobieta NIE PRACUJE i facet sam zarabia takie pieniądze? czy ta baba ma zdrową głowe skoro mówi ze mąz nie zarabia wcale tak duzo?????
    Kogo stac mieszkać w tak duzym domu, płacic kredyt, światło, wodę, itd itd inne media , ogrzewanie , rehabilitacja dziecka, lekcje niemieckiego i jeszcze zostaje im a jedzenie tyle ?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX