Czym się różni zły coach od dobrego i ile można na tym zarobić - wywiad z Jakubem B. Bączkiem

O tym, czym jest i czym powinien być coaching i czy zły doradca może zaszkodzić klientowi - rozmawiamy z Jakubem B. Bączkiem, wieloletnim trenerem mentalnym pracującym z firmami, klientami indywidualnymi i sportowcami.

W 2014 roku Jakub B. Bączek pracował w kadrze trenerskiej polskiej reprezentacji w piłce siatkowej i razem z nią zdobył złoty medal mistrzostw świata. Prowadzi na Storytel* podcast pt. „Życie pełne pasji”**, w którym dzieli się ze słuchaczami poradami dotyczącymi szczęścia, spełniania marzeń i wypełniania swoich celów.

Dlaczego coaching w Polsce ma taką złą prasę? I dlaczego ludzie lubią wyśmiewać coachów i mówców motywacyjnych?

Polacy są wkurzeni na coaching, i ja się wcale nie dziwię. Wydaje mi się, że w tym obszarze jest dużo patologii. Myślę, że połowa książek na rynku rozwoju osobistego została napisana za wcześnie albo niepotrzebnie.

Natomiast oddzieliłbym tu dwa rozumienia słowa „coaching”. Pierwsze to coaching w rozumieniu tradycyjnym, czyli sztukę zadawania pytań, które mają doprowadzić do rozwinięcia potencjału naszego rozmówcy. Na taki coaching hejtu dużo nie ma.

A drugi sposób rozumienia coachingu to ten niestety najbardziej spopularyzowany, który przyjął formę płytkich wystąpień motywacyjnych. I w tym obszarze faktycznie jest sporo krytyki.

Dlaczego?

Bo wielokrotnie osoby zajmujące się tym drugim, „pospolicie rozumianym” coachingiem, to osoby bez realnych sukcesów życiowych czy biznesowych i bez doświadczenia w pracy z ludźmi. Skuszone wizją zarobku i zaspokojenia narcystycznych potrzeb, wychodzą do ludzi, żeby mówić im, jak żyć. Często w sposób hiperoptymistyczny i niepotwierdzony badaniami empirycznymi.

Czy w Polsce da się zarobić na coachingu?

Tak, nawet dobre pieniądze. Znacznie przekraczające średnią krajową.

A czy coachem może zostać każdy? Co w Polsce trzeba zrobić, żeby zostać coachem?

W Polsce, gdzie ten zawód nie jest w jakikolwiek sposób regulowany, coachem może zostać każdy. Nawet po weekendowym szkoleniu można nazwać się coachem.

A jakie pańskim zdaniem powinno być minimum wymagań?

Ja bym zachęcał, żeby na edukację poświęcić minimum 100 godzin. Wykonywanie każdego zawodu – tym bardziej takiego, w ramach którego rozmawiamy o ludzkich emocjach i psychice – wymaga solidnego wykształcenia. Psychoterapeuta zanim otworzy gabinet i przyjmie pierwszych pacjentów, odbywa praktyki pod okiem supervisora.

Mało tego - supervisor sprawuje nadzór nad pracą psychoterapeuty nawet, gdy ten ma już pełne prawo do wykonywania zawodu. Myślę, że warto wziąć z tego przykład przy kształceniu coachów. To dobry standard, który sprawia, że człowiek otrzymuje feedback od osoby bardziej doświadczonej i poprawia błędy w trakcie pracy.

Czy słyszał pan np. od swoich klientów o tym, że komuś realnie zaszkodziła sesja u coacha?

Tak, parę osób wymieniało nawet konkretne nazwiska. Mówili o ludziach, do których przyszli po motywację, a dostali więcej pytań niż odpowiedzi. Albo o takich, którzy przez swój narcystyczny rys wpędzali klientów w poczucie niskiej wartości.

Mam wrażenie, że niektórzy mówcy motywacyjni czy coache udają półbogów. I w momencie, w którym spotyka się z nimi Kowalski z ulicy, to on może mieć wrażenie, że jest od nich gorszy. Jeśli nie usłyszy, że porażki też są częścią naszej drogi, może wrócić do domu z przeświadczeniem, że nigdy tyle nie osiągnie.

Czy w pana karierze bywały sytuacje, w których przychodziła do pana osoba na indywidualną sesję i w trakcie sesji stwierdzał pan, że nie miał tu pan nic do roboty? Bo ta osoba powinna raczej iść do psychologa, przyjmować środki psychotropowe albo ruszyć na terapię uzależnień, a nie szukać coacha czy trenera mentalnego.

Tak, oczywiście. To jest kwestia odpowiedzialności – naszym zadaniem wtedy jest zaadresować ten problem do odpowiedniego specjalisty. Jak ktoś przychodzi z depresją, odsyłam taką osobę do psychoterapeuty czy do psychiatry. Jak z problemem seksualnym, to do seksuologa.

Jest pan autorem kilku książek, a także podcastu w serwisie Storytel. O czym pan w nim mówi?

Podcast ma tytuł „Życie pełne pasji” i jest zbiorem różnych inspiracji i teorii naukowych na temat tego, jak połączyć w życiu sukces i szczęście. Jest w nim trochę pomysłów na temat tego, jak rozwijać biznes. Sam jestem przedsiębiorcą, działam w różnych branżach, więc czuję się w tym kompetentny. Mówię też o tym, jak być szczęśliwym człowiekiem sukcesu, zachować w życiu balans i zdrowie rozumiane jako ogólny dobrostan.

Według badań przeprowadzonych na zlecenie firmy Storytel, podcastów słucha co piąty polski internauta w wieku 19-49 lat. Największą popularnością cieszą się audycje dotyczące rozwoju osobistego. Co może dać podcast dotyczący takiego tematu?

Przede wszystkim bezpłatną inspirację i pomysły na rozwój w różnych sferach życia. W podcastach takich jak „Życie pełne pasji” ludzie szukają narzędzi do rozwoju swojego biznesu, rozwiązywania konfliktów, radzenia sobie z emocjami, a nawet wskazówek podróżniczych.

Otrzymuje pan pozytywny feedback na temat podcastów od użytkowników Storytel?

Tak, po każdej audycji piszą do mnie słuchacze. Najcenniejsze jest dla mnie to, że sugerują kolejne tematy do następnych odcinków. Zaskoczyło mnie też to, że ludzie wdrażają moje wskazówki tak szybko. Przedwczoraj pisała do mnie pani, która po odsłuchaniu odcinka na temat architektury wyboru pozmieniała kilka rzeczy w swoim sklepie internetowym. Jej zyski od razu wzrosły. To niezwykłe, że w ciągu kilkunastu godzin mój podcast może mieć realny wpływ nawet na portfel słuchacza.

Jak zachęciłby pan do podcastów tych, którzy w ogóle ich nie słuchają?

Spytałbym ich czy spędzają czas w samochodzie, czy sprzątają mieszkanie, czy czasem biegają lub czy zdarza im się przeglądać Facebooka w tak zwanym międzyczasie. Jeśli tak, to jestem przekonany, że włączając sobie podcast w tle, mogą zainspirować się do pozytywnych zmian i zdobyć wiedzę na interesujące ich tematy.

Zajmuje się pan zarówno firmami, jak sportowcami. Czym się różni praca z korporacjami od pracy z drużynami sportowymi, a gdzie są podobieństwa?

Podobieństwa są w emocjach. Presja, stres, frustracja są i w sporcie, i w biznesie. Kontekst jest inny, ale emocje bardzo podobne. Kolejne podobieństwo to praca grupowa. Kiedy pracowałem z drużynami sportowymi, to widziałem, w jaki sposób budują się relacje między zawodnikami. Procesy, które wtedy zachodzą, są często podobne do tego, co się dzieje w korporacjach.

Inaczej jest w sportach indywidualnych. Na przykład w skokach narciarskich czy tenisie, rozmawialiśmy m.in. o samotności. Zanim skoczek wykona skok w przepaść, siedzi samotnie na górze skoczni i może już liczyć tylko na siebie. Nie ma trenera, który mógłby coś podpowiedzieć, ani trenera mentalnego, który mógłby wesprzeć. Jest zdany sam na siebie. Sensem mojej pracy jest więc takiego sportowca uniezależnić od naszej współpracy, nauczyć postawy, która wzmacnia psychikę.

Czy panu zdarza się podziwiać osoby, którym pan doradza?

Zdecydowanie! Podziwiam Bartosza Kurka, polskich skoczków, piłkarki ręczne, Ulę Radwańską czy Marcina Gortata. Wiele osób, z którymi miałem przyjemność współpracować - ze szczególnym uwzględnieniem szachisty Garry'ego Kasparowa - zostawiło we mnie mnóstwo inspiracji. I równie dużo (a czasem nawet więcej) uczyłem się od nich, co oni ode mnie.

W jaki sposób być mentorem osoby, którą się podziwia? Bo to słowo sugeruje, że stawia się pan ponad i że wie pan trochę więcej. Na tyle dużo, że może pan pomóc.

Najczęściej jest tak, że jeśli chodzi o dyscyplinę sportową, to jestem w roli ucznia. A jeśli chodzi o kwestię emocji, to nawet nie nazwałbym siebie mentorem. Bardziej partnerem do poszukiwania rozwiązań. Jeśli sportowiec ma kłopot z koncentracją, to wie, że jeśli zgłosi się do mnie, to będę miał na to konkretne narzędzia. Choćby mindfulness. I to pomoże im skoncentrować się na piłce, skoku czy na dystansie do przebiegnięcia.

W pańskich wystąpieniach i materiałach często pojawia się słowo „marzenie”, odmieniane przez wszystkie przypadki. Czy miernikiem sukcesu w pana pracy jest to, czy marzenie klienta zostało spełnione?

Tak, to rzeczywiście moje ulubione słowo. Gdy pytam ludzi o ich marzenia, to oni się angażują w pracę ze mną. Natomiast niekiedy one są tak subiektywne i nienamacalne, że wolałbym w przypadku sportowców mierzyć swoją efektywność medalami, a w przypadku biznesmenów konkretnymi działaniami, które oni podejmą po spotkaniu ze mną w swoim biznesie. Bo marzenia bywają bardzo nieuchwytne. Jeśli ktoś ma na przykład marzenie „będę szczęśliwy”, to nie odważyłbym się tego w jakikolwiek sposób mierzyć, bo znacznie tęższe głowy niż ja się na tym temacie wyłożyły. Więc tu trudno byłoby mi określić czy moja praca będzie skuteczna. Ale jeśli sportowiec mi mówi: Kuba, chcę dostać medal olimpijski, to to jest dla mnie konkret. Takiego projektu się chętnie podejmuję.

I jeśli ten medal nie zostaje osiągnięty, to to jest pańska porażka?

Tak. I to się oczywiście zdarza, choćby na igrzyskach olimpijskich. Taka sytuacja budzi i w zawodniku, i we mnie pokorę. Przypomina, że i sport, i biznes wymagają permanentnej pracy. Nawet wybitni sportowcy, np. mistrzowie świata z 2014 roku w siatkówce, też nie osiągnęli zbyt wiele 2 lata później na olimpiadzie w Rio. A więc nawet mistrzów zachęcam do tego, aby stale się kształcić i rozwijać.

Innym słowem, na które często się pan powołuje, jest wizualizacja. Jak Pan je rozumie?

Znowu mamy podobną historię jak ze słowem coaching. Wizualizacja może być rozumiana na dwa sposoby. Pierwszy – pozytywny – to tzw. trening wyobrażeniowy, metoda dobrze opisana przez psychologów sportu, stosowana np. przez doktora Blecharza gdy pracował z Adamem Małyszem. Trening wyobrażeniowy, który prowadzę na swoich zajęciach, nie ma na celu wzbudzenia ekscytacji wśród uczestników. Wręcz przeciwnie: to coś, co ma urealnić sytuację.

Ale istota wizualizacji bywa wypaczana. Jeśli ktoś wierzy, że będzie wyobrażał sobie piękne auto i dzięki temu to auto się samo pojawi, to ma to więcej wspólnego z wróżbiarstwem i szarlatanerią niż z rzetelną nauką i realiami życia.

Pytam o wizualizację w kontekście słynnej akcji Łukasz Jakóbiaka, której zaraz stukną dwa lata. Jakóbiak zrobił wizualizację, w ramach której zasymulował udział w talk-show Ellen DeGeneres, żeby zwrócić na siebie uwagę prawdziwej Ellen. I dramatycznie nie wyszło, bo cel nie został osiągnięty – prawdziwa prowadząca nie zaprosiła go do swojego programu.

To był bardziej happening niż wizualizacja. Stając jednak trochę w obronie Łukasza Jakóbiaka, myślę, że jego pomysł mógł się udać i wcale nie byłby taki zły. Może zabrakło tam jednak mrugnięcia okiem i komunikatu do fanów, że to tylko forma rozrywki, wzbudzenia marketingowego i PR-owego zainteresowania drużyny Ellen. Gdyby tak to ubrać i od razu zagrać w otwarte karty, że jest to studio wybudowane na potrzeby Łukasza z podstawioną aktorką, to myślę, że byłoby to odczytane zupełnie inaczej.

Zresztą wiem, że on za to zapłacił z własnych pieniędzy i nie ukrywam, że tak po ludzku jest mi go trochę żal. Wydał kwotę, za którą mógłby kupić samochód, żeby zrobić akcję, która mogłaby być fajną rozrywką dla ludzi. A nawet inspiracją, że chłopak naprawdę mocno walczy o swoje marzenia. Ale też rozumiem mechanizmy hejtu na Łukasza, ludzie poczuli się oszukani. Wielu internautów naprawdę wierzyło, że to prawdziwa Ellen. W tym sensie nie nazwałbym tego wizualizacją czy treningiem wyobrażeniowym, a raczej formą budowania marki osobistej. W tym wypadku pewnie więcej to przyniosło szkody niż pożytku autorowi.

Na koniec zapytam jeszcze: przegląda pan fanpage „Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty”?

Rzadko, ale zdarza mi się. I uważam, że takie strony są dziś w Polsce potrzebne i wartościowe. Bo obśmiewają banalizowanie wiedzy i ego ludzi, którym to ego się wymknęło spod kontroli. I w jakiś sposób demaskują próby zarobienia pieniędzy na nieszczęściu słuchacza. Zimny prysznic też czasem jest potrzebny.

Wie pan, panu też się tam dostało...

Tak, o ile wiem dwa razy. Co więcej: miałem okazję rozmawiać z twórcą tego fanpage’a. I przyznałem mu rację, że użyłem niezbyt fortunnego wyrażenia w swoim poście na Facebooku, który stał się obiektem drwin. Uprościłem swój tok rozumowania za bardzo i słusznie mi się dostało. Natomiast nie zgodziłem się z tym, żeby nazywać mnie oszustem, gdy zarzucono mi, że nie mam medalu mistrzostw świata w siatkówce jako kadra trenerska. Ja ten medal mam, wożę go ze sobą na szkolenia. To był więc nietrafiony atak w moją stronę, ale nie gniewam się o to. Twórca tego fanpage’a nawet mi kiedyś napisał, że za pracę z polskimi sportowcami mnie docenia.

Wracając do coachów-amatorów: czy uważa pan, że mówienie ludziom – wszystkim znajdującym się na sali – że zawsze mogą osiągnąć wszystko, czego pragną, jest niebezpieczne?

Tak, jest niebezpieczną iluzją. Bo gdyby każdy zawsze mógł wszystko, to wszyscy bylibyśmy milionerami lub olimpijczykami, więcej byśmy podróżowali i nie dochodziłoby do kłótni w związkach. Więc wydaje mi się, że jest to działanie na ludzkich instynktach, które się sprzeda i które będzie się klikać. Ale w długofalowej perspektywie może prowadzić do frustracji u klientów, którzy wyszli z takiego spotkania i jak wrócili do domu, to remont nie zrobił się sam, a sześciopak po świętach się jednak nie wyrzeźbił. Więc jest to strategia na krótką metę. Przypuszczam, że tych coachów za 10 lat pan już nie znajdzie w Internecie.

*Według badań Nielsen przeprowadzonych na zlecenie Storytel pod koniec zeszłego roku, co piąty polski internauta słucha podcastów, bo chce się rozwijać i poszerzać horyzonty.

**„Życie pełne pasji” – w tej chwili powstało już 10 odcinków serii – można wysłuchać ich w aplikacji Storytel. Co więcej, możemy teraz uzyskać darmowy dostęp na 30 dni do całej platformy z podcastami i audiobookami. Wystarczy zarejestrować się na: podcast.storytel.com/pl/pl.

Komentarze (42)
Czym się różni zły coach od dobrego i ile można na tym zarobić - wywiad z Jakubem B. Bączkiem
Zaloguj się
  • antykonformista

    Oceniono 23 razy 23

    Najpierw współczesny świat stworzył pokolenie narcyzów, ludzi-wydmuszek, a teraz jeszcze mówią oni tym mniej rozgarniętym, ale potrzebującym tego narcyzostwa, jak mają żyć by być takimi samymi.

    Drogi panie Kołczu, nie ma kołczyzmu bez narcyzmu. Nie ma klientów kołczy, co to by nie byli spragnieni fejmu i tym podobnych pierdół. Wiesz czemu nie ma? Bo jeśli wyjąć z kołcza narcyzm, to wtedy wyjdzie zwykły psycholog, a raczej psychoterapeuta. Tyle że marny, bo raczej bez wykształcenia w tym kierunku.

  • gadolinn

    Oceniono 20 razy 18

    wez sie pan do jakiejs uczciwej i pozytecznej pracy

  • benkenobik

    Oceniono 17 razy 17

    Coaching - czyli jak grupa bezczelnych cwaniaków, którzy nic nie umieją koszą tych którzy umieją jeszcze mniej! To po prostu zwykłe matoły i naciągacze!!! NIE DAWAJCIE SIĘ IM!
    Chociaż taki Matołuszek Morawiecki proszę.... przezio banku, premier,... a matoł aż trzeszczy bo się mu pusty łeb nie mieści! Wyrósł na coachingu!!!! Wiem kto go szkolił!

  • sselrats

    Oceniono 19 razy 17

    Coaching - ja pi@rdole. Polskie glupolstwo nigdy nie dorobi sie swojego jezyka.

  • kosmyg

    Oceniono 17 razy 17

    Dobry coach to taki, który porzucił kołczing i zajął się uczciwą pracą.

  • agilmagil

    Oceniono 14 razy 14

    100 godzin "esukacji" wystarczy? Niech zgadnę, pewnie tyle trwają pana podcasty. A psychoterapeuta najpierw kończy pięcioletnie studia psychologiczne, a potem czteroletni kurs psychoterapii. W sumie 9 lat

  • mer-llink

    Oceniono 14 razy 14

    CHucpah, humbug i histeria.
    Oto istota coachingu.
    I chocby PAn nie wiem jak się natężał, coaching to naciąganie maluczkich, jak np. słuchaczy ojca Bashobory....

  • fafarafafafa

    Oceniono 12 razy 12

    Jaaaa cieeee. "Namawiam żeby poświęcić co najmniej 100 godzin" przed rozpoczęciem pracy "w zawodzie". To jest dobra rada kołczerska. Jesteś zwycięzcą!

  • sselrats

    Oceniono 16 razy 12

    Toz to jest kvrwa gorsze od TV.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX