mBank zaostrza ton w sporze z klientami. Wszystko przez aferę LIBOR-ową

mBank, wykorzystując aferę LIBOR-ową, chce się dogadać ze zbuntowanymi kredytobiorcami poza salą sądową. Kłopot w tym, że klienci rozmawiać już nie chcą
Kolejna odsłona sporu zbuntowanych klientów z mBankiem i Multibankiem. Choć proces w ramach pozwu grupowego jeszcze na dobre nie ruszył (nie było merytorycznej rozprawy, sąd rozstrzygał za to liczne wnioski formalne), szefowie mBanku znów zaproponowali grupie 1247 klientów mediację, by zakończyć awanturę poza salą sądową.

Przypomnijmy: klienci kłócą się z bankiem o oprocentowanie kredytów hipotecznych w walutach obcych. Przed 2007 r. mBank i Multibank wpisywały do umów klauzulę o tym, że oprocentowanie kredytów zależy od decyzji zarządu grupy BRE, która jest właścicielem obu instytucji. Kiedy wskaźnik LIBOR, pokazujący cenę pieniądza na rynku międzybankowym, zaczął od 2009 r. spadać, klienci domagali się obniżek oprocentowania swoich kredytów. Stawki jednak nie spadały, a klienci zebrali się w zwartą grupę i zaczęli z bankiem walczyć. Najpierw były wspólne akcje w internecie i na ulicach, a teraz 1247 osób wspólnie walczy w sądzie o uznanie, że zapisy w umowach podyktowane przez mBank i Multibank są nieważne.

Na czym ma polegać mediacja? Strony zachęcił do niej sam sąd rozpatrujący pozew zbiorowy. Skierował on sprawę do Centrum Mediacji Gospodarczej w Warszawie. "Skierowanie sprawy do postępowania mediacyjnego wydawało się oczekiwanym przez strony posunięciem, gdyż kwestia rozmów ugodowych przewijała się w dotychczasowej korespondencji" - czytamy w oświadczeniu grupy BRE.

Czytaj i komentuj na blogu: BRE zaostrza ton wobec Nabitych. Koniec pieszczot?

Prawdopodobnie jednak z prób mediacyjnych nic nie wyjdzie. Miejski rzecznik konsumentów w Warszawie, który reprezentuje grupę 1247 osób w sprawie przeciw bankom BRE, oficjalnie wyraził bowiem sprzeciw co do prowadzenia postępowania mediacyjnego. Z punktu widzenia zbuntowanych klientów jest to kolejna strata czasu, bo proces grupowy i tak trwa już formalnie od ponad roku. Końca nie widać, a to dopiero pierwsza instancja. Poza tym prób polubownego załatwienia sprawy było już kilka i żadna nie przyniosła efektu. Bank proponował podpisanie aneksów do umów, które zmieniały sposób ustalania oprocentowania na wzór oparty na wskaźniku LIBOR i marży. Sęk w tym, że klienci domagali się marży w okolicach 1 pkt proc. powyżej LIBOR-u, a bank proponował marże w okolicach 1,6 pkt proc.

Szefowie BRE mimo wszystko uważają, że brak zgody na mediację oznacza złą wolę "buntowników". "Zaskoczeniem okazał się nagły, niezrozumiały sprzeciw powoda wobec prowadzenie mediacji, który w ocenie banku stoi w sprzeczności z interesami konsumentów - klientów banku reprezentowanych przez powoda. Skierowanie sprawy do mediacji dawało realną szansę na sprawne zakończenie postępowania w krótkim czasie. Niestety, decyzja miejskiego rzecznika konsumentów w Warszawie może skierować sprawę na tory długiego, wieloinstancyjnego i kosztownego postępowania sądowego" - straszy bank w komunikacie.

Kto ma rację w tym sporze? Przez długie miesiące wydawało się, że banki są na straconej pozycji, a wyrok otwierający drogę do dochodzenia odszkodowań jest tylko kwestią czasu. Zwłaszcza że klauzule podobne do tych, które zawierały umowy klientów z BRE, klienci w kilku innych bankach skutecznie zaskarżyli w sądach cywilnych bądź za pośrednictwem Urzędu Ochrony Konkurencji w sądzie antymonopolowym - Sądzie Ochrony Konkurencji.

Okazja czy pułapka? Bank kusi klientów ubezpieczeniem od... wysokiego LIBOR-u

Banki twierdzą, że oprocentowanie nie spadało razem z LIBOR-em, bo było uzależnione od faktycznego kosztu pozyskania franków szwajcarskich na rynku. A LIBOR nie w pełni te koszty odzwierciedlał. W ostatnich miesiącach prawnicy BRE zyskali nowe argumenty w sporze, bo na Zachodzie ujawniono ogromną aferę LIBOR-ową, udowadniając bankom, że wspólnie umawiały się, ile ma wynosić stawka pożyczek międzybankowych. Za tę zmowę objawiającą się przeważnie zaniżaniem LIBOR-u ponad 20 banków zapłaciło już ok. 8 mld euro grzywien. Prawnicy BRE będą zapewne dowodzili w sądzie, że nie było nic złego w tym, iż bank kierował się faktyczną, a nie ustawioną ceną pieniądza. Między wierszami można to wyczytać z przekazanego "Gazecie" oświadczenia. "Ostateczne rozstrzygnięcie pozostaje sprawą otwartą, niemniej argumentacja powoda w odniesieniu do stawki LIBOR jako jedynej i miarodajnej, kształtującej wysokość oprocentowania, doznała wobec ostatnich, powszechnie znanych faktów znacznego zdewaluowania. Jak już powszechnie wiadomo, stawka LIBOR w spornym okresie była niewiarygodna i podlegała wielokrotnym manipulacjom".

Czytaj też: Lekcja od Nabitych niczego ich nie nauczyła? Znowu cwaniakują z oprocentowaniem kredytów!

Z kolei prawnicy klientów powołają się prawdopodobnie na to, że BRE w dużej mierze pozyskiwał franki od swojego właściciela, niemieckiego Commerzbanku, po wysokiej cenie. I że te koszty niesprawiedliwie chciał przerzucić na klientów. Trudnym do obalenia argumentem będzie też to, że zapisy w umowach były nieprecyzyjne, dając zarządowi BRE duże możliwości interpretacji tego, kiedy powinien obniżyć stopy oprocentowania kredytów, a kiedy je podwyższać. Choć w świetle afery LIBOR-owej niewykluczone jest, że zbuntowani klienci stracili część ważnych argumentów, które mogliby przedstawić w sądzie, to wciąż zostają im te mówiące o nieprecyzyjnych zapisach.

Więcej o: