Dywersyfikacja portfela, czyli ile jajek w jednym koszyku

W inwestowaniu jak w kasynie - wszystko można postawić na jedną kartę i... przegrać. Zamiast tego można kierować się słynną zasadą, że ?nie należy wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka?, czyli rozkładać ryzyko między różne instrumenty finansowe


Czy to inwestując samodzielnie, czy zdając się na pośredników, np. Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych (TFI) czy firmy asset management (AM), oszczędzający staje zawsze przed dylematem: ile kapitału przeznaczyć na bezpieczne instrumenty, np. obligacje, lokaty bankowe czy fundusze obligacji, a ile na bardziej ryzykowne, np. akcje, fundusze akcji. Ale to nie wszystko, bo stoi przed nim także decyzja między iloma instrumentami rozproszyć swoje pieniądze, aby np. w razie jednej nietrafionej inwestycji giełdowej inna przyniosła zyski przewyższające tę stratę i ostatecznie bilans był na plusie.

W zimnym języku finansów taką strategię określa się mianem dywersyfikacji portfela. Hołduje ona zasadzie, że lepiej rozłożyć inwestycje w wiele instrumentów, aby zmniejszyć ryzyko potencjalnej straty. Na giełdzie można to skwitować powiedzeniem: "Nie należy wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka". W przenośni łatwo sobie wyobrazić, jakie byłyby opłakane skutki, gdy taki "koszyk" wyleciał inwestorowi z rąk, i co zostałoby z jego zawartości. Takim potknięciem z "pełnym koszykiem" może być np. bankructwo spółki, w którą zainwestowało się wszystkie oszczędności. Kapitał przepada i koniec.

Zatem jak rozsądnie dywersyfikować? To nie tylko wybór między bezpieczeństwem i ryzykiem, ale również wśród różnych instrumentów wewnątrz tych dwóch kategorii, bo można zarobić równie dobrze 10 proc., jak i 100 proc. w skali roku.

Bezpiecznie? Niewiele realnego zysku

Każdy inwestor ma indywidualny stopień tolerancji dla ryzyka. Jeden będzie spokojnie spać, mając wszystkie oszczędności ulokowane w banku, do tego kontrolowanym przez państwo, albo w obligacjach rządowych. Drugi równie mocny sen zapewni sobie, mając cały kapitał np. w akcjach dziesięciu spółek notowanych na warszawskiej giełdzie, w tym w połowie w małych spekulacyjnych "grzankach". Jednak ponieważ skrajności nie są zwykle dobre, warto pomyśleć, jak rozsądnie zbudować portfel inwestycyjny, aby pogodzić bezpieczeństwo z ryzykiem, aby w ostatecznym rozrachunku wyjść na swoje.

Bezpieczne inwestycje mają wspólny mianownik: trudno wycisnąć wiele powyżej stopy inflacji. Służą przede wszystkim ochronie kapitału, a nie zarabianiu. Myśląc o dochodowości inwestycji koniecznie trzeba porównywać stopę zwrotu z inflacją, która pożera realnie nasze oszczędności. Jeśli bezpieczna inwestycja w lokatę bankową w skali roku wynosi 4 proc., a inflacji również 4 proc., to realnie oszczędzający w taki bezpieczny sposób zarobi figę z makiem. W praktyce jedynie ochroni swój kapitał przed spadkiem wartości, bo jego siła nabywcza pozostanie na tym samym poziomie. Jeśli przy takiej samej stopie inflacji obligacje dadzą 5 proc., to realny zysk wyniesie jedynie 1 proc. Nic dziwnego, że buszując wśród bezpiecznych form oszczędzania, inwestorzy biją się o każde ułamki procenta. Banki nie są zbyt skore, aby płacić za depozyty dużo powyżej inflacji, bo naturalnie chcą jak najtaniej pozyskać depozyty i zarobić jak najwięcej na różnicy z oprocentowaniem kredytów. Jeśli bank nagle mocno podbija wysokość odsetek, to znaczy, że szuka kapitału, bo potrzebuje depozytów do finansowania akcji kredytowej. Warto pamiętać, że granicą bezpieczeństwa dla depozytów w Polsce jest równowartość 100 tys. euro - do takiej kwoty depozyty w całości gwarantuje Bankowy Fundusz Gwarancyjny.

Nie ma całkowicie bezpiecznych inwestycji, bo bank może zbankrutować, a państwo nie wywiązać się ze swoich zobowiązań, czego dowiódł przykład Grecji, która umówiła się z posiadaczami obligacji, że spłaci tylko część. Jednak zakładając, że nasze bankowe oszczędności są chronione do 100 tys. euro, a budżet państwa jest w dobrej kondycji, lokaty bankowe i obligacje skarbowe pozostają głównymi elementami portfela w części bezpiecznej. Warto uważać, aby nie powierzać swoich oszczędności finansowym hochsztaplerom, bo choć kuszą wysokimi zyskami, to można pieniędzy nie zobaczyć na oczy. Komisja Nadzoru Finansowego, która stoi na straży naszego rynku finansowego, publikuje na swoich stronach internetowych publiczne ostrzeżenia przed konkretnymi firmami, które nie mają wymaganych prawem zezwoleń na oferowanie swoich usług. Warto się zapoznać z nimi, zanim ulokuje się oszczędności, licząc na ponadprzeciętny zysk pokazywany w reklamach.

Obligacje sprzedaje nie tylko państwo, ale również firmy i samorządy. I każdy taki papier ma w sobie zaszyte mniejsze lub większe ryzyko. Warto kierować się zasadą, że im solidniejszy i bardziej wiarygodny emitent obligacji, tym taniej pozyskuje kapitał, czyli daje niższe oprocentowanie. Bo na rynku finansowym za ryzyko się płaci, im większe, tym odsetki wyższe. Inwestorzy zainteresowani obligacjami firm i samorządów mogą ich poszukać na giełdowym rynku papierów dłużnych Catalyst. I samodzielnie zdecydować, jakie ryzyko są gotowi zaakceptować, patrząc na wysokość oferowanych procentów.

Kto nie chce na własną rękę zajmować się oceną wiarygodności emitentów obligacji, może rozważyć ofertę funduszy obligacji TFI. Jednak i profesjonalni zarządzający nimi czasem nie ustrzegają się błędów, o czym świadczą duże kwoty zainwestowane przez niektóre TFI w obligacje bankrutujących spółek budujących autostrady. Wyceny obligacji skarbowych znajdujących się w portfelach funduszy zależą w dużej mierze od poziomu stóp procentowych ustalanych przez Radę Polityki Pieniężnej.

Ryzykownie? Zarabiasz albo tracisz

W części ryzykowniejszej portfela składową są często akcje i fundusze akcji TFI. Samodzielny dobór papierów wymaga indywidualnego zainteresowania spółkami, śledzenia ich wyników finansowych, reagowania na zmiany koniunktury w branżach, fuzje i przejęcia. Podczas hossy mniej doświadczeni inwestorzy mogli stosować metodę "kup akcje i zapomnij", bo prawdopodobieństwo powszechnej zwyżki kursów było bardzo wysokie. Jednak i w hossie spółki mogą mocno tanieć, a nawet bankrutować, dlatego taka nierozsądna polityka inwestycyjna może kosztować utratę części lub całości kapitału. Dużym dylematem dla inwestorów jest, w ile spółek zainwestować i z jakich branż, aby rozłożyć ryzyko. Wiele zależy od ilości posiadanego kapitału. Jeśli jest to np. tysiąc złotych, to dywersyfikacja portfela akcji jest problematyczna, bowiem przy wielu niewielkich transakcjach płaci się stosunkowo wysokie prowizje. Ale to zmartwienie raczej niewielu graczy.

Według badań Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych polski inwestor ma przeważnie portfel wart do 50 tys. zł - deklaruje to ok. 70 proc. badanych. Od czterech lat rośnie odsetek osób angażujących na giełdzie od 10 do 50 tys. zł.

Nasi inwestorzy mają w portfelach raczej niewiele spółek. Aż 42 proc. ankietowanych posiadało jedynie dwie-trzy spółki, zaś 39 proc. - od czterech do siedmiu. Jedynie 8 proc. naszych graczy nie dywersyfikowało portfela, bo posiadało akcje jednej spółki. Zdecydowanie najmocniej w dywersyfikację idą zamożni gracze z portfelami 100 tys. albo pół miliona złotych.

Realnym ryzykiem dla portfela jest nie tylko skokowo przecena akcji, ale również bankructwo spółki, o czym na własnej skórze przekonali się ostatnio akcjonariusze niektórych firm budowlanych. Ale jest sposób na ograniczenie tego ryzyka, bo doświadczeni gracze starają się chronić swój kapitał, składając zlecenia sprzedaży stop-loss, które uaktywniają się np. 2-3 proc. poniżej ceny nabycia. Jeśli inwestycja jest nietrafiona, to szybko jest zamykana i kapitał znowu jest uwolniony.

Podczas badania SII w listopadzie 2011 inwestorzy deklarowali, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy w swoich portfelach mieli przede wszystkim akcje spółek notowanych na GPW (92 proc.), lokaty bankowe (39 proc.) oraz jednostki TFI (31 proc.).

W czerwcu tylko odsetki skarbowych "trzylatek" w górę

Oszczędzający, którzy w maju wstrzymali się z inwestycją w obligacje skarbowe, przeważnie mogą kupić w czerwcu papiery z takim samym oprocentowaniem. Pomimo że inflacja wzrosła w kwietniu z 3,9 do 4 proc., to resort finansów zdecydował utrzymać w tym miesiącu na niezmienionym poziomie oprocentowanie dwuletnich DOS, czteroletnich COI i dziesięcioletnich EDO. Minimalnie w górę poszły jedynie odsetki od najmłodszych papierów - "trzyletnich" TOZ.

Dwuletnie obligacje na stały procent DOS0614 dają 4,75 proc. zysku brutto w skali roku, czyli za dwa lata posiadacz otrzyma dokładnie 9,73 zł zysku pomniejszonego o "podatek Belki" plus nominał. Odsetki po pierwszym roku są kapitalizowane, czyli procent w drugim roku jest naliczany od nominału (100 zł) powiększonego o odsetki.

Trzyletnie TOZ0615 w pierwszym półrocznym okresie odsetkowym dają 5,11 proc. w skali roku. W poprzednim miesiącu było to 4,97 proc. Warto pamiętać, że tymi papierami nie można - w przeciwieństwie do poprzedników o symbolu TZ - obracać na giełdzie. Można jedynie skorzystać z przedterminowego wykupu po potrąceniu złotówki od każdego papieru. TOZ wypuszczane są wzorem DOS, COI i EDO co miesiąc. Sposób ustalania wysokości oprocentowania powiązany jest z ceną pieniądza na rynku międzybankowym (sześciomiesięczny WIBOR6M), dlatego co miesiąc procenty mogą się wahać.

Czteroletnie obligacje COI0616 w pierwszym rocznym okresie odsetkowym przyniosą 5,50 proc. W kolejnych latach oprocentowanie zależeć będzie od inflacji w danym roku i stałej marży 2,25 proc. Wypłata odsetek następuje co roku.

W czerwcu największe procenty zainkasują chętni na nową serię dziesięcioletnich papierów oznaczonych symbolem EDO0622, które przygotowano z myślą o samodzielnym odkładaniu na emeryturę. W pierwszym roku dają aż 6,50 proc. W kolejnych latach zysk posiadacza dziesięciolatek wyniesie 2,75 proc. stałej marży doliczanej do stopy inflacji.

Jaki sposób inwestowania preferujesz?
Więcej o: