Uczymy dziecko oszczędzać

Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Dlatego żeby w dorosłym życiu Jan nie dał się naciągnąć na perspektywy nierealnych zysków, warto, aby już Jaś uczył się podstawowych zasad, które rządzą w świecie finansów. I nauczył się oszczędzania
Choć dla banków młody człowiek staje się potencjalnym klientem, dopiero gdy ukończy 13 lat (wtedy można założyć dziecku pierwsze konto bankowe), to jest na rynku usługa, z której mogą korzystać i uczyć się finansów już pierwszoklasiści.

Mowa o Szkolnych Kasach Oszczędności, które mają kilkadziesiąt lat tradycji. Mimo że z SKO w sumie korzysta aż 150 tys. dzieci, dopiero niedawno PKO BP zdecydował się na odświeżenie oferty. I zamiast obowiązującej do końca 2010 r. stawki 0,01 proc. w skali roku wprowadzono podwyżki do 3,5-5 proc. Wcześniej - na co zwracała uwagę "Gazeta" - bardziej opłacało się wybrać tradycyjną skarbonkę niż SKO.

Oszczędności na małe wydatki...

Obecnie jednak tak duże oprocentowanie zarezerwowane jest tylko dla oszczędności nieprzekraczających 2,5 tys. zł w skali roku. To bariera mająca zniechęcić rodziców, którzy mogliby potraktować SKO jak solidną lokatę rynkową... Tym bardziej że to już nie dzieci mogą wkładać oszczędności poprzez przynoszenie drobniaków do szkoły. Przyrost oszczędności można śledzić w internetowym serwisie, a oprócz przynoszonych do szkoły drobniaków nasze konto zaczęło też przyjmować przelewy bankowe.

Jednak największą zaletą SKO jest oprócz zbierania drobnych sum edukacja ekonomiczna, która może zaprocentować w przyszłości. Szkolne Kasy zmuszają do systematyczności. Przykład? Żeby zmotywować dziecko, można wprowadzić specjalny system zachęt. Zbieramy na odtwarzacz MP3? Określamy, do kiedy kwota docelowa ma być zebrana, a system sam podpowie, ile miesięcznie trzeba oszczędzać, by na czas odłożyć potrzebną sumę.

Co ciekawe, bank PKO BP ma w statucie wpisany obowiązek prowadzenia SKO. Choć nikt nie broni innym bankom podobnej działalności, to poza kilkoma bankami spółdzielczymi nikt tego nie robi. Powód? Do prowadzenia kas oszczędnościowych dla dzieci i młodzieży trzeba dopłacać.

... i na bardzo duże

Skoro zadbaliśmy o oszczędności na małe wydatki, warto pomyśleć o tych największych, czyli związanych z zakupem mieszkania. Choć ceny nieruchomości spadają, to i tak dla wielu rodzin zakup własnego M jest poza zasięgiem. Niewiele osób też stać, żeby kupić dorosłemu dziecku mieszkanie. Można mu to jednak ułatwić, zakładają np. książeczkę mieszkaniową, dzięki której uzbieramy część kwoty niezbędnej na tzw. wkład własny zazwyczaj wymaganej przez banki przy zakupie mieszkania na kredyt. Oczywiście bez wkładu własnego też mamy szansę na kredyt, ale często w takim wypadku trzeba wykupić dodatkowe ubezpieczenie do kredytu.

Książeczka mieszkaniowa to nic innego jak rodzaj rachunku oszczędnościowego, którego początki sięgają PRL. Mimo że książeczki nie są najnowocześniejszym produktem finansowym, to wciąż cieszą się popularnością. W sumie korzysta z nich 1,9 mln Polaków, z czego 1,3 mln ma te "stare" książeczki, wystawione do 23 października 1990 r.

Ich właścicielom przysługuje tzw. premia gwarancyjna wypłacana z budżetu państwa (obliczana na podstawie matematycznych wzorów). Żeby dostać premię, nie musisz kupić mieszkania lub wybudować domu. Wystarczy, że wymienisz okna lub instalację elektryczną w lokalu, który już posiadasz, a pieniądze zamrożone na książeczce będą twoje. A jeśli nie planujesz żadnej inwestycji w mieszkanie lub dom, sprawdź, czy takich planów nie ma ktoś z najbliższej rodziny. Wtedy też jest szansa na premię.

Tak jak w przypadku SKO bank PKO odświeżył ofertę i zaproponował połączenie oszczędzania na książeczce z funduszem inwestycyjnym. Dodatkową zachętą jest to, że korzystając z książeczki, możemy liczyć na niższą marżę przy podpisywaniu umowy kredytowej.

Kontomierz.wyborcza.biz Prosty sposób na kontrolowanie wydatków




Podwójny wysiłek to większe oszczędności

Żeby zobaczyć, jak duże efekty daje oszczędzanie, warto, by dzieci z rodzicami zdwoili wysiłki. Często świeżo upieczeni rodzice są zazwyczaj tak przejęci nowymi obowiązkami, że myślami nie wybiegają dalej niż o kolejny dzień. A przecież każdy rodzic chciałby ułatwić swojej pociesze start w dorosłe życie. Gdzieś daleko przebija się myśl o opłatach za studia, tym bardziej że Ministerstwo Nauki zdecydowało się wprowadzić opłaty za uczenie się na drugim kierunku studiów państwowych.

Jednak niełatwo mówić o oszczędzaniu, gdy comiesięczne zobowiązania pożerają budżet rodzinny: rachunki za prąd, gaz, za telefon, internet, ubezpieczenie na życie, raty za samochód albo za mieszkanie. A gdy dodamy do tego jeszcze oszczędzanie na emeryturę, z finansami robi się krucho. Niemniej jeśli to możliwe, warto odłożyć dodatkowe 100 zł miesięcznie, by zapewnić dziecku dobry start w przyszłość. Po 18 latach oszczędzania uzbiera się 21,6 tys. zł plus odsetki. A te nie muszą być małe dzięki procentowi składanemu. Zyski wypracowane przez oszczędności są dopisywane do kapitału i zwiększają sumę środków przynoszących dochód w kolejnych latach.

Niestety, nasza stówka może z czasem stracić swoją wartość. Wystarczy sobie przypomnieć, ile rzeczy można było kupić sobie za 100 zł dziesięć lat temu. Prawa ekonomii są nieubłagane - pieniądz z czasem traci swoją wartość, dlatego by wyrównać te straty, warto co roku nieznacznie zwiększać odkładaną w skali roku sumę.

Zdać się na polisę?

Szansę na solidniejszy zwrot z takich oszczędności można powiększyć, jeśli zdecydujemy się na korzystanie z któregoś z gotowych produktów finansowych. Różne firmy: banki, fundusze inwestycyjne, firmy ubezpieczeniowe, oferują ich całą masę. Najpopularniejsze to polisy posagowe. Jak działają? Wpłacamy co miesiąc składki, by na koniec dostać powierzoną sumę plus to, co firmie udało się pomnożyć dzięki inwestycjom. Miesięczne kwoty nie muszą być duże - 100-200 zł.

Taka polisa ma jeszcze jedną zaletę. Ponieważ jest to ubezpieczenie, jeśli jeden z rodziców osieroci dziecko, w momencie osiągnięcia pełnoletności firma wypłaca odszkodowanie, które może znacznie przekroczyć sumę, którą udało nam się zaoszczędzić. Jeśli nic złego się nie stanie, dostajemy tylko zebrany kapitał plus odsetki. To, jak będą duże, zależy od rodzaju polisy.

Można szukać bezpiecznych produktów, które nie dają znacząco większych zysków, albo też agresywnych, inwestujących np. w fundusze czy akcje, dzięki czemu perspektywa zysku staje się większa (ale rośnie też ryzyko, że inwestycje będą nietrafione i końcowy zysk - mniejszy).

Niektóre firmy proponują inne rozwiązania. Po prostu ubezpieczyć się na życie i inwestować samemu. I tak jak radzą eksperci od emerytur - w miarę zbliżania się terminu wypłaty zmniejszać ryzyko inwestycji. Chodzi o to, żeby w przeddzień wejścia dziecka w dorosłość nie okazało się, że nasze zbierane latami pieniądze rozpłynęły się np. w wyniku kolejnego kryzysu na giełdach. Można to opisać w ten sposób: dopóki dziecko nie skończy gimnazjum, inwestować agresywnie, w fundusze akcji, które - jeśli natrafimy na hossę - mogą dać kilkanaście procent zysków w rok. A gdy dziecko znajdzie się u progu dorosłości, spuścić z tonu i chronić kapitał np. na lokatach czy w obligacjach.

Niektóre osoby o konserwatywnym podejściu do finansów osobistych ostrożnie traktują takie "wynalazki" i uważają, że najlepsza będzie lokata. Rzeczywiście, zyski z lokat są bezpieczne i przewidywalne. Problem w tym, że aby zacząć odkładać na lokacie, już na starcie trzeba mieć określoną sumę, np. 2 tys. zł.

Jednym z najprostszych sposób na oszczędzanie są obligacje. To inwestycje, które polegają na tym, że "pożyczamy" państwu pieniądze, a ono oddaje nam kapitał powiększony o odsetki. To najbezpieczniejszy sposób odkładania pieniędzy. Na start wcale nie trzeba mieć odłożonych kokosów (cena jednej obligacji to 100 zł). A ci, którzy inwestują w obligacje, cenią sobie również to, że jest to tani sposób - bank nie pobiera prowizji zarządzanie portfelem tak jak jest to w przypadku produktów finansowych.

Procenty obligacji nieczułe na inflację

Pomimo że inflacja wzrosła w czerwcu z 3,6 proc. do 4,3 proc., to zawiedli się ci oszczędzający, którzy oczekiwali, że resort finansów zechce zapłacić więcej za pożyczanie pieniędzy w detalicznych obligacjach skarbowych. Co więcej, rosnący popyt i spadające ceny polskich papierów na rynku instytucjonalnym skłoniły do obniżenia oprocentowania popularnej obligacji dwuletniej o stałym oprocentowaniu. Sierpniowa seria DOS0814 daje w skali roku 4,50 proc., czyli o 0,25 pkt proc. mniej niż w lipcu. Po dwóch latach posiadacze DOS0814 otrzymają od każdego papieru o nominale 100 zł dokładnie 9,20 zł odsetek brutto (przed tzw. podatkiem Belki). Tymczasem w lipcowej serii DOS-y dawały 9,73 zł odsetek.

Sierpniowe czteroletnie obligacje COI0816 podobnie jak w lipcu dają w pierwszym roku 5,50 proc. odsetek brutto, a w kolejnych latach oprocentowanie zbudowane jest ze stopy inflacji oraz 2,25 proc. stałej marży.

Ponownie minimalnie w górę drgnęły odsetki od wprowadzonych niedawno do oferty "trzylatków". TOZ0815 w pierwszym półrocznym okresie odsetkowym daje 5,15 proc. w skali roku. W lipcu było 5,14, w czerwcu - 5,11 proc., maju - 4,97 proc. Takie symboliczne w ostatnich miesiącach zmiany atrakcyjności TOZ wynikają z tego, że dość ustabilizowana jest cena pieniądza na rynku międzybankowym, bo oprocentowanie TOZ zależy od sześciomiesięcznej stawki WIBOR6M.

Nie zmieniło się oprocentowanie sierpniowych "dziesięciolatek" - EDO0822 dają w pierwszym rocznym okresie odsetkowym 6,00 proc. W kolejnych latach zysk wyniesie 2,50 proc. stałej marży doliczanej do stopy inflacji.

Kontomierz.wyborcza.biz Prosty sposób na kontrolowanie wydatków



Czy uczysz swoje dziecko oszczędzać?
Więcej o: