Prezydent podpisał ustawę antyspreadową, ale kurs franka ostro w górę

Prezydent podpisał we wtorek ustawę antyspreadową. Jak na ironię niemal w tym samym czasie kurs franka przekroczył w pięciu bankach granicę 4 zł. Z kolei w kantorach - choć tam kursy są niższe - szwajcarskiej waluty po prostu brakuje.
Tak ekspresowo uchwalanej ustawy polski parlament dawno nie widział. W trzy tygodnie z projektem uporały się komisje sejmowe, posłowie, senatorowie, a we wtorek gotową ustawę bez zastrzeżeń zaakceptował prezydent.

Wszystko po to, żeby ulżyć 700 tysiącom polskich rodzin spłacających kredyty we frankach szwajcarskich. Jeśli bankowcy nie wymuszą skierowania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, to już za dwa tygodnie posiadacze kredytów walutowych - nie tylko tych we frankach, ale też w euro - będą mogli przynosić do banków walutę kupioną tam, gdzie jest tańsza. A bank nie będzie mógł pobierać opłat - ani za wpłaty franków w bankowym okienku, ani za ich przelew.

Gdyby ustawa weszła w życie dziś, to zapewne na poszukiwanie tańszych franków najchętniej ruszyliby ci, którzy mają kredyty walutowe w PKO BP, Alior Banku, BPH, Polbanku oraz Banku Pocztowym. Te pięć banków podyktowało bowiem we wtorek swoim klientom spłaty rat po rekordowo wysokim kursie - ponad 4 zł. Najgorzej mają klienci Polbanku, którzy muszą przeliczać raty po 4,04 zł! Na rynku międzybankowym szwajcarska waluta też biła rekordy, ale nawet w najgorszym momencie jej cena oscylowała wokół 3,96 zł.

O sile emocji targających inwestorami świadczy to, że różnica między najwyższym i najniższym kursem franka wyniosła we wtorek na rynku międzybankowym aż 21 gr! Jeśli ktoś ma w banku kredyt pod hipotekę w wysokości tylko 100 tys. franków (ok. 300 tys. zł), to wartość jego długu z godziny na godzinę zmieniała się nawet o kilkanaście tysięcy złotych - to w górę, to w dół. Zresztą ci, którzy mają kredyty w euro, nie byli w dużo lepszej sytuacji - euro kosztowało nawet 4,13 zł. Ale różnica między najwyższym i najniższym kursem nie przekraczała 7 gr.

W kantorach już brakuje franków

Wicepremier Waldemar Pawlak, który jako pierwszy zaczął wojować ze spreadami, na wtorkowej konferencji prasowej wyraził nadzieję, że dzięki nowej ustawie banki dobrowolnie ograniczą widełki kursowe, by zniechęcić klientów do przychodzenia z frankami kupionymi gdzie indziej.

- Są takie banki, które kasowały klientów spreadami rzędu 10-12 proc. Zmniejszenie tego do poziomu 2-3 proc., a tego spodziewam się już w pierwszym okresie stosowania ustawy, zmniejszy obciążenia dla klientów - pocieszał Pawlak.

Jednak w porównaniu ze wzrostem kursu franka o 70 gr w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zysk na mniejszym spreadzie jest niewielki. - W zależności od kursów walut i innych parametrów kredytu miesięczna oszczędność wyniesie od kilkunastu do 20 zł na każde 100 tys. zł kredytu - liczy Marcin Krasoń, analityk Open Finance.

Zresztą żeby zarobić te kilkadziesiąt złotych, trzeba się będzie nieźle nabiegać. Na osiem odwiedzonych przez nas wczoraj łódzkich kantorów zapas franków miał... jeden. Cena? 3,99 zł bez możliwości negocjacji. W sąsiednim kantorze zostało jedynie 320 franków. Właściciel namawia do kupna, bo "jutro może być różnie". - Papierowego franka na rynku nigdy nie było dużo. To nie jest tak popularna waluta jak euro czy dolar. Nie kupuje się jej, wyjeżdżając na wakacje. A teraz ludzie oszaleli. Biorą, mimo że jest bardzo drogo - tłumaczy właściciel kantoru przy al. Kościuszki w Łodzi.

W pozostałych franków nie znaleźliśmy. - Jeszcze w poniedziałek były, ale poszły. Sprzedają się jak ciepłe bułki - mówi pracownik kantoru przy ul. Narutowicza. Franki są jeszcze w internetowych kantorach i platformach wymiany walut, choć tu też coraz trudniej je zdobyć. - Zainteresowanie walutą jest z każdym tygodniem wyższe - przyznaje Michał Czekalski, współwłaściciel serwisu Internetowykantor.pl. W tym serwisie różnica między ceną kupna a sprzedaży franka wynosiła wczoraj tylko 6 gr. Trzy razy mniej niż w większości banków. - A w przypadku dużych transakcji, powyżej 50 tys. zł, jesteśmy gotowi obniżyć spread jeszcze o połowę - zapewniał Czekalski.

Gdzie jest próg bólu?

Nawet brak możliwości zakupu tanich franków nie oznacza końca świata. Przez długie lata frankowi kredytobiorcy korzystali z dobrodziejstw niskiego kursu tej waluty oraz niskich stóp procentowych w Szwajcarii. Przez pięć lat przeciętny kredytobiorca frankowy wpłacił do banku nawet 30-40 tys. zł mniej niż ten, który miał identyczny kredyt w złotych.

Dopiero w tych dniach raty kredytów we frankach zaczęły przewyższać te naliczane od kredytów złotowych.

Większość kredytobiorców brała kredyty frankowe już pod rządami słynnej rekomendacji S wprowadzonej przez Komisję Nadzoru Finansowego. A ona stanowiła, że do kredytu frankowego potrzebna jest znacznie wyższa zdolność kredytowa niż do zlotowego. Z niedawnych obliczeń Open Finance wylicza, że jeśli ktoś pisał się na kredyt z ratą przeliczaną z franków rzędu 1500 zł, to bank powinien mu tak wyliczyć zdolność kredytową, by było go stać na spłatę kredytu z ratą o 1000 zł wyższą. A żeby i ten bufor się wyczerpał, frank musiałby zdrożeć do 4,6 zł.

Jednak już dziś zaciskanie pasa przez walutowych kredytobiorców widać w gospodarce. Ostatnio ekonomiści Citi Handlowego policzyli, że 20-procentowe umocnienie się franka względem złotego powoduje ograniczenie wzrostu konsumpcji o 0,3-0,4 pkt. To dlatego, że raty pochłaniają coraz więcej pieniędzy z naszych kieszeni, a niepewna sytuacja na rynku i szum związany z kryzysem dodatkowo pogarszają nastroje konsumentów, którzy są mniej skłonni do wydawania pieniędzy.

Marcin Krasoń obawia się, że banki pozbawione dochodów ze spreadów zaczną niemiłosiernie tłuc klientów wyższymi niż dotąd stawkami ubezpieczeń niskiego wkładu własnego. Bo im wyższy kurs franka, tym więcej rodzin ma kredyty wyższe od wartości mieszkań finansowanych z pożyczki.