Obama - wizjoner czy gwiazdor?

Barack Obama to polityk nowej ery, to człowiek, który wszystko osiągnął własnymi siłami. Trudno jednak odgadnąć, jaki jest naprawdę. Zwolennicy uważają go za niezwykle ambitnego idealistę i wizjonera, przeciwnicy widzą w nim pochłoniętego samym sobą gwiazdora o kompleksie mesjasza.

ABC, czyli co myśli Barack Obama o... - przeczytaj



Osoby z otoczenia senatora Baracka Obamy od pierwszych dni jego kampanii prezydenckiej słyszą tę samą mantrę. Powtarzał ją po ogłoszeniu swojej kandydatury, po odbytych debatach, po zwycięstwach i porażkach. Mówił ciągle: "Muszę być lepszy".

Patrząc na sposób, w jaki Obama przygotowywał się do konkurencji z innymi kandydatami, może czasem wydawać się, że jest w równym stopniu sportowcem, co politykiem. Jeszcze zanim został postacią publiczną, zaczął pracować nie tylko nad umiejętnościami politycznymi, ale również nad psychiką i emocjami. Osiągnął tak absolutną samodyscyplinę, że - jak mówią jego przyjaciele i doradcy - panuje nie tylko nad tym, co robi, ale również nad tym, co czuje. Nie jest osobą, która łatwo popada w zachwyt, rozpacz czy złość - oznaczałoby to pobłażanie sobie, odwracałoby jego uwagę od wyznaczonych celów. Wyłącza się wtedy i ocenia sytuację. - Zdaje się nie oddychać - mówi David Axelrod, główny strateg Obamy.

Jednak po tym, jak Barack Hussein Obama został oficjalnym kandydatem Demokratów na prezydenta, te same zalety, dzięki którym od Białego Domu dzielą go już tylko jedne wybory - wirtuozeria, powaga, zdolność do inspirowania, pozorna odporność na dopadający innych stres - mogą okazać się największymi przeszkodami na tej drodze.

Niewiele jest w nim spontaniczności czy cech, które można odebrać jako autentyczne, nie wygładzone. Mimo dwóch książek, które o sobie napisał, tysięcy spotkań w ramach kampanii oraz niezliczonych godzin w telewizji, wielu Amerykanów twierdzi, że wciąż go nie zna. Zarzut nieuchwytności zaskakuje osoby z najbliższego otoczenia kandydata. Według nich, Obama, daleko bardziej niż większość polityków, jest taki sam publicznie, jak prywatnie.

Jak sprzedać Obamę - przeczytaj



Tajemniczość i konsekwencja mogą mieć te same korzenie - 47-letni Barack Obama jest pierwszym kandydatem na prezydenta, który osiągnął pełnoletność w erze nieustannej, całodobowej obserwacji. - Jest tworem naszych czasów, bardziej niż inne postacie współczesnej sceny politycznej - mówi członek Izby Reprezentantów Earl Blumenauer, Demokrata, który wiosną prowadził z Obamą kampanię w swoim rodzinnym stanie Oregon.

Podczas wizyty w Jerozolimie Obama wepchnął w szczelinę Ściany Płaczu karteczkę, którą natychmiast wyjęto i opublikowano w internecie. Jej treść była elegancko sformułowana, jakby Obama, który jest chrześcijaninem, przewidział, że jego osobiste wyznanie kierowane do Wszechmogącego zostanie wkrótce upublicznione.

Na karteczce Obama prosił o ochronę, przebaczenie i mądrość - co dobrze odpowiada akcentowanej przez kandydata pokorze. Jednak jego zadziwiająca pewność siebie i pozornie gładki lot ku wyżynom podsyciły tylko zarzuty podnoszone przez jego krytyków i przeciwników - najpierw przez senator Hillary Rodham Clinton, a teraz senatora Johna McCaina - mówiące, że w swoim życiu poświęcił niezbyt wiele czasu na naukę i pracę, że jego głównym celem jest własna kariera.

Ponieważ Obama nie daje po sobie poznać, że w życiu zmagał się z czymkolwiek, może wydawać się zbyt oderwany od problemów niektórych wyborców. Dla starszych, białych wyborców z klasy robotniczej niewygodny może być jego wiek i rasa - jest synem białej Amerykanki z Kansas i czarnego Kenijczyka. Mogą też mieć trudności z utożsamianiem się z nim, nawet mimo jego zapewnień, że ma z nimi wiele wspólnego - że jego matka musiała czasami korzystać z talonów na żywność i że sam był pracownikiem socjalnym w najbiedniejszych dzielnicach Chicago. Kłam temu może zadać jego umiejętność panowania nad kilkudziesięciotysięcznymi tłumami, elokwencja i przyrównywanie siebie do Jozuego i Lincolna.

Tę sprzeczność między roztaczaną przez Obamę aurą wyjątkowości a zapewnieniami, że jest po prostu zwykłym człowiekiem, dostrzeżono już wcześniej.

"Jestem po prostu pierwszym wśród równych" - napisali o nim koledzy z gazety studenckiej Harvard Law Review w ciepłym, choć ciętym komentarzu po wyborze Obamy na prezesa tego pisma. "Chociaż to nie z nimi wszyscy przeprowadzają wywiady".

Konwencja Demokratów z pompą: jak to się robi w Ameryce - zdjęcia



Wyścig na szczyt

Przed blisko dziesięcioma laty Obama zaczął towarzyszyć takim znakomitościom, jak George Stephanopoulos i Ralph Reed na seminariach organizowanych przez Roberta Putnama, profesora Harvardu i autora książki "Bowling Alone" ("Samotna gra w kręgle") poświęconej rozpadowi więzi społecznych w Ameryce. Jako młody senator ze stanu Illinois, Obama należał do mniej prominentnych członków tej grupy. Jednak wkrótce wszyscy zaczęli się do niego zwracać "gubernatorze", co według Putnama było przyjacielskim prztyczkiem spowodowanym wczesnym rozwojem Obamy i jego parciem do przodu.

Już od młodych lat matka wpajała Obamie rozmach w myśleniu o jego możliwościach pomagania innym. Kiedy dorósł, przekaz ten został jeszcze wzmocniony przez podziw ze strony nauczycieli i mentorów, sprawiając, że swój wzrok kierował coraz wyżej i wyżej. Jako student prawa, rozmyślał o zostaniu burmistrzem Chicago, jako profesor prawa, mówił o starcie w wyborach na gubernatora Illinois, niedługo potem wystartował w wyścigu o fotel prezydencki.

Obama pielęgnował swoją karierę staranniej niż czasami przyznaje. W udzielonym w tym roku wywiadzie, zaprzeczył, że kierował się ambicjami politycznymi pisząc, po ukończeniu szkoły prawniczej, swoją autobiografię "Dreams From My Father" ("Marzenia odziedziczone po ojcu"), która natchnęła tak wielu jego zwolenników. Jego koledzy z Harvardu twierdzą jednak, że już wtedy mówił o planach ubiegania się o urząd publiczny. A bez zdobycia władzy nie mógł naprawdę zająć się biedą i niesprawiedliwością, które widział jako pracownik społeczny.

Już w szkole prawniczej Obama zaczął gromadzić wokół siebie potężną grupę mentorów oraz przyjaciół posiadających dobre powiązania i obywatelskie poglądy, którzy razem z nim pięli się ku szczytom sceny politycznej w Chicago i Illinois. Wśród nich była jego żona, którą uważa za ideał.

- Kocha Michelle - mówi Gerald Kellman, szef Obamy z czasów pracy społecznej. Szukał też partnera, który towarzyszyłby mu w jego staraniach. - To osoba, która mogła mu pomóc w panowaniu nad stresem niesionym przez życie, jakiego pragnął.

Obama zdobył rzeszę wpływowych orędowników, takich jak były sędzia federalny Abner J. Mikva, były przywódca większości demokratycznej w Senacie Tom Daschle, senator Edward M. Kennedy oraz niezliczeni przywódcy polityczni z Chicago - ujmując ich swoim intelektem i idealizmem, ale też zapałem do uczenia się od nich. Jako człowiek, który ledwo znał własnego ojca, Obama mógł u nich szukać wielu rzeczy - autorytetu, bezpieczeństwa, nawet miłości.

Ale według Kellmana, jego potrzeby były bardziej konkretne. - Znajduje mentorów po to, żeby się uczyć - dodaje Kellman. - Chce poznać ich wiedzę.

Zarówno sojusznicy jaki i krytycy przyznają czasami, że Obama był zbyt utalentowany, albo za bardzo się spieszył, żeby poświęcić się zadaniom, które pochłaniały innych.

- Myślałem o nim bardziej jak o koledze niż studencie - mówi Laurence Tribe, profesor prawa na Harvardzie, dla którego Obama pracował. - Nie myślałem o nim jak o kimś, kogo się wysyła do wykonania mechanicznych zadań grzebania w sprawach sądowych. To mogli robić inni studenci - dodaje profesor Tribe.

W prowadzonej przez Obamę kampanii podkreśla się jego osiągnięcia z czasów, kiedy zasiadał w Senacie stanu Illinois - udane prace nad prawem finansowania kampanii politycznych oraz przepisami wymierzonymi w typowanie potencjalnych przestępców na podstawie rasy, a także dodatki za opiekę na dziećmi i zwolnienia podatkowe dla pracujących osób o niskich zarobkach. - Ale nie brał udziału w "pracach u podstaw" - mówi John Corrigan, były konsultant frakcji demokratycznej w Senacie. - Był stworzony do czegoś większego niż wygładzanie wybojów - dodaje.

W Senacie USA Obama przewodniczy podkomisji ds. kontaktów z Europą, chociaż nie poprowadził jeszcze ani jednego posiedzenia poświęconego sprawom polityki zagranicznej, jedynie kilka dotyczących nominacji.

Takie postępowanie jest pożywką dla kampanii prowadzonej przez McCaina, w której konkurenta wykpiwa się jako pochłoniętego samym sobą gwiazdora, sugerując nawet, że ma kompleks mesjasza.

Obama już słyszał te zarzuty. Na długo przed wyścigiem po prezydenturę, wydawało się, że niektóre osoby z jego otoczenia miały pretensje o jego umiejętność zjednywania sobie zwolenników. "Gwiazdorzy nie potrzebują wkuwać czyichś słów", żartował z Obamy jego kolega ze studiów w parodii przeglądu prawniczego, pisząc o pracochłonnym procesie sprawdzania cytatów.

Co do zarzutu mesjanizmu, powtórzył go publicznie Michael Madigan, demokrata i przewodniczący Izby Reprezentantów stanu Illinois.

Kim jest Barack Obama? Przeczytaj życiorys



Zdyscyplinowany i bezstronny

Jeśli istnieje jedna cecha charakteru Obamy, którą zachwycają się wszyscy z jego najbliższego otoczenia, to jest to z pewnością jego umiejętność panowania nad swoimi emocjami. Mówią, że po części jest to kwestia temperamentu Obamy, a po części jego starań do oderwania się od własnych uczuć tak, aby móc wydawać bezstronne osądy. - Nie pozwala sobie na luksus rozproszenia uwagi - mówi bliski doradca Obamy Valerie Jarrett. - Potrafi wykorzystać swój zdyscyplinowany umysł do unikania zawirowań emocjonalnych.

W 2006 roku Obama poparł kandydaturę Alexiego Giannouliasa, 29-letniego kolegi z boiska do koszykówki, na skarbnika stanu Illinois. Przeciwnicy oskarżyli Giannouliasa o korupcję, powołując się jednak na słabe dowody - kredyt, jaki należący do jego rodziny bank udzielił skazanemu przestępcy. Po tym jak Giannoulias pogorszył swoją sytuację nazywając przestępcę "miłym facetem", Obama kazał mu zrobić porządek z jego kampanią, albo wycofać się z wyścigu.

- Prawie się wtedy rozpłakałem - mówi Giannoulias, który w końcu wygrał. - A [Obama] prawie się zirytował tym, jakim okazałem się mięczakiem.

Przyjaciele Obamy mówią, że to nie jest tak, że nie okazuje on żadnych uczuć. On tylko odrywa się i obserwuje, zdradzając więcej w swoich książkach niż "na żywo". - Ma cechy pisarza - mówi David Axelrod. - Odnoszę wrażenie, że nie tylko uczestniczy w wydarzeniach, ale również je obserwuje.

Obama nikogo nie obserwuje tak gorliwie, jak siebie. W okresie prawyborów, często nie zgadzał się z ludźmi, którzy chwalili jego wystąpienia podczas debat. - Nie byłem ani wielki, ani wspaniały - Obama odpowiedział na pochwały na spotkaniu w Seattle poświęconym gromadzeniu funduszy na kampanię. Potem przyszedł czas na tradycyjny refren - "Muszę być lepszy i będę lepszy", brzmiały słowa Obamy według relacji Michaela Parhama, jednego z darczyńców.

Jako osoba prowadząca kampanię, Obama musiał się nauczyć, że czasem trzeba dać się ponieść emocjom. Kiedy Axelrod, podczas senackiej kampanii Obamy po raz pierwszy zaproponował hasło "Yes We Can" ("Tak, możemy"), nie spodobało się ono kandydatowi - było, jak na jego gust, zbyt banalne. - W tamtym momencie objawił się ten wspaniały i myślący o wielkich rzeczach Barack - mówi Peter Giangreco, konsultant w kampanii Obamy. - Jego instynkt był zupełnie gdzie indziej niż instynkt zwykłych ludzi.

Pędząc tak między linami, Obama czasem lepiej porozumiewa się w kontakcie jeden na jeden. W wolnej chwili potrafi zaskoczyć swoich zwolenników - np. portiera, który uciułał mały datek, czy starszą kobietę, o której słyszał, że podobała się jej jego autobiografia - niespodziewanym telefonem. W lutym tego roku, kiedy Obama czekał za sceną na wygłoszenie przemówienia do 20 tys. ludzi w Seattle, tak pochłonęła go rozmowa z parą emerytów z Michigan, że musiano mu przypominać o wejściu.

Raz na bardzo długi czas Obama opuszcza gardę. Valerie Jarrett wspomina, jak dwa lata temu na spotkaniu partyjnym zwołanym z okazji wydania jego drugiej książki "The Audacity of Hope" ("Odwaga nadziei"), młody senator wstał, aby powiedzieć parę słów. Kiedy zaczął opowiadać, ile jego nowa praca w Waszyngtonie kosztowała jego żonę i córki, po twarzy zaczęły płynąć mu łzy i nie mógł dalej mówić.

Uratowała go Michelle Obama pocałunkiem, a po chwili nastąpiła owacja.

Politgroszki: Obama i jego różowa rodzinka



Nowa rola outsidera

Obama jest często nazywany wiecznym outsiderem - z powodów rasowych, geograficznych, politycznych. Ale jego historia jest o wiele bardziej skomplikowana. - Był outsiderem na Uniwersytecie Columbia i na Harvardzie - mówi jego przyjaciel Matthew McGuire. - Ale był nim tylko w najwyższych i najwęższych kręgach.

Obama był zawsze krytyczny w stosunku do tych i innych instytucji. Wiele osób pamięta, jak blisko 20 lat temu, po wyborze na pierwszego czarnoskórego szefa "Harvard Law Review", Obama wygłosił prowokujące przemówienie do czarnych studentów i absolwentów uczelni. - Nie pozwólcie żeby Harvard was zmienił - powtarzał w nim jak refren. Jako pracownik społeczny, prowadził mieszkańców Chicago do sprzeciwu wobec władz lokalnych. W Senacie stanu Illinois, Obama był nie tylko reformatorem walczącym o surowsze przepisy dotyczące finansowania kampanii politycznych, ale również sceptykiem często wytykającym swoim kolegom ich wesołkowatość i hipokryzję.

Mimo tempa, w jakim potoczyła się jego kariera, Obama często mówi o polityce jak o zamkniętym systemie stworzonym przeciwko outsiderom, którzy nie posiadają potężnych patronów lub bogatych sponsorów.

Tego rodzaju krytyka stała się podstawą jego politycznej tożsamości. W każdej prowadzonej przez siebie kampanii składał obietnicę zmiany rządu, uczynienia go bardziej wyczulonym na potrzeby obywateli. Dzisiaj, mimo milionów ludzi i dolarów poświęconych jego elekcji, Obama w zadziwiający sposób upiera się, że nadal jest tym samym adwokatem ubogich, którym był 20 lat temu na ulicach Chicago.

- Cały czas powtarza, żeby pamiętać, że tu nie chodzi o Baracka Obamę - mówi Valerie Jarrett. - Wciąż postrzega siebie jako pracownika społecznego.

Ale po przyjęciu nominacji partyjnej, ciężko nie zaliczyć Obamy do establishmentu. Jako szef swojej partii, będzie kierował wszystkim tym, czemu sprzeciwia się w polityce: podstępowi, wpływom specjalnych grup interesu, stronniczości. Jeśli wygra wyścig do fotela prezydenckiego, nie będzie już więcej szczebli, po których mógłby się wspiąć, poza reelekcją. System, o którym mówi, że się załamał, stanie się jego systemem.

Nawet osoby z jego najbliższego otoczenia nie są pewne jak uda mu się przejść tę transformację.

- Nie jest to wygodne - mówi Axelrod o stojącej przed Obamą perspektywą wejścia do najwyższych kręgów władzy. - Jeśli jest się kandydatem lub prezydentem, to trzeba zaakceptować tę rolę przynajmniej do pewnego stopnia.

Mimo to Axelrod dodaje: - Nie wydaje mi się, żeby to była właśnie rola, którą chce odgrywać. Według niego trzeba zawsze rzucać wyzwanie instytucji.

Wybory w USA 2008 - serwis specjalny