Unia ułatwia życie

Rozmowa z Wojciechem Fibakiem, byłym tenisistą, biznesmenem, mecenasem sztuki:
Agaton Koziński: Kiedy pan pierwszy raz w życiu usłyszał o Unii Europejskiej?

Wojciech Fibak: Miałem świadomość jej istnienia wtedy, gdy jeszcze nazywała się Europejską Wspólnotą Gospodarczą (EWG), a Polska była jednym z satelitów Związku Radzieckiego. Ale tak naprawdę nie przekładała się na moje życie. Nawet spędzając dużo czasu we Francji, czy w Niemczech nie odczuwałem jej istnienia. Wiedziałem, że toczone są jakieś rozmowy o cłach, walutach, wiedziałem, że podpisuje się różne porozumienia, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia.

Pierwszy konkretne wspomnienie dotyczące wspólnoty wiąże się z Wielką Brytanią. O tym kraju było głośno, gdy wstępował do EWG w 1973 r. Dwa lata później odbyło się tam refendum, w którym pytano Brytyjczyków, czy chcą zostać we wspólnocie - odpowiedzili tak. Z kolei w 1984 r. Margaret Thatcher zażądała w Brukseli "I want my money back" i wynegocjowała obniżenie składki płaconej przez jej kraj do wspólnego budżetu. O tych sprawach było głośno, widać było wyraźne podziały we wspólnocie pomiędzy poszczególnymi krajami. Wtedy po raz pierwszy wspólnota przebiła się do mej świadomości jako realny byt. Ale w moim życiu nic to nie zmieniło.

Naprawdę będąc na Zachodzie w latach 70. i 80. w ogóle wspólnoty się nie dostrzegało?

Całkowicie. Gdy kupowałem w 1977 r. pierwszy apartament w Paryżu, to wszystkie formalności załatwiałem w urzędach francuskich, według francuskim przepisów. Nikt nigdzie nawet nie próbował się zająknąć, że Francja jest członkiem jakiejś większej wspólnoty.

Tak naprawdę istnienie UE odczułem dopiero, gdy wprowadzono euro.

Co zmieniło euro?

W Europie już nie trzeba niczego przeliczać. To nie tylko wygoda dla turysty, ale także duże udogodnienie przy prowadzeniu interesów. Zmieniło także nastawienie do państwa spoza strefy euro. Takie kraje jak Szwajcaria, czy Wielka Brytania zaczęły sprawiać wrażenie bardzo dziwnych - bo nagle po przyjeździe do nich, trzeba biegać po kantorach, wymieniać pieniądze. To najlepszy dowód, że euro jest bardzo wygodne - stąd nieprzyjemny zgrzyt na granicy brytyjskiej, czy szwajcarskiej.

Choć decyzja o wprowadzeniu euro była trudna. Przeciez nostalgia za marką, czy frankiem była bardzo silna. Nawet u mnie - w końcu używałem tych walut na co dzień przez wiele lat. Dla wielu Niemców to był autentyczny dramat, długo nie potrafili sobie wyobrazić rozstania z marką. Poza tym ceny podskoczyły po wejściu euro. Najbardziej czuć to było we Francji - tam wszystko zdrożało o 10%.

Rozmawiamy w pana galerii na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Skąd w ogóle u byłego zawodowego sportowca pomysł na zajęcie się sztuką?

Malarstwem interesowałem się praktycznie "od zawsze". pierwszy obraz kupiłem, gdy miałem 18 lat za pieniądze zaoszczędzone z diet na wyjazdy na turnieje. Kupiłem wtedy w galerii w Poznaniu współczesną abstrakcję. Już nawet nie pamiętam nazwiska autora tego obrazu - jakiś czas temu przekazałem go w ramach akcji charytatywnej na odnowę Fary w Poznaniu. Później, gdy już zarabiałem większe pieniądze na światowych turniejach tenisowych, otworzyłem galerię malarstwa w Paryżu. Od 2001 r. prowadzę galerię w Warszawie.

Jaka jest różnica między galerią w Paryżu i Warszawie?

Ogromna. Przede wszystkim we Francji rynek sztuki jest rozwinięty i zainteresowanie ogromne. W Polsce natomiast znajduje się ciągle w powijakach - choć widać, że coraz więcej osób interesuje się sztuką. W naszym kaju kolekcjonowanie to przede wszystkim pasja. Obrazy kupują ludzie, którzy cenią sztukę, ewentualnie osoby szukające ozdoby do domu. Na Zachodzie widać, że silną grupę stanowią inwestorzy, dla których obrazy to lokata kapitału, stanowią mniej więcej połowę klientów galerii. U nas zdecydowaną mniejszość.

Nie wątpię jednak, że to się szybko zmieni. W Polsce za samochody i mieszkania płaci się już więcej niż na Zachodzie - natomiast sztuka jest kilkukrotnie niedoszacowana. Teraz zaczniemy szybko nadrabiać te zaległości. Być może zmieniłoby to wejście zachodnich marszandów na nasz rynek. Ale oni wolą kupować sztukę rosyjską, czy chińską.

Czy to jest kwestia braku znanych polskich artystów na międzynarodowym rynku?

Między innymi. Owszem, mamy Sasnala, Uklańskiego, którzy zaistnieli na tamtejszych rynku - ale oni nie są postrzegani jako Polacy, ich sztuka nie ma znaczka "made in Poland". Ich galerie kupują jako przedstawicieli malarstwa światawego - bez narodowego rysu.

Trudno się wybić artystom, którzy używają przymiotnika "polski". Udało się Romanowi Opałce, Magdalenie Abakanowicz, Wojciechowi Fangorowi - i to właściwie wszystko. To konsekwencja tego, że wciąż nie jesteśmy włączeni do międzynarodowego obiegu sztuki. Gdy ktoś zaistnieje w Paryżu, natychmiast jest znany w Londynie. Tymczasem zdobycie sławy w Warszawie nie pozwala wejść na artystyczne salony nawet w Berlinie.

Co w takim razie powinien robić nieznany polski malarz: walczyć o pozycję w Polsce, czy od razu ruszać na Zachód?

Dobrze mieć silną pozycję w kraju. Uczestnictwo w ważnych wystawach, czy współpracą z silną galerią na pewno się przydaje. Ale później trzeba szukać kontaktu z poważną galerią w Nowym Jorku, Paryżu, czy Londynie.

Jak to osiągnąć?

W sztuce zdobycie silnej pozycji to kombinacja talentu, pracy, siły przebicia i łutu szczęścia. To nie jest sport, w którym wyniki są wymierne - można mieć raz, czy drugi szczęście, lub pecha, ale na dłuższą metę wyniki osiąga się na miarę własnych umiejętności i zdolny sportowiec w końcu przebije się do czołówki W malarstwie taki system nie istnieje. To niemożliwe - ono jest bowiem niewymierne, podlega subiektywnej ocenie. Ton nadają kuratorzy, marszandzi, kolekcjonerzy. To zamknięty, hermetyczny świat. Trzeba mieć w sobie mnóstwo determinacji i siły przebicia, by się do niego dostać.

Czy to jest w ogóle możliwe?

Tak. Pamiętam, jak ten świat zdobywał Piotr Uklański. Poznałem go kiedyś na raucie podczas festiwalu w Cannes, na którym gościła śmietanka świata sztuki - on wtedy był jeszcze nieznany. Sprawiał świetne wrażenie. Był przystojny, miły, elokwentny, elengacko ubrany, choć z odrobiną nonszalancji. Przedstawił mi go producent filmowy, którego znałem z Hollywood. Następnie oprowadzałem go po słynnym hotelu Eden Roc, a on się dokładnie dopytywał, kto jest kim. Już wtedy czułem, że Piotr ma talent i może zdobyć ten świat, szedł bowiem do przodu bez żadnych kompleksów. Stopniowo nawiązywał cenne kontakty, stawało się o nim coraz głośniej. Później związał się z Alison Gingeras, bardzo znaną kurator z nowojorskiego Muzeum Guggenheima - to jeszcze ułatwiło mu karierę. Dziś stał się jednym z najbardziej znanych twórców młodego pokolenia.

Ukłański odniósł gigantyczny sukces, jego prace są dziś wyceniane nawet na milion dolarów. Ale taki sukces nie jest w zasięgu każdego, nawet wybitnie utalentowanego malarza. Dam przykład Jana Lebensteina. To wybitny polski malarz okresu powojennego, praktycznie całe dorosłe życie spędził w Paryżu - a mimo to nigdy się udało mu się przebić do wiodących galerii. Fakt, że nigdy nie był nastawiony komercyjnie do swej twórczości, poza tym miał bardzo ciężki charakter - i pewnie dlatego nie udało mu się przebić. Podobnie Wojciech Fangor - jedyny polski artysta, który miał własną wystawę w Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku. On także nigdy nie związał się z dużą galerią, dopiero dziś jego obrazy są warte setki tysięcy dolarów. W latach 70. kosztowały zaledwie 5 tys. dolarów - bo nie udało mu się przebić, zdobyć popularności.

Opowiada pan o różnicach między nami i Zachodem. Ale dla pana to właściwie bez znaczenia, gdzie pan się znajduje. Dla pana Unii Europejskiej właściwie mogłoby nie być.

Trochę tak jest. Dawniej byłem tenisistą, teraz jestem biznesmenem, ale z mojego punktu widzenia, nie ma znaczenia, czy zarabiam w euro, czy w markach i frankach. W końcu ja ani nie importuje, ani nie eksportuje. Najchętniej inwestuje je w nieruchomości, obrazy - a Unia na takie interesy ma mały wpływ.

Unia nie ma wpływu na sposób, w jaki zarabia pan pieniądze. Ale jak człowiek sportu i kultury cały czas spotyka pan mieszkańców całego kontynentu. Czy według pana zjednoczona Europa zmienia ludzi?

Nie widać tego. Niemcy mają swoje franfurterki, Francuzi croissanty, Włosi pastę i one są im najbliższe. Można to dostrzec w sporcie, gdzie każdy kibicuje drużynom ze swoich miast, czy ze swoich krajów.

Unia najbardziej daje się zauważyć w kwestiach formalnych - w tym, że mogę płacić w euro, albo w kolejce na lotnisku podchodzę do okienka dla obywateli UE. To duże ułatwienie i tych powodów cieszę się, że jestem obywatelem Unii. Właśnie wróciłem z Paryża. Tam byliśmy z żona w sklepie, zrobiliśmy większe zakupy. I sprzedawczyni, sądząc, że jesteśmy Rosjanami, zapytała nas, czy chcemy wypełnić druk, który pozwoli nam odzyskać VAT na lotnisku. Ja odruchowo powiedziałem "tak" i sięgnąłem po pióro, by go wypełnić. Dopiero żona mi przypomniała, że przecież jesteśmy w Unii i nie musimy tego wypełniać. W sumie, to nie ma się z czego cieszyć - bo przecież nie odzyskałem tego VAT-u. Ale z drugiej strony takie unijne ułatwienia na całym kontynencie są korzystne.

Choć powoli widzę zmianę w zachowaniu młodych. Uklański, Wilhelm Sasnal funkcjonują jako artyści światowi, a nie twórcy z Polski. Agnieszka Radwańska, Robert Kubica także są sportowcami ze świata. Niby ludzie kojarzą, że oni są z Polski, ale nie przywiązują do tego większej wagi. Oni funkcjonują jako światowcy.

Ale przecież pan też funkcjonował i funkcjonuje jako światowiec.

Niby tak, ale jednocześnie zawsze uważałem siebie za ambasadora Polski. W latach 70., 80. nasz kraj potrzebował więcej reklamy. W Ameryce Północnej, czy Południowej Polska była mało znana, także starałem się jak najwięcej o niej opowiadać. Po prostu odczuwałem potrzebę powiedzenia czegoś o Polsce. W moich latach panowała swoista fascynacją Polską - dzięki Janowi Pawłowi II, czy Wałęsie. Właściwie w każdym wywiadzie, czy to w Sydney, Buenos Aires, czy Vancouver, musiałem opowiadać, co się u nas dzieje. Nawet komunizmu broniłem tłumacząc, to quasi-socjalizm z ludzką twarzą. Tymczasem czytając wywiady z Radwańską, czy Kubicą widzę tam bardzo rzadko słowa o Polsce.

Ci młodzi są świetnym przykładem na to, że dziś narodowość nie jest już tak ważna jak dawniej. Ale nie sądzę, żeby kiedyś udało się j kiedyś zastąpić poczuciem przynależności do Europy. Tożsamość europejska będzie istnieć, ale w cieniu tożsamości narodowej. Może z czasem wypracujemy mocniejszy dualizm, na przykład Francuz będzie jednocześnie silniej czuł się też Europejczykiem. Ale związek z Francją mimo wszystko pozostanie silniejszy.