Zwalniają - kto zatrudni?

Perspektywa zwolnień coraz realniej wisi nad sektorem bankowym, także w Polsce, która samotną wyspą nie jest. Część zwalnianych zapewne trafi do innej pracy w sektorze finansowym. A części może wcale nie ma co żałować?
Zwalniani bankowcy mogą ponuro żartować, że stanowią część gigantycznej armii, o której w dobrych czasach mało się mówi, choć dopiero w złych widać, jaką są siłą. Według lutowych danych Międzynarodowej Organizacji Pracy, od sierpnia 2007 r. pracę w sektorze finansowym straciło ponad 325 tys. pracowników na całym świecie, z ponad 2 milionów.

Ofiary kryzysu

Prawie 130 tys. zwolnionych z sektora finansowego to ofiary wojny z kryzysem, od października 2008 r. 40 proc. straciło pracę zaledwie w cztery miesiące. Większość zwolnień, według danych MOP, dotyczyło banków inwestycyjnych. MOP uważa, że te liczby są niedoszacowane, a obecnie - w miarę pogłębiania się recesji - będzie coraz gorzej i nie wiadomo jak długo. Jak relacjonowała prasa, Elizabeth Tinoco, dyrektor programu MOP ds. sytuacji w branżach, sądzi, że w miarę jak recesja na świecie będzie się pogłębiać, można spodziewać się przyspieszenia zwolnień w sektorze finansowym.

W Polsce prognoza mówi o kilkunastu tysiącach osób z ponad 181 tys. zatrudnionych. Banki nie zamierzają przedłużać umów o pracę osobom zatrudnionym na czas określony, liczą na naturalne odejścia, ale tak do końca nie wykluczają zwolnień, na przykład analityków kredytowych, skoro kryteria przyznawania kredytów zostały bardzo zaostrzone. Choć jeszcze nie tak dawno plany zatrudnienia wynosiły kilka tysięcy osób.

W ostatnich tygodniach pojawiło się sporo ekspertyz podkreślających, że jednym z najczęściej popełnianych błędów instytucji finansowych jest zwalnianie w ramach oszczędności. - Zwykle koszt odejścia pracownika to około 150-200 proc. płacy. A nawet do 500 proc. rocznej płacy w wypadku pracownika obsługującego dobrych klientów - ocenia dyrektor Artur Kaźmierczak z Deloitte. Zwraca też uwagę, że zwolnienia wpływają na - paradoksalnie - efektywność pozostałych pracowników, którzy mogą zacząć się zastanawiać nad sensem intensywnego angażowania się w działalność organizacji.

Zwolnienia to w tej chwili nie tylko problem kosztów, ale także kłopot wizerunkowy. Pod koniec lutego portale internetowe obiegła informacja, że amerykański Northern Trust, bank, który dostał 1,6 mld dolarów wsparcia od rządu, wydał sporo pieniędzy na przyjęcia i koncerty. W tym samym czasie zwalniał z pracy 450 osób, zaś prezes mówił o "nadzwyczajnie trudnych" warunkach rynkowych.

Relacje bank-pracownik-klient mocno się degenerują w kryzysie. Francuski "Le Monde" opisał pod koniec lutego przypadki słownej agresji klientów i histerycznej presji na wyniki sprzedaży ze strony szefów oddziałów. Lektura barwnych wyzwisk byłaby nawet zabawna, bo język francuski pod tym względem przypomina raczej zapomnianą już fantazję językową warszawskiej ulicy, uwiecznioną przez Wiecha, ale pracownicy banków idą dalej w swoich analizach agresji klientów. Mówią otwarcie, że jej przyczyną są zawiedzione nadzieje klientów i zawiedziona wiara w profesjonalizm bankowców oraz wcześniejsza agresywna sprzedaż.

Na być jakość, a nie jakoś!

Eksperci swoje, a odruchowe zachowania HR-owców i osób odpowiedzialnych za koszty - swoje. Zwolnienia będą, należy tylko zadać pytanie - co z tego wyniknie. - Zarządy twierdzą, że rozumieją jak ważni są ludzie, ale z tym jest trochę jak z poprawnością polityczną - podsumowuje Artur Kaźmierczak. Dziś jest czas prawdy. Te banki, które dziś dobrze potraktują pracowników wygrają, gdy kryzys się skończy - dodaje.

Wiadomo, że już teraz dyskretnie zacierają ręce doradcy finansowi. Co prawda oni sami mają problem sprzedaży, skoro mocno przysechł dający im życie strumień kredytowy. Muszą więc znajdować klientów, którzy w ogóle mają szanse na kredyt. Jest z czego wybierać, bo zapotrzebowanie na kredyt nie maleje. Analitycy porównywarki TotalMoney.pl zwracają uwagę, że choć banki zaostrzyły kryteria kredytowania, to jednak nie spada liczba wniosków kredytowych (choć oczywiście wydłuża się czas rozpatrywania i spada liczba udzielonych wniosków). W swoim raporcie z końca lutego przyjęli tezę, że mimo prognozowanego dalszego zaostrzania kryteriów kredytowych nie osłabnie popyt na kredyty i akcji kredytowej nie wróży się znaczącej stagnacji. Interesująco w tym kontekście wyglądają dane o wielkości wnioskowanych kredytów: mimo spadku cen nieruchomości i malejącej inflacji, od października rośnie wartość średniej kwoty wnioskowanego kredytu hipotecznego (obecnie ponad 230 tys. zł). Rosła też w tym okresie wartość wnioskowanego kredytu gotówkowego - z 16 do ponad 20 tys. zł.

Można przyjąć dwa wytłumaczenia - albo kredytobiorcy biorą kredyt "na zapas" (szczególnie jeśli chodzi o kredyt hipoteczny), albo wolą wnioskować o wyższą kwotę, skoro wiedzą, że raczej dostaną mniej. Niezależnie od tego, która z tych hipotez jest trafniejsza, to nadal pośrednicy finansowi, którzy zdejmują z klientów problem biegania po bankach i porównywania ofert, szczególnie ci dobrze przygotowani do trudnych czasów, mają szansę rozwoju. W tym kontekście nie dziwi uwaga czyniona przez przedstawiciela jednego z większych doradców finansowych: - Dla nas zwolnienia w bankach to dobra wiadomość. Jeszcze nie teraz, ale już niedługo zacznie się dla nas dobry rynek i możliwość pozyskania bardzo dobrych pracowników. Zatem spokojnie czekamy.

Pośrednicy finansowi mówią więc tak naprawdę o jakości. Zresztą nie tylko pośrednicy. Okazji na rynku (poza firmami windykacyjnymi) szuka także sektor ubezpieczeniowy, coraz częściej działający jako pośrednik dla firm danej grupy i współpracujących banków. - Nadal zatrudniamy i rozwijamy sieć dystrybucji. W momencie zmiany klimatu chcemy być przygotowani. Tej inwestycji dokonujemy z pełną kalkulacją. Inwestujemy w rozwój dystrybucji i dywersyfikujemy ryzyko między różne kanały dystrybucji, żeby teraz podtrzymać sprzedaż i być gotowym, gdy rynek się poprawi - mówi Janusz Arczewski, wiceprezes Axa Życie. Przedstawiciele firmy przyznają zresztą, że strategia spokojnego rozwijania zatrudnienia nie jest niczym unikatowym na rynku, bo wszystkie duże firmy inwestują w sieć.

Oszczędności, głupcze!

Generalnym zmartwieniem są trudności z kredytem, tak już szeroko omówione, że trafiły do reklam politycznych. Z drugiej strony są oszczędności, które nie są tak entuzjazmujące politycznie jak kredyt (stają się tylko w momentach takich, jak gwarancje dla oszczędności).

Banki, takie wnioski na razie można by wyciągać, stawiają głównie na oszczędności o krótkoterminowym charakterze. Wielka jesienna wojna o depozyty była batalią o krótkoterminową płynność. Natomiast inne instytucje odkrywają rynek długoterminowych oszczędności czy inwestycji i to kolejna okazja dla tracących pracę w sektorze bankowym.

Kryzys jest pewnym punktem zwrotnym w myśleniu o osobistych finansach, szczególnie w krajach takich jak Polska, w których jedynym popularnym produktem rzeczywiście długoterminowym stał się kredyt hipoteczny. Jest do przełamania gigantyczna niewiedza polskiego klienta i jego brak przygotowania do myślenia w horyzoncie dłuższym niż kilka miesięcy, także myślenia o dodatkowych zabezpieczeniach na przyszłość, innych niż obowiązkowe ZUS i OFE. - Celem jest szeroko budowana pozycja na rynku emerytalnym, pozyskiwanie klientów świadomych - mówi Tomasz Bławat, prezes ING Usługi Finansowe. - Jeszcze ten rok może być niezły w ubezpieczeniach na życie, jeśli chodzi o ubezpieczenia ze składką jednorazową, rozmaite polisolokaty. Jednak ubezpieczyciele na życie sygnalizują, że czas na powrót do zaniedbanych przez wiele lat produktów tradycyjnych, ochronnych. Rynek będzie trudniejszy, ale widzimy szanse na wzrost. Decyzja o polisie to nie zawsze najłatwiejsza decyzja w czasach, gdy klienci obawiają się o dochody - dodaje Tomasz Bławat. - Koncentrujemy się na ochronie ubezpieczeniowej, pracujemy nad nowymi produktami ochronnymi. Wydaje się, że to temat dla całej branży ze względu na sytuację rynków finansowych. W poprzednich kryzysach ubezpieczenia ochronne nie sprzedawały się znacznie lepiej. Siły sprzedaży wychowały się więc na produktach inwestycyjnych, ale zaczynamy ich uczyć sprzedawać produkty ochronne. Przewidujemy, że rynek się będzie przemieszczał w tym kierunku - podkreśla.

Dr Klaus Junker, odpowiedzialny za Allianz New Europe zwraca uwagę, że nowe kraje Unii Europejskiej to szeroka baza klientów, duży potencjał dla cross sellingu, a na przyszłość - wymóg koncentrowania się na kliencie, opierający się na innowacyjności i odpowiedzialnych praktykach biznesowych. Koniec z krótkoterminowością w podejściu. - Megatrendy są takie, że żyjemy dłużej, mamy mniej dzieci, co ma konsekwencje dla ubezpieczeń na życie, będziemy bardziej customer friendly - podkreśla dr Junker. - Tendencja, że ludzie będą wydawać więcej na finansową stabilizację, utrzyma się - dodaje.

To interesująca sugestia, bo oznacza, że w czasach kryzysu, gdy klienci boją się o przyszłość, łatwiej im wytłumaczyć sens długoterminowej inwestycji. Ubezpieczyciele na życie, choć ostrożnie, to jednak zamierzają zatrudniać z myślą właśnie o zmianie struktury sprzedawanych produktów. - Myślimy o profesjonalizacji sieci sprzedaży, ale bez dramatycznego wzrostu - podkreśla prezes Bławat. Można założyć, że firmom ubezpieczeniowym łatwiej będzie dostosować model działania do rynku kryzysowego, tym bardziej że w ich wypadku jest to powrót do podstawowego modelu działalności, z agentem-doradcą na lata. Ten model chcą powtórzyć firmy doradztwa i pośrednictwa. Rynek będzie wymagał znacznie większej cierpliwości, rezygnacji z wyśrubowanych planów sprzedaży, gotowości do zadowolenia się mniejszą prowizją. Pytanie brzmi, czy tracący pracę bankowcy będą potrafili się odnaleźć w takich warunkach?

Jest jeszcze jedna możliwość. Po poprzednim kryzysie z początku wieku bankowcy tracący pracę pojawiali się na rynku z konceptem rozmaitych agencji płatności, część odnalazła się w placówkach franczyzowych, część trafiła do firm doradztwa finansowego. Być może więc także teraz jest jeszcze nieodkryta nisza na rynku.

*Autorka jest dziennikarką portalu Forsal.pl oraz współpracownikiem miesięcznika BANK