Lumpeksy odchodzą do lamusa. Czemu już w nich nie kupujemy?

Sklepy z używaną odzieżą przestają być żyłą złota. Małe, niezrzeszone w sieci, mają coraz większy problem, by utrzymać się na rynku. A ceny ciuchów rosną przez... kryzys w Grecji
- Właśnie podnieśliśmy ceny o 1-2 zł za kilogram, po raz pierwszy od trzech lat - mówi Piotr Gruda, właściciel hurtowni IFS z Kwidzyna. Wszystko przez wysoki kurs funta brytyjskiego, który jest pochodną perturbacji w Grecji. Gruda zauważa, że obroty jego hurtowni w tym roku są na poziomie ubiegłorocznych - wcześniej notował wzrosty nawet 100 proc. w skali roku. Handel odzieżą używaną staje się coraz trudniejszy i nie przynosi już takich profitów jak jeszcze kilka lat temu.

Na zapleczu second handu przy jednej z głównych ulic Warszawy właściciel wskazuje na półki. Są wypełnione kilkudziesięcioma 30-kilogramowymi workami foliowymi. A w nich ciuchy, których nie udało się sprzedać. Za chwilę nie będzie ich gdzie składować. - Klientów jest sporo, owszem, oglądają, przymierzają. Ale kupujących mało - mówi pan Marek. Są dni, kiedy na zakup decyduje się zaledwie kilkanaście osób.

Pan Marek otworzył second hand kilkanaście miesięcy temu. Wcześniej w tym samym lokalu prowadził perfumerię, ale zbankrutowała. Na pomysł handlu ciuchami wpada wielu bezrobotnych - wydaje im się, że to łatwy biznes, wystarczy kupić używane ciuchy w hurtowni i sprzedać je drożej w swoim lokalu. Taki biznes przez wiele lat wspierały też urzędy pracy, dając bezrobotnym 20 tys. zł na start samodzielnej działalności. Ciuchlandów przybywało jak grzybów po deszczu. I rynek się zapchał. Dziś coraz częściej można obserwować przypadki, że second handy się zwijają.

Kto pierwszy dorwie się do tira?

Bo i klienci stali się coraz bardziej wybredni. Nie kupują już byle czego. Czasy wyszarpywania z koszów pozwijanych w kłębek ubrań już dawno minęły. - Tzw. niesort ludziom już się przejadł - potwierdza Piotr Gruda. Worki z takim "niesortem" można kupić w hurtowni nawet za jedyne 15 gr za kilogram. - Problem w tym, że po otwarciu takiego worka często się okazuje, że 90 proc. rzeczy jest do wyrzucenia. A wśród ciuchów są śmieci, maskotki, pościel, a nawet podpaski - opowiada pan Marek. Ponieważ wywóz śmieci na Zachodzie jest drogi, wiele osób wrzuca zbędne rzeczy do pojemników na używaną odzież. Sprzedawana w Polsce odzież z drugiego obiegu pochodzi głównie z Wysp Brytyjskich, w mniejszym stopniu z Niemiec i Francji.

Kluczem do sukcesu jest dostęp do dobrego towaru. Detaliści rywalizują, kto pierwszy "dorwie się" do przyjeżdżającego z ciuchami tira. - Nie ma czasu na oglądanie każdego worka, można je sprawdzić jedynie pobieżnie, więc zaufany dostawca to podstawa - opowiada właścicielka szmateksu. - Zdarza się, że ciężarówka przyjeżdża do hurtowni w piątek, w tajemnicy wyładowuje towar, z którego w weekend wybierane są najlepsze rzeczy. Tir opuszcza zakład w niedzielę, a w poniedziałek wraca, tak jakby wjeżdżał po raz pierwszy - mówi pan Marek. Część hurtowników faworyzuje w ten sposób swoich najlepszych klientów albo też wybiera towar do prowadzonych przez siebie sklepów. To nowy trend na rynku - w ten sposób inni detaliści, zamiast klientów, stają się konkurentami hurtowników.

W tym biznesie płaci się gotówką - zakupionego towaru nie można oddać, więc zły wybór od razu uderza właściciela ciuchlandu po kieszeni. Kilka złych wyborów z rzędu - i można zwijać biznes.

Jak spośród szmat wybrać "cream"?

Posegregowany towar nazywa się w branży "sortem". Standardowy kosztuje w hurtowni ok. 20 zł za kg. Najwyższą kategorią jest tzw. cream. To ciuchy dobrych marek, w dobrym stanie, nieraz wyglądające jak nowe. Już w hurcie osiągają cenę 40-50 zł za kg (a jeśli w grę wchodzą najlepsi projektanci, bywa, że cena skacze do 20 euro za kg). Są lumpeksy, które wyspecjalizowały się w sprzedaży takiej wyselekcjonowanej odzieży najlepszego gatunku - przypominają one bardziej butiki niż tradycyjne second handy. Ubrania sprzedawane są tu nie na kilogramy, tylko po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt zł za sztukę.

Ale i tradycyjne lokale coraz trudniej nazywać szmateksami - dziś w większości z nich ubrania wiszą na wieszakach jak w sklepie. Klienta trzeba wabić nowymi dostawami - pojawiają się zwykle raz w tygodniu. To jedna z przyczyn, że na rynku pojawia się coraz więcej sieci zrzeszających kilka, a nawet kilkadziesiąt lokali. Mając kilka punktów, można przerzucać towar z jednego do drugiego, dając klientom poczucie regularnych świeżych dostaw.

Takich sieci jest już w Polsce kilkanaście. To m.in. Centrum Taniej Odzieży, Sorens, Vive, Tania Odzież. Ta ostatnia charakteryzująca się zaklejanymi na żółto witrynami i symbolem wagi. Ma dziewięć lokali w Warszawie. Kierowniczka odmawia rozmowy z mediami. Odsyła na stronę internetową, na której znaleźć można tylko jedną, za to kluczową dla klientów informację - w którym sklepie którego dnia jest nowy towar. I gdzie są przeceny. Bo do tego biznesu wkraczają powoli zasady marketingu - second handy coraz mocniej się promują, stosują wyprzedaże, rabaty, programy lojalnościowe.

Z rynku wypadną najsłabsi

Pan Marek, który drugiego punktu nie ma, upycha niesprzedane worki z ciuchami na zapleczu. Teoretycznie może je sprzedać na szmaty do czyszczenia kotłów - ale dostanie za to 10 gr za kilogram. Szkoda sił, by za takie pieniądze targać worki. - Ci, którzy dorobili się na tym biznesie, zrobili to kilka lat temu. Dziś nie jest to już takie proste - mówi pan Marek.

Według wyliczeń Krajowej Izby Gospodarki Tekstylnych Surowców Wtórnych w Polsce jest 24 tys. lumpeksów. To prawie 7 proc. ogółu polskich sklepów. Jeszcze w 2010 r. ich liczba zwiększyła się o 3 tysiące. Wartość używanej odzieży, która rokrocznie trafia do Polski, to ok. 250 mln zł (dane GUS za 2010 r.). Jednak w najbliższych latach można się spodziewać, że liczba second handów zamiast rosnąć, będzie maleć. I z rynku wypadną najsłabsi - głównie pojedyncze, niezrzeszone i niewyspecjalizowane punkty.

Zdarzało ci się kupować w second-handach?