Do czego jest zdolny sprzedawca, aby tylko sprzedać samochód?

Branża samochodowa ma wielki problem. Skoro ludzie oszczędzają - a oszczędzają - to w pierwszej kolejności tną duże wydatki. Jeśli mają już samochód, to pojeżdżą nim jeszcze rok.
Efekt? "Z danych PZPM wynika, że w maju Polacy zarejestrowali tylko 22 629 nowych osobówek, czyli o 5,8 proc. mniej niż w maju ubiegłego roku i o 6,4 proc. mniej niż w kwietniu br. Taki wynik wpłynął na ujemną liczbę rejestracji dokonanych w naszym kraju od początku tego roku (prawie 123 tys. sztuk i -2,4% r/r)."

Specjaliści od sprzedaży mówią, że kryzys jest w głowach ludzi. Ja sądzę, że Polakom po prostu żyje się trochę gorzej niż kilka lat temu. A przypomnę, że w naszych warunkach bezrobocie zaczyna się kurczyć dopiero, gdy mamy grubo ponad 4 proc. wzrostu PKB.

Dilerzy stoją pod ścianą. Polacy ostrożnie kupują nowe auta, firmy oszczędzają, złoty jest słaby.

Kredyt przyznany - mówili...

Do czego jest zdolny sprzedawca, aby tylko sprzedać samochód? O tym przekonał się już pan Łukasz Gawłowski, który postanowił kupić nowe auto na swoją firmę. Pan Łukasz jest o tyle szczęściarzem, że stać go na nowe auto, i o tyle pechowcem, że trafił na wyjątkowo słabą obsługę w salonie, którą interesowało jedno: sprzedać i zapomnieć.

Jego wybór padł na Hyundaia i30 z 2012r. Samochód był wybierany u autoryzowanego dilera marek Seat i Hyundai - Salon Autokometa w Warszawie. Pana Łukasza obsługiwały dwie osoby - sprzedawca i specjalista ds. usług finansowych.

Samochód wybrany, pakiet dodatków również, ustalone finansowanie (salon stwierdził, że załatwi kredyt), zawarta umowa wstępna i podpisana przez obie strony. I tu pierwsza wpadka. - 15 min później okazało się bowiem, że w ustalonej cenie nie możemy kupić auta, gdyż wcześniejsze rabaty nie mogą zostać połączone i umowa nie może zostać zrealizowana. Podkreślam jeszcze raz, że zdecydowaliśmy się na zakup po ustaleniu i potwierdzeniu przez obie strony ostatecznej, wynegocjowanej kwoty - wylicza ponuro pan Łukasz.

Dywaniki na przeprosiny

Nowa cena była wyższa o 600 zł brutto. Sprzedawca przeprosił za zaistniałą sytuację i zaproponował dodanie do wyposażenia dywaników, jeżeli czytelnik wciąż będzie skłonny kupić auto w nowej, wyższej cenie. Dywaników? No cóż - dywaniki, moim zdaniem, to czytelnik powinien dostać z automatu. Powiem szczerze - ja bym dał sobie już spokój z takim salonem, ale pan Łukasz był już bardzo zdecydowany na auto. Udał się do kasy i wpłacił zadatek: 4 tys. zł brutto.

We wtorek odezwał się do niego specjalista od finansowania i poinformował, że kredyt w Santander Consumer Bank został przyznany oraz że należy dopłacić 3402,50 brutto (czyli do 15 proc. wartości samochodu), co umożliwi doposażenie auta (montaż czujników parkowania - umówione w trakcie negocjacji ceny).

Podpisał również ubezpieczenie na życie (mimo że miał takie ubezpieczenie wykupione w innym banku). Poinformowano go jednak, że jest to nierozerwalnie połączone z kredytem na samochód. - W tym samym dniu otrzymałem kartę pojazdu oraz certyfikat Hyundai. Powiedziano mi, że jeżeli w tym samym dniu uda mi się zarejestrować samochód i przywieźć tablice rejestracyjne, to następnego dnia będzie można odebrać samochód. Dzięki uprzejmości pracowników w Urzędzie Gminy Warszawa-Wawer Wydział Komunikacji udało mi się zarejestrować auto i z tablicami wróciłem do salonu - relacjonuje czytelnik.

Odbiór wozu miał być następnego dnia (środa). Sprzedawca zaczął marudzić, że w środę to on ma urlop i wolałby wydać samochód w... piątek. Przyznają państwo, że bardzo zabawne prawda? Pan Łukasz nieco się zdenerwował - było to przed długim weekendem - i jakoś udało się ustalić odbiór jednak na środę.

Niespodzianka. Kredytu nie ma. I co nam pan zrobi?

- Około godziny 14 pełen szczęścia, że odbiorę pierwszy w życiu nowy samochód, przyjechałem do salonu i otrzymałem następującą informację: "Sprawdziłem w systemie i mam informację, że pieniądze z banku wyszły, ale nie ma ich jeszcze na koncie salonu, a nie możemy wydać samochodu, dopóki pieniądze nie zostaną u nas zaksięgowane. Proszę iść do domu, bo nie ma sensu, żeby Pan czekał, monitoruję sprawę i jak tylko dział księgowości przekaże informację o wpłacie, od razu do Pana dzwonię. Na pewno odezwę się do godziny 16:00()" - relacjonuje czytelnik.

Około 16 specjalista do spraw finansowania faktycznie się odezwał z informacją, że: "Bank nadal nie przelał pieniędzy oraz że z racji końca miesiąca mój wniosek o kredyt trafił na audyt". - Powiedziałem, że nie wierzę w te informacje, bo nie spotkałem się z sytuacją, żeby bank przyznał kredyt, przelał pieniądze, a później wstrzymywał przelew i robił audyt - wzrusza ramionami pan Łukasz.

Około godziny 16.30 kolejny telefon. I teraz uwaga: "Bank kredytu nie udzielił oraz zaproponował dwie możliwości - dopisanie narzeczonej do kredytu albo wzięcie kredytu w innym banku". - Powiedziałem, że czuję się oszukany, rezygnuję z zakupu samochodu i proszę o zwrócenie wpłaconej zaliczki.

Pan Łukasz usłyszał w odpowiedzi, że jest to... najgorsze rozwiązanie i z racji, że samochód został już doposażony, zaliczka nie zostanie zwrócona. Pracownik stwierdził, że nie wie, co mogło się stać, ale żebym się nie denerwował i na pewno dogadamy się w piątek. Czytelnik zaczął załatwiać w popłochu kredyt. Udało mu się to zrobić w innym banku.

Udał się do sprzedawcy, by porozmawiać o propozycjach ze strony salonu, które mogłyby zadośćuczynić wprowadzeniu w błąd. Co usłyszał? "Panie Łukaszu, czy jest powód, że Pan się denerwuje? Czy rozmawiał Pan z narzeczoną o dopisaniu do kredyt? A kto Pana wprowadził w błąd? Ja Panu powiedziałem, że możliwe, że Pan dostanie kredyt, ale nic nie jest pewne ".

Przy odbiorze samochodu wściekły już czytelnik spotkał się z osobą z kierownictwa salonu, która stwierdziła, że: "nie taki jest standard współpracy z klientem" i do końca tygodnia ktoś zadzwoni z jakąś propozycją, która powinna wynagrodzić całe zamieszanie. Nikt do tej pory nie zadzwonił.

Aktualizacja

Po napisaniu tego tekstu spotkałem się z zainteresowanymi stronami, czyli przedstawicielami salonu oraz samym czytelnikiem. Pan Łukasz został przeproszony za wyjątkowo słabą jakość obsługi. Za to, że obsługa źle wyliczyła cenę samochodu, nie oddzwaniała, mimo że obiecywała, a także za to, że pracownik salonu powiedział za dużo odnośnie przyznania i wypłaty kredytu (w sensie, że pieniądze z banku wyszły, a nie posiadał takiej wiedzy).

Na początku jako rekompensatę zaproponowano mu jeden przegląd za darmo. Pan Łukasz zażądał jednak zainstalowania w samochodzie alarmu i jednego przeglądu gratis. Salon się zgodził. Jak się okazało, to jednak pan Łukasz ponosi odpowiedzialność za to, że nie dostał kredytu.

Bank zażądał dodatkowego kredytobiorcy po udzieleniu promesy, bo nie zgadzały się mu kwoty zadeklarowanych dochodów we wniosku ze złożonymi zaświadczeniami. Czytelnik twierdzi, że doradca kredytowy z salonu radził mu te oświadczenia odrobinę podrasować, bo nikt tego nie sprawdza. Owszem, sprawdza. Proszę o tym pamiętać, składając wnioski o kredyty w banku. Za dwa dni zmarnowanego czasu poświęconego na szukanie nowego kredytu odpowiada więc pan Łukasz.

Karma wraca

Swoją drogą, kiedyś wpłaciłem zaliczkę na Suzuki w warszawskim salonie Japan Motors. Z mojej winy musiałem się z tej transakcji wycofać. Zgodnie z umową zaliczka - całkiem niemała - przepadała. Pogodzony z tym faktem przy rozwiązywaniu umowy zapytałem tylko dla formalność i nie licząc na zbyt wiele, czy coś się da z tym zrobić. I sprzedawca załatwił jej zwrot. Bo potraktował mnie jako przyszłościowego klienta, który kiedyś może wrócić. Tak to działa, proszę państwa. Dobrego sprzedawcę się poleca. A złego? Cóż.

Tekst pochodzi z bloga Piotra Miączyńskiego Towar niezgodny z umową

Więcej o: