Efekt olimpijski to mit, czyli dlaczego Euro 2012 może nam wyjść bokiem?

Po igrzyskach olimpijskich w 1992 roku Barcelona stała się wzorem dla wszystkich miast goszczących wielkie imprezy sportowe. Każdy liczy na wystąpienie u siebie tzw. efektu barcelońskiego, czyli zwiększenie atrakcyjności turystycznej i wynikający z tego wzrost napływu zagranicznych gości, a także miliardowe zyski. Wierzą w to również polscy ekonomiści, którzy rok temu przygotowali raport na temat możliwego wpływu Euro 2012 na gospodarkę naszego kraju. Ale uwaga! Olimpiada czy mistrzostwa w piłce nożnej to nie zawsze wzrost PKB, spadek inflacji i bezrobocia. Bo jest też zjawisko przeciwne do efektu barcelońskiego i występuje, niestety, częściej. To efekt montrealski, czyli zadłużenie i poważne, ciągnące się przez lata problemy

O co chodzi z tą Barceloną?

Dzięki organizacji letnich igrzysk w 1992 roku stolica Katalonii bardzo zyskała na rozpoznawalności. W ciągu kilku lat z miasta z europejskiej drugiej ligi przekształciła się w światowe centrum turystyczno-biznesowe. Nie byłoby to jednak możliwe bez znacznych wydatków na rozwój infrastruktury. Wybudowano wtedy miejskie obwodnice, które częściowo rozwiązały problem zakorkowanych ulic oraz przeprowadzono szeroko zakrojoną renowację historycznych dzielnic miasta. Dodatkowo zlikwidowano wszystkie obiekty przemysłowe na terenach przybrzeżnych, dzięki czemu Barcelona uzyskała pełny dostęp do plaż, którego wcześniej nie miała.

W kolejnych latach ponaddwukrotnie wzrosły przychody z turystyki. Burmistrz Barcelony po latach mówi z dumą, że w ciągu pięciu lat udało się osiągnąć rezultat, na który w normalnych okolicznościach trzeba by pracować trzy dziesięciolecia. Warto jednak pamiętać, że barceloński sukces nie był bez skazy. Odziedziczonego po olimpiadzie deficytu w wysokości 1,4 mld dol. miasto nie umiało spłacić przez długie lata.

Jeśli liczby nie zgadzają się z propagandą sukcesu, to tym gorzej dla liczb

Przemysł paliwowy w Calgary był źródłem utrzymania całego regionu. Kiedy jednak boom na ropę naftową się skończył, rozpoczął się kryzys gospodarczy, w wyniku którego standard życia poważnie się obniżył. Region potrzebował zastrzyku gotówki, więc kanadyjski rząd z nadzieją spoglądał na inwestycje związane z organizacją zimowych igrzysk w 1988 roku.

W końcu odtrąbiono sukces, gdyż udało się zmodernizować infrastrukturę nie tylko w Calgary, ale w całej prowincji Alberta. Oficjalnie zyski z olimpiady wyniosły 150 mln dol., dzięki czemu kanadyjskie miasto na 10 lat stało się przykładem finansowego sukcesu. Jednak w 1999 roku dociekliwi dziennikarze kanadyjskiego dziennika ''Toronto Star'' odkryli, że komitet organizacyjny pominął w swoich obliczeniach koszty budowy obiektów sportowych oraz rządową dotację w wysokości 461 mln dol. Jeżeli weźmie się to pod uwagę, okaże się, że igrzyska przyniosły straty.

Podstawa to dobre samopoczucie

Na minusie zakończyły się też zimowe igrzyska w Nagano w 1998 roku. Nie wiadomo jednak, na jak dużym, ponieważ w tajemniczych okolicznościach wyparowało 90 tomów akt, w których Japończycy odnotowywali kosztowne upominki, jakimi (jeszcze przed przyznaniem im praw do organizacji) hojnie obdarowywali przedstawicieli Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl), przekonując ich do swojej kandydatury. W 1999 roku zagadkę zaginionych dokumentów rozwiązał jednak Sumikazu Yamaguchi, wicesekretarz generalny komitetu z Nagano. - Kazałem je spalić. Nie chciałem, aby członkowie MKOl czuli zakłopotanie - powiedział.

Na igrzyskach można zarobić...

Aby jednak tak się stało, władze Los Angeles, miasta gospodarza letnich igrzysk w 1984 roku, podjęły decyzję, że zamiast zadłużać się i budować nowoczesne obiekty sportowe, trzeba po prostu oszczędzać. Zostawiono jednak wolną rękę prywatnym inwestorom, gdyby chcieli pokryć koszty budowy olimpijskiej infrastruktury z własnej kieszeni.

Rząd federalny USA przekazał na organizację 75 mln dol. Kolejne 53 mln pochodziły ze sprzedaży pamiątkowych medali. Same igrzyska zarobiły zaś na czysto 250 mln dol., co czyniło je pierwszą dochodową imprezą tej rangi od 1932 roku.

...ale nie należy zapominać o Montrealu (i Atenach)

Mieszkańcy Kanady długo nie mogli się otrząsnąć po igrzyskach w Montrealu z 1976 roku. Stało się tak z powodu deficytu w wysokości 2,5 mld dol., który udało im się spłacić dopiero 30 lat później. Symbolem finansowej klapy stał się stadion olimpijski The Big O, który złośliwie zaczęto nazywać The Big Owe, czyli Wielkim Dłużnikiem. Do dziś rząd prowincji Quebec i władze miasta nie doszły do porozumienia, kto powinien ponosić koszty utrzymania sportowej areny. Chodzi o kwotę 20 mln dol. rocznie.

Z kolei Grecy zorganizowali w 2004 roku drugie pod względem kosztów igrzyska w historii (pobił je Pekin cztery lata później). Organizacja mogła ich kosztować nawet 15 mld dol., z czego aż 1,5 mld wyniosły koszty zabezpieczenia imprezy. Jak to jednak możliwe, że jeden z najbiedniejszych krajów Unii Europejskiej pozwolił sobie na taki wydatek? Oczywiście grecką kasę zasilała ogromnymi dotacjami Bruksela. Gdy olimpijski ogień zgasł w Atenach, Grecja została jednak z długiem publicznym przekraczającym 100 proc. PKB, zwiększonym bezrobociem i stadionami, których nie ma kto zapełniać (ich roczne utrzymanie kosztuje 130 mln euro). Symboliczny jest los wioski olimpijskiej, którą z braku innych pomysłów przekształcono w osiedle lokali socjalnych.

Ogromne problemy mieli też organizatorzy igrzysk zimowych. Gdyby nie pomoc finansowa władz stanowych Nowego Jorku, komitet olimpijski w Lake Placid (rok 1980) musiałby ogłosić bankructwo. Dokumenty w tej sprawie czekały już tylko na podpis. Po igrzyskach w norweskim Lillehammer w 1994 roku zbankrutowało natomiast 40 proc. hoteli wybudowanych na tę imprezę, a dwa stoki narciarskie sprzedano za symboliczną kwotę mniejszą niż jeden dolar, aby zapobiec ich upadkowi.

Na zdjęciu: Robert Korzeniowski zdobywa złoto w chodzie w czasie igrzysk w Atenach

W 2014 roku oprócz zimowych igrzysk w Soczi odbędzie się wyścig o Grand Prix Rosji w Formule 1, a w 2018 roku mecze piłkarskiego mundialu W 2014 roku oprócz zimowych igrzysk w Soczi odbędzie się wyścig o Grand Prix Rosji w Formule 1, a w 2018 roku mecze piłkarskiego mundialu Fot. Alexander Zemlianichenko AP

Mimo ryzyka niektórzy hojnie sypią groszem

Rosyjskie Soczi (na zdjęciu jeden z wielu ogromnych placów budowy w mieście) planuje wydać na organizację olimpiady astronomiczną kwotę 30 mld dol., która uczyni zimowe igrzyska w 2014 roku najbardziej kosztownymi w historii. Panuje przekonanie, że na imprezie o takim znaczeniu nie można oszczędzać, bo przyniesie to więcej szkód niż pożytku. Rosja musi zbudować i zmodernizować wszystko: drogi, lotniska, hotele i stadiony, a także zwiększyć wydajność przemysłu budowlanego oraz rozwinąć sektor komunikacyjny. Do końca 2011 roku władze Soczi planują przesiedlić ponad tysiąc rodzin, które mieszkają na terenach przeznaczonych pod olimpiadę. Wicepremier Rosji Dmitrij Kozak stwierdził, że pomoże to rozwiązać problemy socjalne, bowiem ludzie, którzy do tej pory żyli w rozpadających się domach, przeprowadzą się do zadbanych mieszkań. Budynki w lepszym stanie zostaną natomiast gruntownie wyremontowane, by nie szpeciły olimpijskiego krajobrazu, a mieszkanie w nich było wygodniejsze.

Rosja wierzy, że igrzyska w Soczi i mundial w 2018 roku pomogą jej zrobić wielki krok naprzód, tyle że...

MŚ 2010. Holandia - Japonia 1:0 MŚ 2010. Holandia - Japonia 1:0 Fot. Julie Jacobson AP

...obietnice poprawy koniunktury po piłkarskich imprezach to zwykły marketing

Trudno jednak nie ulec propagandzie sukcesu, kiedy oszukiwanie samych siebie, że na mistrzostwach na pewno zarobimy, poprawia nam humory. A politykom, którzy mamią nas wizją awansu cywilizacyjnego, nie zależy na tym, by społeczny entuzjazm ostygł, bo obawiają się o swoje stanowiska. Rząd Australii na przykład celowo zataił raport, z którego wynikało, że ewentualna organizacja piłkarskich mistrzostw świata w tym kraju w 2018 roku dwukrotnie zwiększy deficyt finansów publicznych.

Mundial w USA w 1994 roku obejrzała co prawda rekordowa liczba widzów, ale i tak spowodował on straty w wysokości 4 mld dol. Lew Goleo, maskotka piłkarskich mistrzostw świata w Niemczech w 2006 roku, sprzedawał się tak słabo, że produkująca go firma NICI AG ogłosiła bankructwo na niecały miesiąc przed meczem otwarcia. Podobny los spotkał zresztą niektóre niemieckie firmy z branży turystycznej. Po mundialu w 2010 roku w RPA utrzymało się 40-procentowe bezrobocie, a były portugalski minister gospodarki Augusto Mateus wezwał do jak najszybszego zburzenia stadionów wybudowanych lub zmodernizowanych na Euro 2004 (koszt 1,1 mld euro). Spośród dziesięciu aren tylko trzy były w stanie na siebie zarobić.

Zdjęcia z budowy stadionu Narodowego - 13 czerwca 2011 r. Zdjęcia z budowy stadionu Narodowego - 13 czerwca 2011 r. fot. archiwum NCS

Jak to się ma do naszego Euro 2012?

W związku z organizacją piłkarskich mistrzostw Europy Polska zamierza wydać 81 mld zł, z czego jednak tylko 5 mld stanowi koszt budowy stadionów. Aż 86 proc. wspomnianej kwoty (70 mld) mają pochłonąć wydatki na infrastrukturę transportową, a więc drogi, koleje i lotniska. Autorzy raportu informują, że gdyby nie Euro 2012, ich budowa trwałaby do 2015 roku, a w przypadku stadionów - nawet do 2020. O ile jednak ze stadionami najprawdopodobniej się wyrobimy, tak zapowiadanych autostrad i dróg ekspresowych możemy się nie doczekać nawet do roku przewidzianego w scenariuszu bez Euro.

 

W tej sytuacji pod znakiem zapytania stoi efekt barceloński przepowiadany przez naszych ekonomistów. W końcu jednym z powodów sukcesu turystycznego Barcelony było ulepszenie transportu publicznego. Jak na tym tle prezentuje się Polska - rozkopana i zakorkowana, z przeładowanymi pociągami, które nie przyjeżdżają na czas? Aby zachęcić zagranicznych gości do częstszego odwiedzania Gdańska czy Wrocławia, trzeba najpierw usunąć trudności komunikacyjne, które doprowadzają do wściekłości samych Polaków.

Wróćmy jednak do raportu. Przewiduje on, że tylko w czerwcu 2012 roku, a więc w miesiącu, w którym będzie rozgrywane Euro, Polskę odwiedzi 820 tys. turystów. W kolejnych latach roczna liczba zagranicznych gości wzrośnie zaś o 490 tys. osób, co w sumie do 2020 roku przyniesie zysk na poziomie 5 mld zł. W tym czasie PKB wzrośnie o 2,1 proc. (punktem odniesienia jest rok 2009), co przełoży się na 28 mld zł.

Dzięki Euro 2012 ma powstać 20-33 tys. miejsc pracy. I tutaj znów uwaga: pięć lat temu w Niemczech etaty miało dostać 60 tys. osób., a skończyło się na 23 tys., z których większość straciła pracę zaraz po mistrzostwach.