Szaleństwa madziarskiego władcy Viktora. Gospodarczy geniusz czy szarlatan?

Spośród wszystkich głów państw Unii Europejskiej w najbardziej komfortowej sytuacji jest węgierski premier Viktor Orban. Jego partia Fidesz ma ponad 2/3 miejsc w parlamencie i tworzy rząd, który ma pełnię władzy bez konieczności oglądania się na opozycję. Z prawa tego premier Viktor Orban skrupulatnie korzysta. Jego pomysły na ekonomiczne uzdrowienie kraju dzielą Węgrów i postronnych obserwatorów - dla jednych to ekonomiczny geniusz, inni mają go za szaleńca, który prowadzi kraj na skraj przepaści. Poniżej przedstawiamy jego najbardziej kontrowersyjne gospodarcze pomysły. Geniusz czy szarlatan? Wybór należy do was

Byłem wczoraj w galerii. Nie, w handlowej...

W połowie czerwca gabinet Orbana poparł pomysł opozycyjnej partii zielonych, aby zakazać na Węgrzech budowy wielkich hipermarketów o powierzchni większej niż 400 m kw. (w małych miejscowościach) i 800 m kw. (w miastach, powyżej 100 tys. mieszkańców). Oczywiście wywołało to wielki sprzeciw - właściciele sieci handlowych wskazywali, że ta decyzja będzie oznaczała utratę kilkuset tysięcy miejsc pracy dla Węgrów, media zaś pisały, że tak naprawdę zyska na niej największa węgierska sieć sklepów CBA. Jej właściciele, jak pisały miejscowe gazety, żyją w dobrych stosunkach z rządem, a format CBA to sklepy o powierzchni dokładnie takiej jak rządowe limity.

Ostatecznie rząd zrezygnował z tych planów, jednak w ich miejsce wprowadził nowy pomysł - chce stworzyć specjalny rządowy komitet, który będzie decydował o tym, gdzie na terenie całego kraju mogą powstawać nowe hipermarkety. To prawdziwy ewenement w skali Europy, gdzie zwykle o lokalizacjach dużych placówek handlowych decydują poszczególne samorządy i władze lokalne. Jak informuje ''Nepszabadsag'', urząd będzie podejmował decyzję o tym, czy wybrane miejsce jest odpowiednie, na podstawie wielu czynników - otoczenia, wpływu na środowisko naturalne etc.

Na zdjęciu West End - największe centrum handlowe w stołecznym Budapeszcie

Jedni prywatyzują, inni...

...odkupują to, co wcześniej sprywatyzowali. Tak jak węgierski rząd - w połowie maja skarb państwa odkupił 21,2 proc. paliwowego koncernu MOL od rosyjskiej kompanii Surgutnieftiegaz. Rosjanie przejęli udziały w MOL-u w 2009 roku od austriackiego OMV, jednak od początku ich współpraca z Węgrami nie układała się dobrze. - Węgrzy robią wszystko, by wypchnąć przedstawicieli rosyjskiej firmy i nie dać im wejść do władz spółki - wbrew wszelkim prawom - oskarżał Węgrów na forum publicznym premier Rosji Władimir Putin. A jednak rząd Viktora Orbana dopiął swego.

- To było coś więcej niż zakup. To była twarda walka - tak węgierski premier podsumował finał wielomiesięcznych negocjacji w tej sprawie, które zresztą wcale nie kończą zakupowych planów rządu. - Chcemy sukcesywnie zwiększać rolę państwa w krajowej gospodarce - powiedział kilka dni temu Tamas Fellegi, minister ds. rozwoju. Przede wszystkim miał na myśli sektor energetyczny i strategiczne spółki, w których państwo chce zwiększyć swoje udziały. Nie podał co prawda konkretnych nazw, zapewnił jednak, że przejęcia to niejedyny sposób zwiększania państwowej kontroli. Zapewnił też, że mimo pokaźnego deficytu i długu publicznego zakupowe plany rządu nie będą wielkim obciążeniem dla budżetu.

Czy to możliwe? Węgrzy udowodnili już w przypadku zakupu akcji MOL-u, że tak. Całkowita wartość transakcji - 1,88 mld euro - została pokryta z niewykorzystanej części ratunkowej pożyczki od Międzynarodowego Funduszu Walutowego. No właśnie, à propos MFW...

Finansowa wojna o niepodległość

- Przeprowadzamy właśnie na Węgrzech ekonomiczną rewolucję, której celem jest finansowa niezależność kraju. Jej pierwszym punktem było wyrzucenie MFW, drugim - plan oszczędnościowy, który pozwoli nam postawić cały kraj na nogi - mówił na początku maja minister gospodarki György Matolcsy (na zdjęciu). To odważne słowa przedstawiciela rządu kraju, w który w 2008 roku otrzymał od MFW ratunkową pożyczkę w wysokości 20 mld euro. Gdyby nie te pieniądze, prawdopodobnie to nie Grecja byłaby pierwszym krajem UE znajdującym się na skraju bankructwa. Pieniądze z funduszu sprawiły, że Węgry szybko stanęły na nogi, ale równie prędko rozpoczął się konflikt nowego rządu Viktora Orbana z MFW. Obie strony poróżniła ocena dokonań węgierskiego rządu w dziedzinie naprawy finansów publicznych. MFW zażądał od Węgier wprowadzenia dodatkowych oszczędności, by utrzymać deficyt w ryzach; rząd nie zgodził się na to, argumentując, że będzie w stanie utrzymać dyscyplinę fiskalną bez dodatkowego zaciskania pasa. Ponieważ MFW i rząd Orbana nie mogły w tej sprawie dojść do konsensusu, rozmowy w sprawie udzielenia Węgrom kolejnej transzy pożyczki zostały zerwane.

- Dziękujemy MFW za pomoc, ale już nie jest nam potrzebna. Wobec funduszu mamy tylko jedno zobowiązanie - utrzymać deficyt w ustalonych ryzach. Jak tego dokonamy? To nasza sprawa - powiedział Orban tuż po zerwaniu rozmów. Jeszcze bardziej stanowczy był jego minister gospodarki. - Niewielu wierzyło w to, że życie bez pieniędzy MFW jest możliwe. My jednak podjęliśmy ryzyko, zrobiliśmy to i radzimy sobie dobrze. Gdyby umowa z MFW dalej obowiązywała, nie moglibyśmy wprowadzić podatku bankowego ani zakończyć reformy systemu emerytalnego - powiedział Matolcsy.

Mocno zmrożony franek

O kolejnym kontrowersyjnym pomyśle Węgrów było głośno kilka tygodni temu, gdy w wyniku nawrotu greckiego kryzysu szwajcarski frank - jeszcze kilka lat temu zdecydowanie najpopularniejsza waluta wśród ludzi starających się o kredyt hipoteczny - poszybował w górę na rekordowe, niespotykane wcześniej poziomy. W Polsce kurs na poziomie 3,39 zł posiadający kredyty w tej walucie powitali ze zgrozą, jednak dalej płacili swoje raty, klnąc, na czym świat stoi. Inaczej było na Węgrzech, gdzie na początku tego roku ponad 100 tys. ludzi stanęło przed groźbą znalezienia się na bruku, ponieważ zaległości w płatnościach kolejnych rat były ogromne. Winny był kurs franka, który w czasie kryzysu w ciągu kilku miesięcy wzrósł o ponad 50 proc., a w maju osiągnął rekordowy poziom. Aby ulżyć trochę węgierskim budżetom domowym (i nie mieć problemów z tysiącami bezdomnych rodzin), premier Orban wspólnie z węgierskimi bankami zdecydował się na zamrożenie, a właściwie ustalenie maksymalnego poziomu kursu franka dla osób spłacających kredyty hipoteczne. Kurs ma wynosić 180 forintów za franka, czyli ponad 20 proc. mniej od aktualnego realnego kursu. Widełki mają istnieć do końca 2014 roku, a różnicę wysokości rat za kredytobiorców pokryją banki. Nie ma jednak nic za darmo ? od stycznia 2015 roku kredytobiorcy będą spłacali tę różnicę w formie dodatkowego kredytu w forintach, oprocentowanego na 6 proc. rocznie (tyle, ile wynosi główna stopa procentowa na Węgrzech). Zamrożone dla posiadających walutowe hipoteki będą też kursy euro i jena. - Chcemy ratować domy setek tysięcy ludzi, których nikt nie ostrzegł, jakie mogą być skutki brania kredytów walutowych. Nie pozwolimy, żeby hieny zaatakowały nasz rynek nieruchomości i przejęły nad nim kontrolę - mówił na początku czerwca Orban.

Choć w Polsce bankowcy oraz ekonomiści zgodnie twierdzą, że to kiepski pomysł, którego zresztą nie ma potrzeby wprowadzać u nas, być może jednak coś jest na rzeczy. Gdy kilka tygodni temu kurs franka po raz kolejny skoczył w górę, politycy zaczęli przebąkiwać o tym, żeby pójść śladem Węgier. I choć do tego nie doszło, to kto wie, co będzie, gdy szwajcarska waluta zdrożeje jeszcze bardziej.

Napoje typu light sprzyjają tyciu, cukrzycy i zawałowi serca Napoje typu light sprzyjają tyciu, cukrzycy i zawałowi serca Fot. Shutterstock

Lubisz chipsy? To słono za nie zapłacisz

Wysoki poziom długu publicznego i wciąż wyższy od wymaganego przez UE deficyt sektora finansów publicznych sprawiły, że rząd Węgier został zmuszony do szukania oszczędności i sięgnięcia głębiej do kieszeni podatników. Nowe daniny dotyczą wielu dziedzin życia, jednak rząd i tutaj stara się kierować zasadami sprawiedliwości społecznej.

- Ci, którzy nie dbają o siebie i źle się odżywiają, powinni płacić więcej, by wspierać krajowy system ochrony zdrowia - mówił w lutym węgierski premier. Słowa dotrzymał ? tzw. podatek hamburgerowy, czyli dodatkowa opłata dla producentów niezdrowego jedzenia i napojów, wejdzie w życie od września. Na liście produktów obarczonych nowym podatkiem znalazły się: chipsy, orzeszki, czekolada, słodycze, dżemy, lody i napoje energetyczne. Wysokość podatku w zależności od produktu będzie się wahała od 10 do 500 forintów - czyli od 14 gr do 7,58 zł. Po wprowadzeniu zmian najmocniej mogą zdrożeć chipsy i napoje energetyczne.

Zagraniczne koncerny, płaczcie i płaćcie

Początek tego roku jednocześnie otwierający węgierską prezydencję w UE rozpoczął się dla rządu Viktora Orbana od kilku zgrzytów. Oprócz kontrowersyjnej, szeroko dyskutowanej i oprotestowanej w całej Europie ustawy medialnej najgłośniej było o tzw. podatku kryzysowym nałożonym na wielkie, przede wszystkim zagraniczne koncerny. Obejmuje on największe przedsiębiorstwa z sektorów energetycznego, telekomunikacyjnego oraz handlu detalicznego. Każdego roku wpływy do państwowego budżetu z tego tytułu wyniosą kilkaset milionów euro.

Nic dziwnego, że zagraniczne firmy wściekły się na takie dictum i poskarżyły się na Madziarów do Komisji Europejskiej. ''W ostatnich decyzjach węgierskiego rządu widzimy trend w kierunku wykorzystywania wybranych sektorów i zagranicznych firm do bilansowania budżetu państwa'' - tak w liście do przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barrosa napisali w połowie grudnia szefowie największych europejskich firm działających na Węgrzech: niemieckich RWE, E.ON czy Deutsche Telekomu, czeskiego CEZ, austriackiego OMV, holenderskiego ING i francuskiego AXA.

KE pogroziła Węgrom palcem, jednak nie była w stanie wpłynąć na węgierski rząd, by zniósł dodatkowy podatek. Podobnie koncerny - wiele z nich groziło nawet wycofaniem się z Węgier, jednak skończyło się na pogróżkach. A premier Orban dwa miesiące temu podziękował zagranicznym koncernom za ponoszone wyrzeczenia i dodał, że kryzysowy podatek zostanie zniesiony tak szybko, jak tylko będzie to możliwe. Dzisiaj wygląda na to, że stanie się tak na początku 2013 roku.

Jak emerytura, to tylko na państwowe

Chyba najpoważniejszą reformą przeprowadzoną przez działający od niespełna roku rząd Fideszu był demontaż istniejącego od 1997 roku systemu emerytalnego, czyli praktyczne upaństwowienie i nacjonalizacja tamtejszych otwartych funduszy emerytalnych. Kampania przeciw prywatnym funduszom rozpoczęła się w październiku ubiegłego roku, gdy premier Orban ogłosił, że rząd przestanie przekazywać składki Węgrów do OFE. - Tylko państwo jest w stanie zapewnić ludziom godziwą emeryturę - mówił Orbán, dodając, że rząd będzie chciał tak szybko, jak to możliwe, pozwolić ludziom na powrót do państwowego systemu emerytalnego. Jednocześnie zapewniał, że osoby, które zdecydują się zostać w OFE, będą mogły zrobić, co chcą, ze zgromadzonymi w nich oszczędnościami. Szybko okazało się, że Węgrzy wyboru nie mają - kto zostałby w OFE, straciłby prawo do państwowej emerytury, która stanowi 70 proc. uposażenia węgierskich emerytów (30 proc. to środki z OFE). I rzeczywiście - na pozostanie w działających w szczątkowej formule OFE zdecydowało się jedynie kilka tysięcy Węgrów.

Oficjalnym powodem upaństwowienia OFE były słabe wyniki osiągane przez fundusze, jednak w rzeczywistości chodziło o finanse państwa. Rządowi zależało, by wszystkie składki i aktywa OFE trafiły do państwowej kasy (w sumie chodzi o ponad 14,6 miliarda dol.), by zmniejszyć deficyt budżetowy i ogromny dług publiczny kraju, jeden z największych w UE.

I pierwsze efekty, nawet jeśli uzyskane dzięki jednorazowej operacji, już widać. Pod koniec czerwca premier Orban ogłosił, że w ciągu kilku miesięcy dług publiczny Węgier zmniejszył się o ponad 5 mld euro i spadł z poziomu 81 do 77 proc. PKB, głównie dzięki środkom pochodzącym z systemu emerytalnego. To zresztą dopiero początek walki o zdrowe finanse publiczne - do 2018 roku poziom długu publicznego Węgier ma spaść do 50 proc. PKB i już nigdy nie wzrosnąć powyżej tej granicy. Mają to zagwarantować progi ostrożnościowe zawarte w nowej węgierskiej konstytucji, która wejdzie w życie 1 stycznia 2012 roku.

Strefa euro? Jak kocha, to poczeka

Przez rok swoich rządów na Węgrzech Viktor Orban zasłużył na miano najbardziej kontrowersyjnego premiera w Europie, a jego często cierpkie i krytyczne słowa pod adresem UE są przyjmowane w Brukseli z wielką niechęcią. W tej sytuacji może dziwić, że spośród wszystkich krajów Europy Środkowo-Wschodniej to właśnie Orban był najbardziej entuzjastycznie nastawiony do wejścia do strefy euro.

Jeszcze pod koniec ubiegłego roku premier przekonywał, że mimo bardzo złej kondycji fiskalnej Węgry będą gotowe do przyjęcia wspólnej waluty w 2014, najpóźniej - 2015 roku. Jednak już w lutym radykalnie zmienił front i przyznał, że wprowadzenie euro na Węgrzech przed 2020 rokiem jest ''niewyobrażalne''. I rzeczywiście, jeśli spojrzy się choćby na poruszony tu już kilkakrotnie problem długu publicznego, nawet tak odległy termin może wydawać się mało realny.

Pomagają im najlepsi

W świetle wielu kontrowersyjnych wypowiedzi i ruchów premiera Orbana, które niekoniecznie dodają mu nowych przyjaciół w Europie, zaskakująco brzmi informacja, że od kilku miesięcy w zagranicznym PR pomagają mu Project Associates i Financial Dynamics, najlepsze londyńskie agencje. W przeszłości pomagały już one krajom znajdującym się w kryzysie, m.in. Grecji, Gruzji i Islandii, ale także afrykańskim i europejskim  autokratom, np. Aleksandrowi Łukaszence. Patrząc z boku, wydaje się, że na razie efekty tych działań są dość mizerne. Jednak węgierskiemu rządowi należy oddać, że czasem potrafi przekuć różne ciekawe inicjatywy w nośne marketingowo pomysły

Ksiądz na czele narodowej krucjaty

Od kwietnia na Węgrzech istnieje specjalny fundusz działający pod nadzorem rządu, na który Madziarzy mogą wpłacać dobrowolne datki na rzecz zmniejszenia krajowego zadłużenia i uzdrowienia finansów publicznych. Na pomysł utworzenia funduszu wpadł katolicki ksiądz Elemer Redly (na zdjęciu).

Fundusz nazwał Ligą przeciwko Długowi Publicznemu. Jego pomysł szybko podchwycił rząd - minister gospodarki György Matolcsy ogłosił, że każdy, kto wpłaci pieniądze na fundusz przeciwko długowi publicznemu, może liczyć na korzystne ulgi podatkowe naliczane w zależności od poziomu jego dochodów. Przy czym ulgi otrzymają zarówno osoby fizyczne, jak firmy czy organizacje pozarządowe.

Na razie jednak niewielu Węgrów zdecydowało się na akt obywatelskiej pomocy. Tihamer Horvath, szef rządowej komórki kontrolującej fundusz, poinformował, że jako pierwsi wpłacili pieniądze bardziej zamożni obywatele kraju, a według stanu na koniec czerwca na koncie funduszu znajdowało się 150 tys. euro.

- Poświęcenie ludzi może przynieść moralną odnowę społeczeństwa, bez której żadna reforma gospodarcza nie osiągnie sukcesu - mówi ksiądz Redly. Czy jednak Madziarom starczy samozaparcia, by pomóc swojemu rządowi w walce o wyjście kraju z kryzysu? Trudno odpowiedzieć dzisiaj na to pytanie.