Joanna Strzelec-Łobodzińska: gospodarka tak, polityka nie!

Prawie trzydzieści lat pracowałam w sektorze energetycznym. Teraz jestem wiceministrem gospodarki i mam tu mnóstwo rzeczy do zrobienia - mówi Joanna Strzelec-Łobodzińska, wiceminister gospodarki.

- Wierzyła pani, że w końcu otrzyma nominację na wiceministra gospodarki?

- Wierzyłam, choć pojawiały się też chwile zwątpienia. W końcu jednak otrzymałam tę nominację. Czas zatem pokazał, że należało wierzyć.

- Przykładowo szef śląskiej PO Tomasz Tomczykiewicz mówił, że na pewno nie otrzyma pani nominacji na wiceministra gospodarki.

Skąd ta niechęć polityków Platformy Obywatelskiej do pani?

- Nie potrafię powiedzieć. Daleka jestem od tego, żeby analizować, kto chciał, bym otrzymała tę nominację, a kto był jej przeciwny.

Teraz ważne jest, by zrobić coś dobrego dla gospodarki, a nie szukać winnych opóźnienia mojej nominacji na wiceministra.

Szkoda, że to się tak przeciągało. W samej pracy mi to nawet nie przeszkadzało, bo mogłam wiele rzeczy przygotować. Natomiast skuteczność działań formalnych i proceduralnych była utrudniona, bo wymagało to zupełnie innego obiegu dokumentów.

Nie dało się w takiej sytuacji podejmować istotnych decyzji.

- Kilkumiesięczne blokowanie nominacji dla pani i nieprzychylne komentarze tylko panią wzmocniły?

- Mówi się, że co człowieka nie zabije, to go wzmocni. Jestem osobą o dość mocnej kondycji psychicznej. Cieszę się jednak, że niepewność związana z moją nominacją już się skończyła.

- Myśli pani, że będzie miała oparcie w rządzie, czy też będzie osamotniona? Bez takiego silnego oparcia będzie pani jedynie biła głową w mur.

- Odbyło się już kilka komisji sejmowych, na których przedstawiliśmy nasze propozycje, a dyskusja nad nimi miała rzeczowy, merytoryczny charakter. Proponowane przeze mnie rozwiązania dotyczą stricte gospodarki, a nie polityki. Nie jestem działaczem politycznym, tylko gospodarczym.

Myślę, że postulaty zgłaszane przez resort gospodarki są do przeforsowania. Jak dotąd, nie spotkałam się z niechęcią wymierzoną przeciw tym propozycjom.

- Czyżby? Przecież wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak nie krył irytacji, gdy mówił o braku środków z budżetu na inwestycje początkowe w górnictwie na 2009 rok.

- Na kształt budżetu na pewno jakiś wpływ ma polityka. W tym przypadku była to jednak raczej kwestia ograniczonych środków budżetowych. Będziemy robić wszystko, aby środki na inwestycje początkowe w górnictwie wyasygnowano w 2010 roku.

- Tym bardziej że chodzi o niewielkie kwoty.

- Niewielkie dla budżetu, za to znaczące dla przyszłości sektora węglowego. Nawet Unia Europejska uznała środki na inwestycje początkowe za dozwoloną pomoc publiczną. Mogły więc one trafić do kopalń.

Kilkakrotnie przedstawialiśmy ministrowi finansów argumenty przemawiające za wyasygnowaniem środków na ten cel.

W górnictwie bardzo brakuje pieniędzy na niezbędne inwestycje.

- Szacuje się, że do 2015 roku górnictwo musi przeznaczyć na inwestycje przeszło 20 mld zł.

Skąd wziąć te środki?

- Będziemy prowadzić rozmowy z instytucjami, które mogłyby pochylić się nad problemami polskiego górnictwa i wyłożyć część środków na najważniejsze inwestycje.

Mamy bardzo dobre argumenty. Bank Światowy przed laty pożyczał pieniądze na likwidację kopalń, teraz mógłby zaangażować się w odbudowę polskiego górnictwa.

- Liczy pani na to, że Bank Światowy zechce się zaangażować w odbudowę polskiego sektora węglowego?

- Tak, przeprowadziłam już nawet pierwsze rozmowy na ten temat. Przedstawiciele Banku Światowego są otwarci, mam nadzieję, że rozmowy przyniosą konkretne rezultaty. Spotkałam się także z przedstawicielami Europejskiego Banku Inwestycyjnego, którzy również nie wykluczają wsparcia dla polskiego górnictwa. Jeżeli środków nie pozyskamy z sektora finansowego, to pozostaną nam tylko takie możliwości, jak leasing, obligacje czy giełda. Koniunktura na węgiel była przez większą część 2008 roku wręcz rewelacyjna, polskie spółki węglowe mają jednak problemy z wydobyciem. Przez to w 2008 roku import węgla do Polski przekroczy eksport tego surowca. Z zagranicy sprowadzimy około 10 mln ton, natomiast wyeksportujemy tylko 7 mln ton węgla.

- Bez inwestycji polskie górnictwo będzie się kurczyć...

- Ono już się kurczy! Jeśli szybko nie znajdą się środki na realizację niezbędnych inwestycji - w tym na uruchomienie nowych frontów wydobywczych - będzie bardzo źle.

Aktualnie nie inwestujemy nawet tyle, by utrzymać obecny poziom wydobycia, a cóż dopiero mówić o jego zwiększeniu. Dlatego powtarzam: górnictwu potrzebne są pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze.

- Czy w ogóle da się w przypadku tak trudnych branż, jak górnictwo i energetyka, odnieść sukces? Czy też niezależnie od tego, co uda się zrobić, i tak będzie się skazanym na porażkę?

- Postaram się zrobić jak najwięcej. Bardzo trudno jest jednak oceniać dokonania w obu sektorach w krótkim czasie. Cykl inwestycyjny w energetyce trwa od pięciu do siedmiu lat. W górnictwie nieco krócej, ale też przynajmniej dwa-trzy lata. Nawet gdybyśmy znaleźli teraz całą górę pieniędzy, to i tak efekty inwestycji byłyby widoczne dopiero za kilka lat. Dlatego nie mówmy o sukcesie, ale o potrzebie ustabilizowania obu sektorów. Co gorsza, obie branże dosięgła bessa. Widać to choćby po rynku węgla koksowego, którego popyt spada, bo produkcję ograniczają na przykład producenci stali. Najwyższy już czas, by wykonać określony program i zrealizować założone cele. Programów gospodarczych nie pisze się w tydzień i nie realizuje w pół roku.

- Czy przewiduje pani realizację planowanych na 2009 rok debiutów giełdowych Lubelskiego Węgla Bogdanka oraz Katowickiego Holdingu Węglowego?

- Jaka jest giełda, każdy widzi. Obecnie nie chciałabym jednak niczego przesądzać.

Choć z całą pewnością teraz nie jest najlepszy moment na wprowadzanie spółek na giełdę.

- A zatem jaką alternatywę przewiduje pani dla Bogdanki i Katowickiego Holdingu Węglowego?

- Akurat dla Bogdanki taka alternatywa nie wydaje się teraz czymś koniecznym.

Natomiast dla Katowickiego Holdingu Węglowego...

- Najlepsze byłoby połączenie z energetyką i trafienie KHW pod skrzydła Polskiej Grupy Energetycznej?

- Nie, to nie jest pomysł, który mi się nasuwa w pierwszej kolejności. Chociaż żadnego pomysłu nie wykluczam. Jest jeszcze możliwość emisji różnego rodzaju obligacji, w tym zamiennych na akcje. Myślę, że ustawiłaby się po nie długa kolejka.

- Swego czasu ówczesny wiceminister gospodarki Eugeniusz Postolski odwołał szefa rady nadzorczej KHW, bankowca Konrada Miterskiego, choć ten miał wysokie notowania w sektorze.

Czy myśli pani o ściągnięciu do górnictwa finansistów i menedżerów?

- Na pewno potrzebni będą finansiści, by po niezbędne środki zabiegać w profesjonalny sposób. Już minęły czasy, w których wystarczyło wziąć kredyt, który poręczało państwo. Musimy bardziej rynkowo podejść do handlu węglem i finansów. Weźmy rozmowy handlowe dotyczące zakupu węgla dla energetyki na 2009 rok. Były sygnały, by resort gospodarki rozmawiał z obydwoma stronami. A co resort miałby wówczas zrobić? Powiedzieć jednym, by sprzedali taniej, a drugim, by zapłacili więcej?! Wszystkie firmy działają na rynku i umowy handlowe muszą sobie wynegocjować same.

- Na kogo będzie pani chciała postawić, jeśli chodzi o finanse w górnictwie?

- Żadnych nazwisk nie podam, jest na to zbyt wcześnie. Poza tym są przecież określone procedury. Nawet gdybym miała czarnego konia, to i tak musiałby wygrać w konkursie. Nie ulega jednak wątpliwości, że w sektorze węglowym potrzebni są zdolni finansiści.

- Czy zamierza pani rozmawiać z Krzysztofem Tchórzewskim, który jako wiceminister gospodarki w czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości zdołał w szybkim tempie uchwalić ustawę górniczą oraz Strategię dla górnictwa do 2015 roku?

- Działania Krzysztofa Tchórzewskiego oceniam pozytywnie. Jeszcze z nim nie rozmawiałam, ale oczywiście tego nie wykluczam. Sam fakt, że ja, jako osoba spoza polityki, zajmuję się górnictwem i energetyką, świadczy o tym, że obecna ekipa rządowa stawia na fachowość, a nie na powiązania polityczne.

- Proszę dać spokój, przecież wiadomo, że premier Donald Tusk przez kilka miesięcy nie godził się na pani nominację. To wicepremier Waldemar Pawlak postawił na swoim i w końcu została pani nominowana.

- Wicepremier Pawlak stawia przede wszystkim na fachowość, a kwestie polityczne są dla niego mniej istotne.

- Swego czasu mówiła pani w wywiadzie dla Nowego Przemysłu, że nie lubi, kiedy ludzie piastujący ważne stanowiska nie mają dostatecznej wiedzy. Stwierdziła pani, że wówczas ze złości "rzuca segregatorami". No to teraz chyba każdego dnia musi pani nimi rzucać...

- Teraz w Ministerstwie Gospodarki jest mniej segregatorów (śmiech). Za to jest więcej teczek z różnymi dokumentami. Ale tymi teczkami jeszcze nie rzucałam.

- Zamierza się pani nadal trzymać z dala od polityki czy też wręcz przeciwnie?

- Jestem przekonana, że nie będę działaczem politycznym. Prawie trzydzieści lat pracowałam w sektorze energetycznym, a obecnie jestem wiceministrem gospodarki.

Wydaje mi się, że ogląd wielu spraw jest świeższy, jeżeli nie ma się jakichś, choćby personalnych, zobowiązań.

- Jak układają się pani relacje z górniczymi związkami zawodowymi?

- Uczestniczyłam w obradach Zespołu Trójstronnego do spraw Bezpieczeństwa Socjalnego Górników. I tam nie było żadnych głupich czy nieodpowiedzialnych pomysłów. Były za to opinie warte namysłu, choć czasem mniej zręcznie sformułowane.

Mam nadzieję, że moja współpraca z górniczymi związkami zawodowymi będzie się dobrze układać. Jeżeli jest obustronny szacunek, to jest szansa na dobrą współpracę.

- Nie wyklucza pani prywatyzacji górnictwa poprzez inwestorów strategicznych?

- Myślę, że chyba nikt nie jest w stanie jej wykluczyć. Natomiast z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego państwa zdecydowanie lepiej jest mieć wpływ na to, co się dzieje w górnictwie.

- Co pozostaje dla pani priorytetem, jeśli chodzi o górnictwo i energetykę?

- Wzrost wydobycia węgla, a w energetyce odbudowa mocy wytwórczych, bazujących na nowoczesnych i czystych technologiach.

- Jak ocenia pani dotychczasową restrukturyzację polskiego górnictwa?

- Uważam, że jeśli chce się coś bezpowrotnie zlikwidować, to trzeba się wcześniej trzy razy zastanowić. Nie chcę, żeby wyszło na to, że podlizuję się tu górniczym związkom.

Natomiast po latach okazało się, po czyjej stronie była racja. Tak dobrze wyszła nam realizacja programu likwidacji kopalń, że teraz brakuje nam węgla. Myślę, że decyzje o likwidacji były może i uzasadnione na tamte czasy. Jednak obecnie widać, że niekoniecznie były one prawidłowe.

- Komu zadedykowałaby pani powiedzenie: "kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada"?

- Nikomu. Rok 2008 był pełen złych emocji. I sama nikomu bym nie życzyła przebywania w takiej sytuacji.

- Spory ruch tu u pani, ciągle ktoś przychodzi i non-stop dzwonią telefony. Chyba przybyło pani znajomych po otrzymaniu nominacji na wiceministra gospodarki?

- No cóż, tak to już jest (śmiech). Co istotne, ostatnio okazało się jednak, na kogo zawsze mogę liczyć. Wiadomo, prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Rozmowa odbyła się 7 listopada 2008 roku.