Jak się leci klasą biznes LOT w dreamlinerze? [LIST]

Co można dostać za ponad 10 tys. zł wydanych na bilet?"Chapagne Brut" I ważna uwaga: samolot trochę zaczyna się sypać

Szczęśliwców, których stać na podobnego rodzaju przyjemność, jest niezwykle mało, więc prezentujemy relację z lotu klasą biznes w dumie naszego podupadłego narodowego przewoźnika. Bilet na trasie Warszawa - Chicago - Warszawa kosztuje w obie strony trochę ponad 10 tys. zł. W porównaniu z innymi liniami to dość atrakcyjna propozycja, choć oczywiście liczba osób, które stać na podobnego rodzaju atrakcje, jest ograniczona.

Co jednak można dostać za te pieniądze? Dziś relacja czytelnika, który miał okazję lecieć tym samolotem do USA.

Zacznijmy od tego, że LOT-owi udało się znacząco poprawić obsługę lotniskową klasy biznes. Wchodzi się teraz zupełnie innym wejściem, nie stoi się wraz z tłumem pasażerów klasy economy, co obecnie bardziej przypomina atmosferę na terminalu VIP niż na dużym europejskim lotnisku. To niebanalne udogodnienie, bo na wielu europejskich, a już tym bardziej amerykańskich lotniskach klasa biznes odprawiana jest równolegle z klasą economy, ale nie osobno.

Grzech narzekać na lożę

Nowa loża Bolero położona na poziomie minus 1 warszawskiego lotniska jest ładna i porządnie wykończona. Tablice z rozkładami, wygodne fotele i stoliki. Jest problem z gniazdkami elektrycznymi, bo nie ma ich zbyt dużo, ale to drobiazg. Kuchnia trochę skromna, ale na tle pozostałych lóż nie robi strasznego wrażenia, raczej mieści się w akceptowanym przedziale: słone zakąski, szynki, kiełbasa, sery, warzywa i owoce. Wybór alkoholi też nie jest najgorszy: Remy Martin VSOP, Glenfiddich, Bailey's, polskie wódki. Szybki internet, bo bez problemu i w miarę szybko zaktualizowałem kilka wydań magazynów na iPada, po 300-500 MB każdy. Grzech narzekać.

Na Okęciu do dreamlinera - autobusem

Nie obeszło się bez zgrzytów: gdy leciałem, z niewiadomych powodów dreamliner nie mógł podjechać pod rękaw i pasażerowie tego nadsamolotu byli dowożeni do niego autobusem! Dla pasażerów klasy biznes obsługa zamierzała podstawić osobny autobus, o podwyższonym poziomie komfortu, na który czekaliśmy przez 40 min. W końcu przyjechał jakiś busik, do którego nie mogła się pomieścić cała grupa i dwie osoby musiały stać, co - zdaje się - jest wbrew przepisom. W efekcie weszliśmy na pokład jakiś kwadrans po rozkładowej godzinie odlotu. Pilot uspokoił nas, że dreamliner lata szybko, więc i tak będziemy w USA przed czasem. Tak się stało.

Kolega, który leciał na tej samej trasie dwa dni później, powiedział, że problemu z autobusami już nie było. Musiał to być zatem wypadek przy pracy.

A samolot zaczyna się w środku trochę sypać

Samolot jest świetny. Wreszcie w klasie biznes LOT-u jest jakaś przestrzeń, i to nie tylko w porównaniu z klasą economy LOT-u (jak dawniej), ale też z klasą biznes w innych liniach. Tak, wydaje się, że w Lufthansie czy Air Franace KLM miejsca jest więcej, ale to może być moje subiektywne odczucie. Fotel rzeczywiście rozkłada się i zamienia w łóżko, na którym da się przespać. Wykonanie wnętrz w klasie biznes jest OK, ale pomimo młodego wieku samolotu zauważyłem już pierwsze ślady eksploatacji - plastikowe listwy po lewej stronie stolika wypadają z zagłębień i blokują przysuwanie do siebie i odsuwanie od siebie stolika (nie wiem, czy ktoś wyrwał taką listwę czy też po prostu się zdeformowała i wystaje). Niektóre zasłonki między fotelami wypadają, co nie jest katastrofą, ale załoga pokładowa nie jest w stanie przymocować ich z powrotem. Wkładając bagaż na górną półkę przed startem, jeden z pasażerów zawadził ręką o zasłonkę, za którą mieści się maska tlenowa i pomimo najlepszych starań załoga nie była w stanie jej przymocować. Trzeba było wzywać technika z obsługi naziemnej.

Kosmetyki skromne

Pasażerowie otrzymują zestaw przyborów toaletowych, skromniejszy niż w zachodnich liniach, ale braków w nim nie ma - balsam do ciała, pomadka nawilżająca na usta, pasta, szczoteczka, płyn do płukania ust, wilgotna chusteczka do twarzy, łyżka do butów i para skarpetek. Jednorazowe maszynki do golenia wraz z pianką panowie mogą znaleźć w toaletach na pokładzie. Fotele są wyposażone w port USB, który pozwala nie tylko ładować niektóre urządzenia, ale też odtwarzać z nich filmy. Tradycyjne widełkowe gniazdko na słuchawki zastąpiono normalnym jackiem 3,5 mm, co oznacza, że wpiąć się można nawet bez przejściówki. Druga strona medalu jest pewnie taka, że za jakiś czas słuchawki z dreamlinerów zaczną znikać.

Podobnie jak oferta filmów

Własne filmy mogą się przydać, bo LOT nie tylko oszczędza na inflight entertainment, kupując tytuły od dawna dostępne na DVD, ale też niewystarczająco często wymienia pokładowe biblioteki. Dzięki temu pasażer, lecąc za ocean i wracając, ma do wyboru ten sam zestaw filmów. Ci, którzy zdołali obejrzeć wszystko, lecąc w jedną stronę, mogą mieć problem. Ekran dotykowy - fajny, ale jego rozdzielczość jest zwyczajna, natomiast jego wyjmowanie z fotelu do intuicyjnych czynności nie należy. Co ciekawe, stewardesa również nie mogła pomóc, bo leciała dreamlinerem dopiero drugi raz. (O tym, że załoga leci dopiero drugi raz, słyszałem również, wracając z USA do Polski).

Posiłki firmuje Gessler. Jest chrupiąco...

Posiłki są serwowane na porcelanie (tudzież fajansie), a nie na plastiku. Sztućce są metalowe. Menu firmowane jest przez Magdę Gessler i trochę za dużo jest w nim literówek i poezji - łosoś jest "otulony", rolady są "w asyście" grzybów, sałata jest "chrupiąca" itp. Denerwujące to jest, bo człowiek zaczyna się obawiać, że za chwilę przyniosą mu jakiś koszmar na talerzu. Na szczęście jedzenie jest w miarę smaczne i nie trąci plastikiem, jak to często bywa w samolotach. Na obiad można dostać posiłek wegetariański, z czym w Locie drzewiej różnie bywało. Jako przystawkę dostałem karpia po żydowsku z rodzynkami i migdałami oraz właśnie "chrupiącą sałatę sezonową". Jeśli chodzi o danie główne, to mogłem wybierać pomiędzy białymi roladami z indyka na białym winie, łososiem w anyżu oraz wegetariańską lasagne. Desery mogłyby być lepsze. Mleczne mascarpone z kajmakową delicją było dobre, ale wolałbym lody. Inne linie podają w klasie biznes Haagen Dazs albo chociażby Ben & Jerry's, ale to nie jest tak, że deser w Locie jest końcem świata.

...i szybko

Wybór alkoholi spełnia minima. Na szampanach i winach się nie znam, więc nie będę się mądrzył. Powiem tylko, że w karcie są Pinot Noir, Pinot Meunier oraz - UWAGA, PISOWNIA ORYGINALNA - Chapagne Brut. Do tego dwa rodzaje wina białego, trzy czerwonego, jeden - różowego, a do tego porto i polski miód pitny. Jeśli chodzi o whisky, to Glenfiddich 12 yo i Tullamore Dew. Z burbonów jest tylko Jim Beam, a oprócz tego: Bailey's, Remy Martin VSOP, gin Gordon's i Żubrówka. Z piw, niestety, tylko Żywiec.

Niestety, internetu na pokładzie wciąż nie ma, a to bardzo przyspieszyłoby podróż. Na szczęście podróż doskonale przyspiesza sam dreamliner, który do USA potrafi lecieć o co najmniej godzinę krócej niż jego poprzednik, a z USA wraca przynajmniej półtorej godziny krócej.

Samolot jest zachwycający i imponujący. Innych odpowiedzi brak

Gadżety rozdawane na pokładzie są skromne - komplet pocztówek z historycznymi reklamami LOT-u, trudno porównywać to np. z porcelanowym holenderskim domkiem w wódką w środku rozdawanym przez Air France KLM. Ale było mi miło, że dostałem cokolwiek. Kiedyś nie było ich wcale. Najwięcej radości sprawiła mi jednak ankieta, w której LOT bada satysfakcję klientów. Na pytanie: "Jakie wrażenie zrobiło na tobie wnętrze B787?", miałem do wyboru trzy warianty odpowiedzi: "imponujące", "zachwycające" i "oszałamiające". Pozostałe pytania były skonstruowane w taki sam sposób, więc domyślam się, że chodziło raczej o żart LOT-u niż samouwielbienie.

BARDZO WAŻNE: wszystkie te drobne niedoskonałości potrafi wyprostować bardzo miła, przyjemna i pomocna obsługa. Może jeszcze nie do końca przeszkolona, ale robiąca wszystko, co w jej mocy. Dlatego stawiam LOT-owi mocną czwórkę w nadziei, że uczeń się przyłoży i ocena szybko zamieni się w piątkę.

Tekst pochodzi z bloga Piotra Miączyńskiego Towar niezgodny z umową

Zobacz wideo
Więcej o: