Rządy chcą położyć łapy na internecie? Wrzawa wokół międzynarodowej konferencji w Dubaju

Dubaj w dniach 3-14 grudnia będzie "cieszył się" szczególnym zainteresowaniem sieci. A to z powodu Światowej Konferencji Międzynarodowej Telekomunikacji, na której, jak się spekuluje, rządy mają dążyć do objęcia internetu własnym nadzorem.

Czy grozi nam koniec sieci jaką znamy? Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny (ITU), organizacja wyspecjalizowana ONZ, ma dyskutować o zmianie Międzynarodowych Regulacji Telekomunikacyjnych (ITR, obowiązująca wersja pochodzi z 1988 roku i przez to nie przystaje do współczesnego internetu), dokumencie, który odpowiednio skonstruowany może przenieść zarządzanie globalną siecią z rąk firm prywatnych i organizacji pozarządowych w ręce organizacji zrzeszającej rządy. Czy jest czego się obawiać? To zależy, które propozycje zmian weźmiemy pod lupę.

Internet dla wszystkich

Hamadoun Touré, sekretarz generalny ITU, w artykule dla Wired przyznał, że sam jest zwolennikiem zmian. Chce, żeby nowe przepisy ułatwiły dotarcie z siecią do 2/3 populacji globu, która teraz dostępu do internetu jest pozbawiona.

W tym celu zmiany powinny zwiększyć cyberbezpieczeństwo (a co za tym idzie, ułatwić wykrywanie, kto jest cyberprzestępcą, czy blokowanie spamu), promować rozbudowę infrastruktury sieciowej i optować za zmniejszeniem kosztów dostępu do niej.

Internet regionów

Inny pomysł mają Rosjanie. Jak wynika z dokumentów, które wyciekły do sieci, nasi wschodni sąsiedzi chcą zaproponować, żeby wśród nowych regulacji znalazł się zapis wprost pozwalający rządom na regulację internetu wewnątrz swoich granic. Rosja (o czym pisaliśmy niedawno), Chiny czy Iran już dziś cenzurują sieć, po co im więc dodatkowe regulacje?

Po pierwsze, dla dodatkowego uprawomocnienia ich poczynań. Dziś działania Chin czy Rosji są oceniane krytycznie, gdyby jednak pozwalały na nie międzynarodowe regulacje, sprawa wyglądałaby trochę inaczej. Byłyby także dodatkowym, prawnym argumentem przeciw tym firmom i rządom, które starałaby się owe działania negować.

Po drugie, dla międzynarodowej współpracy. Jak donosi Reuters, tego m.in. obawia się Google. Obawia się, że nowe zapisy ITR mogą stać się podstawą współpracy grup państw. W efekcie zamiast jednego, globalnego internetu mielibyśmy kilka regionalnych sieci.

Flaga ITUFlaga ITU

Internet bez anonimowości

Choć od początków swojego istnienia struktura sieci nie sprzyja szczególnie anonimowości, to wciąż jest w niej miejsce na prywatność - choćby przez fakt, że dane osobowe użytkowników są w posiadaniu dostawców sieci, ale już niekoniecznie rządów.

Grupa państw arabskich chce to zmienić przez wprowadzenie uniwersalnej identyfikacji użytkowników sieci. Krytycy zdążyli już wytknąć, iż postulat ten jest najpewniej podyktowany obawami o kolejny wybuch społecznego niezadowolenia, analogiczny do zeszłorocznej "wiosny ludów".

Internet bez jednego ośrodka

Przeciw zmianom w ITR głośno protestują Stany Zjednoczone i wiele krajów europejskich. Protesty mogą być podyktowane chęcią ochrony wolności słowa i prymatu prywatnych inicjatyw nad rządowymi regulacjami, owszem.

Trudno jednak nie zauważyć, że za zmianami opowiadają się głównie państwa biedniejsze, rozwijające się lub wschodzące mocarstwa (jak Chiny). A to (plus pamięć o amerykańskich inicjatywach w rodzaju SOPA czy nawet ACTA) nasuwa inną, dodatkową interpretację - że główną osią sporu jest to, czy czas obalić stary porządek w sieci. Porządek, w którym główną rolę odgrywają Stany Zjednoczone i amerykańskie firmy. W "nowym, wspaniałym świecie" internet miałby stać się "dobrem wspólnym", zarządzanym przez międzyrządową organizację pokroju ITU.

Gorący grudzień

Hamadoun Touré zapowiada, że choć zmiany mogą być przegłosowane zwykłą większością, to w praktyce będzie potrzebna jednomyślność wszystkich 193 państwa. Z jednej strony może to uspokajać - skoro 27 państw tworzących Unię Europejską nieraz nie może się dogadać, to co dopiero 193?!

Z drugiej strony, jeśli zechcą, to państwa rzeczywiście mogą namieszać w sieci. Mogą zakończyć okres "wolnej amerykanki" i przekazać zarządzanie internetem międzyrządowej organizacji. Mogą zagrozić temu, co w internecie kochamy - niemal nieskrępowanej wolności.

Dlatego warto przyglądać się konferencji w Dubaju w dniach 3-14 grudnia. Warto sprawdzać, jakie propozycje zgłaszają poszczególne kraje i jaki jest na nie odzew. Czy Stany Zjednoczone rzeczywiście będą działać w naszym interesie? Czy państwa UE posłuchają apelu Parlamentu Europejskiego, który apeluje o zachowanie wolnego charakteru sieci?

Przede wszystkim zaś warto przyglądać się polskiemu rządowi, który, jak zapowiada na stronach Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji:

Nie zgadza się na przepisy rozszerzające mandat ITU o kwestie związane z zarządzaniem Internetem (...) Rząd RP nie popiera wprowadzenia w ramach ITR zapisów umożliwiających niektórym państwom ograniczanie swobód, praw podstawowych i wolności.

Oby ta deklaracja znalazła odbicie na konferencji.