Czytniki to zło czyli co wącha Marcin Meller

Marcin Meller, dziennikarz piszący m.in. Newsweeka, postanowił oderwać się od tematów, którymi zajmuje się zazwyczaj i zajął się czytnikami e-booków. W swoim felietonie zarzucił im że mają się nijak do prawdziwej, papierowej książki bo np. "nie pachną po deszczu". I sprowadził na siebie zarzuty, że wobec tego niech "wyrzuci pralkę i trze na tarze",  "nie używa telefonu" i "jeździ konno". Czy ostry spór da się jednoznacznie rozstrzygnąć?

W połowie minionego tygodnia Marcin Meller, publicysta Newsweeka, były redaktor Playboya, dziennikarz udzielający się m.in. w stacji TVN24, opublikował felieton ?Na marginesie o czytnikach e-booków?.

Skrytykował w nim ideę czytania książek przy pomocy czytników elektronicznych.

Zaczął przy tym od zacytowania słów Jeffa Bezosa, właściciela Amazonu, który wprowadził na rynek jeden z najbardziej popularnych czytników - Kindle.

"Papierowa książka jest technologią sprzed 500 lat, mającą wiele wad, do której jednak przyzwyczailiśmy się z braku czegoś lepszego! Ale jeśli używaliście Kindle, trudno jest wrócić do papieru" [ ]  "Teraz, gdy jestem zmuszony czytać papierową książkę, zdaję sobie sprawę, że nie mogę zmienić rozmiaru czcionki, że jest ciężka, nieporęczna i nie zapamiętuje automatycznie ostatnio przeglądanej strony?.

Według Mellera czytnik to po prostu ?nie to?.

A jak Kindle - najpopularniejszy czytnik e-booków na świecie, produkt Bezosa - pachnie po deszczu? W ogóle nie pachnie, bo go pewnie szlag trafił, a on z kolei - na cmentarzysko anonimowych czytników, którym padły podzespoły.

Następnie poznaliśmy kilka dowodów na to, że z fizyczną książką wiąże się znacznie więcej wspomnień. Marcin Meller opisuje jak ?podsuszał na kaloryferze? jedną ze swoich ulubionych pozycji nieszczęśliwie zalaną z powodu przeciekającego dachu.

? I udało się, i jest, i cieszy oko na półce, cieńsza co prawda na klejeniu i spasiona na luźnych końcach, lekko zalatując zgnilizną, ale tym cenniejsza i teraz tak pięknie strzelają kartki przy ich przewracaniu. A Kindlowi to najwyżej szybka może strzelić i się pajęczyną zasnuć.?

Podaje też przykład ?Podróży do kresu nocy?

?rzadko, bo rzadko, ale jednak wezmę do ręki, sypie się niewidoczna prawie strużka piasku. Czuć jego szorstkość na papierze, a kartki odbijają się spłowiałą mocno pomarańczą, bo wchodziłem w mroczny świat francuskiego pisarza na pustyni w Somalii lata temu, miętosząc, wyginając, pastwiąc się nad egzemplarzem, jak to mam w zwyczaju. Kawałek tego świata, otoczenia został w ?Podróży? na zawsze. Co zostanie w Kindlu? Pardon my French, ale gówno zostanie.?

Dla Mellera papier ma też inne niepodważalne zalety:

?od zawsze podkreślałem, zaznaczałem, pisałem na marginesach, czasem luźne notatki nie do końca związane z treścią, numery telefonów się zdarzały, listy zakupów i to nie żadnym ołówkiem, ołówki są dla mięczaków, co to by i chcieli, i się boją, o nie!?

Zarzuty pan Mellera nie mogły zostać bez echa. Materiał skomentował Robert Drózd, autor największego polskiego bloga tematycznego swiatczytnikow.pl. Cytując obszerne fragmenty felietonu pan Drózd kwituje całą sprawę:

?Artykuł zilustrowany został zaczerpniętym z Amazonu zdjęciem pierwszej, białej wersji czytnika Kindle DX z roku 2009, co jest równie dobrym komentarzem do całego tematu.?

Jako dalszy komentarz przypomina wywiad z Kazikiem (opublikowanym na łamach portalu Gazeta). Podejście muzyka do e-czytników jest jeszcze bardziej radykalne:

?Nie i powiem panu, że niejaką niechęć wzbudzają we mnie ludzie, którzy w pociągu czytają książkę z czegoś takiego. Chętnie bym im to wyrwał i wyrzucił przez okno.?

następnie precyzuje swe zarzuty:

?Dla mnie to pewnego rodzaju kreacja własnej nowoczesności. Ginie też coś takiego, jak magia sali kinowej. Filmy ściąga się z sieci, a potem ordynarnie ogląda na jakimś monitorku i dwóch ch głośniczkach, podczas gdy film całą swoją moc objawia dopiero w kinie. ?

Według Drózda niechęć do czytników bierze się po prostu z niewiedzy:

?[...] widać, że jest to typowe podejście osoby, która nigdy czytnika nie miała w rękach. ]...] A więc jeśli ktoś z Was pana Staszewskiego kiedyś spotka, niech da mu poczytać przez 15 minut. :-) Oczywiście wszystkie okna w pobliżu najlepiej będzie zamknąć.?

Do dyskusji włączyli się internauci:

?To moi dziadkowie, 20 lat od Pana Kazika starsi, choć sami do używania się nie kwapią, to jednak doceniają możliwości technologii i pochwalają wykorzystywanie. Dziadek zawsze zachwyca się ?bateryjką w środku? ;)?

Pojawiają się też zarzuty o ?ciasnocie umysłowej? i porównania czytania e-booków do pirackiego ściągania muzyki z Sieci.

Dostało się też panu Mellerowi:

?Ja tu widzę pierwsze oznaki trendu, że książki papierowe powoli podążają śladem winyli i zaczynają służyć (m. in.) do snobowania:?

pisze Doman, YuukiSaya natomiast ma propozycję:

?stwierdzam, że p. Meller stanowczo powinien: - wyrzucić pralkę i trzeć na tarze, [ ] - wymontować kuchenkę gazową/elektryczną i postawić prawdziwą kuchnię na opał - podobno potrawy o wiele lepiej smakowały [ ], wyrzucić komórkę?

Z jednej strony dyskusji mamy więc Marcina Mellera, który o prawdziwych książkach mówi z sentymentem a elektronicznych nie lubi. Adwersarze zarzucają mu, że ten sentyment to po prostu brak nowoczesności.

W swym kolejnym felietonie Meller odnosi się do tych zarzutów. Zwolenników Kindle nazywa ?wyznawcami?

Uznali, że [...] powinienem wyrzucić pralkę i prać w rzece. Że po prostu jestem nienadążającym za jedynie słusznym czasem kretynem. [...] Że jestem hejterem. Że przechodzę kryzys wieku średniego.?

Następnie porządkuje całą dyskusję przypominając, że jego pierwszy materiał był felietonem a ten to przecież

?specyficzny rodzaj publicystyki, krótki utwór dziennikarski utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający - często skrajnie złośliwie - osobisty punkt widzenia autora?.

Czyli: nie zrozumieliśmy ?puszczenia oka?, ironii i żartu. Na swoim blogu Robert Drózd. Komentuje to słowami:

Panie Marcinie! Gdy polski Newsweek, wzorem swojego amerykańskiego imiennika zrezygnuje już z formy papierowej i przejdzie w całości do sieci, będzie można wreszcie w felietonie użyć klasycznego, netowego uśmieszka, do którego wszyscy się przyzwyczailiśmy i bez którego ironii nie poznamy, nawet jak wyjdzie z krzaków i kopnie nas w kundelka!

Sednem sporu okazuje się jedno: krytycy czytników e-booków chyba nie wiedzą jak one działają:

?Czemu właściwie Wyznawcy Czytnika pochylają się nad takimi felietonami? Odpowiedź będzie prosta. Świadomość na temat e-booków jest wciąż bardzo niska. Ludzie podchodzą do tematu z niepewnością - i każdy taki artykuł ich odpowiednio nastawia. Z ironią czy bez.

Następnie Drózd przytacza opinię czytelników swojego bloga. Iwona pisze:

?Jest jakiś lęk przed czytnikami ale u osób które nie miały ich w ręce."

Choć trzeba przyznać: nie wiemy, czy pan Meller kiedykolwiek czytnika używał. Mógłby rozwiać nasze wątpliwości, gdyby wyraźnie to napisał.

Pada zdanie bardzo ważne dla całej dyskusji.

?Bo w sumie czytniki i tak kupują ludzie którzy maja masę książek, a dla mnie to lepsze inwestycja niż kolejny regał ?

AS natomiast stwierdza, że obie strony sporu zapomniały o czymś niezwykle istotnym:

?Przecież korzystanie z książek papierowych i z czytnika nie wykluczają się. Można czerpać przyjemność z jednego i drugiego. ?

Argument popiera Puszka Pandora

?Ja jako posiadacz czytnika, kupuje i książki elektroniczne i papierowe i jeszcze chodzę do biblioteki. To znaczy że jestem potrójnym profanem czy jak? Powinienem zrezygnować z przyjemności czytania bo robię to niewłaściwie??

proponuje też połączenie ?wody z ogniem?

Nikt ze strony wydawnictw czy jakichś autorytetów nie zwraca uwagi, że ebook to i usługa i przedmiot i narzędzie. Wciąż czekamy na możliwość kupowania razem papieru i ebooka, żeby móc skorzystać z wygody takiego rozwiązania. Przy pozycjach specjalistycznych, zawodowych, naukowych jest to nieoceniona pomoc.

Sprawę sporu komentuje Blog o czytaniu:

? Meller sprowokował paroma myślami i był to tekst emocjonalny, a nie merytoryczny. Ale też wszyscy od razu wiedzą wszystko o doświadczeniach Mellera z ebookami i stawiają mu diagnozy, w różnych słowach wyrażają swoją dezaprobatę dla jego poglądów.?

Być może więc obie strony dyskusji niepotrzebnie okopują się na swoich pozycjach?

"Sentymenty są w porządku, podobnie jak nowoczesność. O gustach się nie dyskutuje. Tylko niezdrowy fanatyzm jest zły. A przecież chodzi o książki, a nie o gadżet, wielkość czcionki, twardość oprawy czy czas pracy baterii. ?Liczy się treść, a nie forma? - ten argument również często się pojawia, ale co z tego. Jest neutralny, nie budzi emocji - burzliwa dyskusja karmi się tymi skrajnymi."

Nasz komentarz

Nie można nikomu odmawiać prawa do wyrażania opinii, jaka by ona nie była. Pan Meller nie powinien się jednak obrażać na to, że skoro uderzył w stół (a w zasadzie czytnik) odezwały się nożyce (krytyki). Kindle, jak wiele innych produktów tego typu, nie przetrwałby na rynku bez poparcia ze strony konsumentów. Poza tym obiektywnie rzecz biorąc: nie ma chyba lepszego sposobu na czytanie elektronicznej publikacji. Tablet czy smartfon nadają się do tego w znacznie gorszy sposób. Nie chodzi też o to, by "zabrać na wakacje 2500 książek", jak twierdzi pan Staszewski, ale by mieć do nich dostęp. To zasadnicza różnica.

Pan Meller może nieco niepotrzebnie postawił się w roli "adwokata papieru" podając argumenty wyłącznie emocjonalne. Po prostu boi się, że któregoś dnia papierowe księgi będą jedynie atrakcją muzeów a te papierowe znikną na zawsze.

A może pan Meller pokusi się na napisanie recenzji czytnika e-booków? Może pan Drózd użyczy mu swój egzemplarz?