Obrażasz kogoś w internecie? Pewien mężczyzna zapłacił właśnie 1000zł za... dwa słowa

Nasza czytelniczka, która została obrażona za pośrednictwem komunikatora internetowego, zwróciła się do mnie o pomoc. Sprawca był być może przekonany, że nic grozi. Boleśnie przekonał się jednak o tym, że wulgaryzmy rzucane przez internet sporo kosztują.

Pani Wiesława, na co dzień księgowa w jednej z wielkopolskich firm, zwróciła się do mnie z prośbą o pomoc. W trakcie pracy została obrażona przez jednego z kontrahentów firmy, w której pracuje.

Podczas służbowej dyskusji, przeprowadzanej za pośrednictwem komunikatora internetowego, rozmówca wybuchł - bez żadnego uzasadnienia - agresją. Padły słowa naprawdę wulgarne. Sytuacja bardzo dotknęła panią Wiesławę. Nie dość, że poczuła się poniżona, to również bezsilna. Nie wiedziała bowiem czy sprawca "ukrywający" się za komunikatorem internetowym może czuć się bezkarny.

"Ja tylko poprosiłam o dosłanie dokumentów. Nic więcej" - wyjaśnia.

Mijały dni, a rozmówca pani Wiesławy nie przepraszał, nie próbował wyjaśnić sytuacji.

"Myślałam, że jak już ochłonie, to przyjdzie do niego refleksja, że chyba przesadził i powinien tak po ludzku przeprosić".

Pani Wiesława zwróciła się do mnie z zapytaniem: czy można w jakiś sposób uzyskać niepodważalny dowód na to, że rozmowa się odbyła. Kobieta chciała wysłać do rozmówcy list z żądaniem przeprosin, a na informatyce nie za bardzo się znała.

Słowo słowu nierówne

Poproszony o pomoc przejrzałem krótką rozmowę. Było całkowicie jasne, że padły słowa uznawane powszechnie za obelżywe, a cała wypowiedź mężczyzny jest agresywna i napastliwa. I to w odpowiedzi na standardową prośbę o przesłanie dokumentów. Podczas rozmowy z panią Wiesławą doszedłem do wniosku, że cała sytuacja była dla niej bardzo stresująca. Ponadto sprawca całego zamieszania nie przeprosił, chociaż w ciągu następnych dni aktywnie korzystał z komunikatora. To przesądziło o tym, by zażądać od mężczyzny oficjalnych przeprosin. W zasadzie tylko po to, by nie czuł się bezkarny.

W poniższej korespondencji usunęliśmy zdania, które pozwoliły na ustalenie danych rozmówców lub dane firm.

Rozmowa

Fot. R.K.

Uzyskać niezbity dowód

Skontaktowałem się z Działem Bezpieczeństwa firmy, która zarządzała komunikatorem. Chciałem uzyskać oficjalne potwierdzenie tego, że feralna rozmowa faktycznie się odbyła. Udało mi się uzyskać wydruk z systemu informatycznego firmy. Opatrzono go firmowymi pieczęciami i informacją, że przebieg rozmowy jest autentyczny. Jako, że użytkownicy komunikatora logują się używając prawdziwych imion, nazwisk, oraz nazw firm, nie było wątpliwości kto z kim rozmawiał.

Lepiej mieć oficjalne pismo

Przesłane przez operatora komunikatora pismo okazało się bardzo pomocne. Było po prostu jasne, że gdzieś na serwerach jest zapis tej rozmowy. Ważne jest też, że firma, która nadzoruje komunikator zgodziła się wysłać potwierdzony pieczątkami wydruk rozmowy. W ewentualnym procesie sądowym, gdyby pani Wiesława się na niego zdecydowała, byłby kluczowy. Wydruk rozmowy z komputera pani Wiesławy sąd mógłby zostać uznany za niewystarczający. Oficjalne pismo z pieczątkami - to dla sądu wygląda już znacznie lepiej.

Adwokat radzi

Poprosiliśmy pomoc do adwokata o napisanie pisma z żądaniem przeprosin. Z życiowego doświadczenia wiemy, że pisma z kancelarii prawniczych rzadziej są ignorowane. Adwokat doradził, by prócz zażądania przeprosin zażądać też zadośćuczynienia finansowego i wpłaty na cele charytatywne. Pani Wiesława zgodziła się.

"Nasyłasz na mnie adwokatów"

Rozmówca pani Wiesławy na przesłane pismo zareagował w ciągu kilku dni. Zaczął od pytania o to dlaczego "nasyła adwokatów". Mężczyzna przyznał jednak, że faktycznie go "poniosło", że tak wulgarne słowa nie powinny być kierowane do kobiety i że przeprasza. Poprosił też o odstąpienie od kierowania sprawy nad drogą sądową.

Pieniądze na koncie

Pani Wiesława, za namową adwokata, postanowiła jednak podtrzymać swoje stanowisko wyrażone w piśmie. Mężczyzna zaproponował w końcu, że w ramach przeprosin zapłaci pani Wiesławie 1000 zł. Propozycja została przyjęta, a pieniądze wpłynęły już na konto.

Cała sytuacja jest jasnym dowodem na to, że obrażanie ludzi za pomocą internetu może się źle skończyć. Być może rozmówca pani Wiesławy sądził, że skoro obraził ją za pośrednictwem komunikatora niewiele da się zrobić. Uzyskanie odpowiedniego potwierdzenia zajęło jednak kilka dni, a od rozmowy do wpłynięcia pieniędzy na konto minęło około miesiąca. Mężczyzna za dwa bardzo wulgarne słowa w krótkiej wypowiedzi pełnej agresji zapłacił słoną cenę. Może więc warto powstrzymać się od agresji w sieci?

Imię bohaterki artykułu zostało zmienione.

Więcej o: