Steve Jobs szczegółowo o Flashu

To, że urządzenia przenośne Apple nie lubią Flasha wiemy nie od dziś. Steve Jobs postanowił podsumować swoje stanowisko w długim i szczegółowym elaboracie (całość tutaj). Przyjrzyjmy się tym argumentom.

 

Po pierwsze: Flash nie jest otwarty. Z tym trudno polemizować, bo rzeczywiście standard Flash jest własnością Adobe - firma może zrobić z nim co zechce. Ale trudno uznać to za argument dla braku obsługi na iPadzie czy iPhonie, skoro Apple nigdy nie celowało w rozwiązaniach otwartych, a w dodatku w Mac OS X jakoś ten brak otwartości nie przeszkadza - zapowiedziano właśnie aktualizację obsługi Flash dla tego systemu operacyjnego.

 

Po drugie: Jobs nie uważa, że Flash jest nieodłączną częścią sieci. Oczywiście, jest HTML5 czy aplikacje jak dla Netfliksa czy Facebooka, ale to wszystko są nowe pomysły, na które wiele serwisów jeszcze nie przeszło. Również gry we Flashu nie mogą być zastąpione przez App Store, bo jest ich mnóstwo i przecież nikt nie zapewni, że w sklepie Apple są odpowiedniki wszystkich możliwych produkcji.

 

Po trzecie: bezpieczeństwo, stabilność, wydajność. Szef Apple wskazuje, że nigdy nie widział przenośnego urządzenia dobrze obsługującego Flash, a dodatkowo twierdzi, że oprogramowanie to jest podstawową przyczyną "padów" komputerów Mac. No cóż, skoro software nie działa zadowalająco, to trzeba go poprawiać, a nie zabraniać używania - Flash przecież nie ma wbudowanego mechanizmu zawieszania komputerów Mac. A w kwestii wydajności - procesor A4 z iPada to już nie jest mała jednostka ze smartfonów: skoro na normalnych komputerach Flash się wyrabia, to dlaczego nie miałby sprawnie działać na tablecie Apple?

 

Po czwarte: baterie. Oczywiście tu Jobs ma sporo racji, ale zapomina że nie wszystkie materiały wideo na świecie zostały przekodowane do jego ulubionego H.264. Warto dbać o baterie przenośnego urządzenia, warto obsługiwać nowe technologie, ale odcinanie starych tylko dlatego, żeby można było napisać w specyfikacji o dłuższej pracy baterii to chyba zła droga. Wystarczy zostawić użytkownikowi opcję wyłączenia/zablokowania Flasha i każdy sam będzie decydował, czy uruchomić zasobożerny program.

 

Po piąte: dotykowość. Argument brzmi następująco: interfejs Flasha przystosowany jest do myszki, więc autorzy stron używających tego oprogramowania i tak muszą stworzyć nowe wersje dla urządzeń przenośnych - niech przy okazji przepisują wszystko do HTML5, CSS i JavaScript. Cóż, uważam że decyzje o nowej wersji kodu leżą w gestii programistów, a nie Jobsa.

 

Po szóste i najważniejsze: deweloperzy uzależnieni są od Adobe. Owszem, wprowadzenie warstwy pośredniej (Flash) pomiędzy programistami a platformą może sprawiać kłopoty. Ale te pośrednie warstwy w programowaniu są wszędzie - prawie nikt nie pisze aplikacji w wewnętrznych językach konkretnych procesorów/urządzeń, bo choć wtedy ma pełną kontrolę nad hardwarem, to zasięg programu jest ograniczony wyłącznie do danego sprzętu.

 

Podsumowując: Steve Jobs uważa Flasha za relikt epoki PCtów i myszek. Zgadzam się w pełnej rozciągłości, oprócz małego detalu. My wciąż żyjemy w tej epoce. To, co dla szefa Apple jest prehistorią, z jego futurystycznego punktu widzenia, dla mnie jest po prostu stanem obecnym. Flash pewnie w końcu odejdzie do muzeum rozwiązań internetowych. Ale nie stanie się to teraz, w tej chwili, tylko dlatego że ktoś tak chce. I całe szczęście, że nikt takiej mocy sprawczej nie ma.

 

[via Apple]

 

Tomasz Andruszkiewicz

Więcej o: