Twitter będzie uczyć polityków

Oczywiście - uczyć poprawnie i efektywnie twittować.

 

Firma rekrutuje właśnie kogoś na stanowisko "współpracownika z rządem" (albo po prostu rządowego doradcy) w Waszyngtonie, zadaniem tej osoby będzie m.in. "komunikacja z osobami na ważnych stanowiskach" oraz "uzmysłowienie korzyści im płynących z korzystania z Twittera". Osoba ta będzie także zobowiązana do pomagania ważnym osobom w poprawnym korzystaniu z Twittera.

 

Zapewne kilka osób oburzy się, słusznie zauważając, że Twitter to tylko jeden ogromnej rzeszy popularnych serwisów internetowych - dlaczego akurat on miałby być uprzywilejowany przez polityków i media? Cóż, praktyka pokazuje, że to właśnie ten sposób publicznej i bezpośredniej komunikacji staje się powoli standardem i naszym zdaniem nie ma nic złego w tym, że pracownicy Twittera będą starali się dbać o lepszą jakość tego typu działań.

 

Zwłaszcza, że politycy (lub inne ważne osobistości) często specami od internetowej komunikacji nie są i popełniają błędy. Od tych najprostszych: piszą głupie rzeczy lub rzeczy kompletnie nieciekawe, aż po te poważne: zabezpieczają swój profil hasłami typu "basia1" lub oddają zarządzanie kontem komuś nieodpowiedzialnemu. A mieliśmy się już okazję przekonać, że jeden wydawałoby się niewinny ćwierk na Twitterze ma moc wpływania na realne życie polityczne.

 

Z rzeczy zabawnych - wg ogłoszenia Twittera to mała firma. Faktycznie, w siedzibie w San Francisco pracuje tylko 200 osób, ale "wielkość" Twittera powinno się moim zdaniem mierzyć jego wpływem i zasięgiem, a nie standardowymi wskaźnikami.

 

Radek Zaleski

Więcej o: