W ACTA nie chodzi o fałszerstwa

Przyznają to już sami negocjatorzy traktatu, oficjalnie zwanego zapobiegającym fałszerstwom.

ACTA to kontrowersyjny traktat regulujący kwestie własności intelektualnej. Zgodnie z informacjami uzyskanymi przez Ars Technicę, Luc Devigne, główny negocjator umowy z ramienia Unii Europejskiej, zbył sugestię jakoby ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), miała zajmować się jedynie fałszerstwami - jak sugeruje jej nazwa. Zapytał także jak można tworzyć traktat chroniący własność intelektualną i nie obejmować nim patentów (sprzeciwia się temu Australia).

Informacje pochodzą od Mike Palmedo z Uniwersytetu Amerykańskiego. Największą ciekawostką są informacje uzyskane od południowokoreańskich negocjatorów. Amerykanie zapytali o reakcję organizacji pozarządowych na traktat. W odpowiedzi usłyszeli, że po serii skandali obyczajowych związanych z samobójstwami celebrytów, pojawiły się oczekiwania klauzul regulujących "moralność w sieci".

Informacja, że traktat jest postrzegany przez negocjatorów jako ogólna umowa regulująca kwestie praw autorskich, nie jest specjalnym zaskoczeniem. Od dawna wiadomo, że nie o fałszerstwa w ACTA chodzi, a przynajmniej nie tylko. Dużo bardziej niepokojące są pomysły, aby jeszcze bardziej poszerzyć jego zasięg - cenzura obyczajowa w sieci brzmi bardzo niepokojąco (chociaż na szczęście sami koreańscy negocjatorzy nie wydawali się zapaleni do tego pomysłu). Dobrą nowiną jest, e przynajmniej część obserwatorów uważa utrzymanie traktatu w tajemnicy za zły pomysł (takie opinie wyrazili prywatnie przedstawiciele EU i Australii). Może doczekamy się oficjalnego ujawnienia traktatu, przed ustaleniem jego ostatecznej treści.

[Ars Technica]

Maciej Starzycki